Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny jadalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny jadalne. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 kwietnia 2026

Rurki z kiszonym czosnkiem niedźwiedzim

Jest taka roślina czosnek niedźwiedzi. Nazwa pochodzi od przekonania, że stanowi on pierwszy posiłek budzącego się ze snu niedźwiedzia, który wzmacnia się za pomocą jego zdrowotnych właściwości, a właściwości to on ma. Wspomaga odporność, działa przeciwgrzybicznie i jak naturalny antybiotyk. Z uwagi na wiarę, że niedźwiedź jest człowiekiem zaklętym w skórę zwierzęcia, to uznano, że musi mieć podobne upodobania.
Problem z tym antybiotykiem jest taki, że jego historia pokazuje słabość demokracji. Kiedy Francuzi za pomocą gilotyny obalili monarchię i przypomnieli światu o ustroju republikańskim mieli trochę inną wizję. Tym czasem w demokracji elity mają się dobrze i tak jak można sobie robić co się chce na wyspie miliardera, jeśli ma się wystarczająco dużo pieniędzy, tak okazuje się, że w przypadku osób o wystarczającej pojemności portfela czosnek nie jest już rośliną zagrożoną i za odpowiednią opłatą można zbierać go do woli. Reszta pospólstwa takich jak ja i pewnie Ty kochany czytelniku, ma do wyboru trzy opcje:
  • nie dać się złapać na nielegalnym zbieraniu,
  • zbierać w Czechach (ja mam tylko 70 km),
  • posadzić w ogródku.
Czosnek jest tylko wczesną wiosną, a chcemy się nim cieszyć cały rok, dlatego ja nazbierałem i ukisiłem po słoikach. Zawiozłem jeden słoik mamie na święta i jest zachwycona smakiem.

Składniki:

- liście czosnku niedźwiedziego,
- mąka
- śmietana
- sól


Wykonanie:

Czosnek pokroić na paski upchać do słoika i zalać gorącą wodą z solą w proporcjach jedna łyżka soli na litr. Zamknąć słoik i zapomnieć o tym na 2 tygodnie.
Z mąki i wody zrobić lejące się ciasto naleśnikowe. Usmażyć cienkie naleśniki.
Czosnek odsączyć i wymieszać ze śmietaną. 
Nakładać na naleśniki i zwijać w rurki.

piątek, 18 lipca 2025

Crespolini z ogórecznikiem

Crespolini to takie faszerowane naleśniki, potem trochę opiekane, ale na upartego, możecie je zrobić na patelni.
Ogórecznik to taki chwast, który ma jakieś właściwości zdrowotne, ale też jest jadalny i można go zrobić jak szpinak.

Składniki:

- mąka
- liście ogórecznika
- czosnek
- resztka jakiegoś sera



Wykonanie:

Z mąki i wody robimy rzadkie lejące się ciasto i smażymy naleśniki.
Ogórecznik dusimy z czosnkiem.
Mieszamy z serem i ładujemy do naleśników, które zawijamy.
Lekko podsmażamy, żeby ser się nam rozpuścił.

środa, 18 czerwca 2025

Bigos z jarmużu

W końcu jarmuż to też kapusta, która, co prawda obecnie kojarzy się z hipsterskimi przybytkami, gdzie podają caffe latte na mleku owsianym, ale jego tradycja jest bardzo kryzysowa, a i często można go znaleźć na tzw. "biedaszybach", gdzie leżą w sklepach rzeczy ze zbliżającym się terminem ważności, a odległość do tego terminu jest wprost proporcjonalna do ceny. 

Składniki:

- jarmuż
- jakieś parówki
- cebula
- koncentrat pomidorowy



Wykonanie:

Cebulę obieramy i kroimy w półplasterki. Parówki też. Podsmażamy razem.
Dodajemy jarmuż, chwilę smażymy, dodajemy trochę wody i dusimy.
Dodajemy koncentratu pomidorowego i jeszcze trochę dusimy.

czwartek, 29 maja 2025

Parówki w liściach rzepaku

Rzepak to odmiana kapusty, więc skoro kultowym daniem są kiełbaski w kapuście, to czemu nie w rzepaku. Tym bardziej, że liście mają lekko musztardowy smak.
Zostawcie rzepak na polach i nie denerwujcie rolników, którzy są już wystarczająco wnerwieni, że instagramowe rzepiary depczą im po uprawach i zamiast tego poszukajcie dzikiego rzepaku na jakiejś łące. 
Liście najlepiej zbierać teraz, póki są młode.

Składniki:

- liście rzepaku
- jakieś parówki
- musztarda


Wykonanie:

Parówki gotujemy.
Liście rzepaku gotujemy i mieszamy z musztardą.
Podajemy razem.


sobota, 3 maja 2025

Ruchańce ziołowe

Kiedyś już dawałem przepis na ruchanki z fjutem. Wtedy nazwa pochodziła od tego, że zaczyn drożdżowy w końcu się ruszył. Podobno nazwa ruchańców pochodzi od tego, że ruszają się na oleju. I tu mi się troche nie klei, bo niby też powinny być drożdżowe, ale grube drożdżowe placki niespecjalnie będą podskakiwać na oleju, co innego znacznie cieńsze ołatki. Czym się różnią jedne od drugich, posiłkując się literaturą fachową, pisałem tutaj.

W każdym razie tym razem z roślinami jadalnymi. Gdzieś znalazłem nazwę zielniki, ale tylko na jednym blogu kulinarnym, więc mogła to być swawolna twórczość.

Składniki:

- garść roślin jadalnych - u mnie podagrycznik, mniszek i babka
- mąka
- olej
- drożdże instant


Wykonanie:

Rośliny myjemy o szatkujemy.
Do mąki dodajemy drożdże, poszatkowane zielsko, trochę oleju i trochę wody. Mieszamy i czekamy aż urośnie.
Po lekkim wyrośnięciu nabieramy trochę ciasta łyżką i kładziemy na rozgrzany olej. Smażymy z obu stron.

czwartek, 6 lutego 2025

Pasta al pesto di rucola

Z rukolą to jest tak, jak z sokiem malinowym. Tak jak ten drugi bywa podrabiany tańszą aronią, tak ta pierwsza bywa podrabiana dwurzędem wąskolistnym. tyle dobrze, że chyba nikt nie wciska do tych opakowań toksycznego starca zwyczajnego.

W każdym razie, jest to chyba najtańsze zielsko dostępne na rynku, a w ręce wpadło mi kilka opakowań, które miały zostać zutylizowane. Danie podejrzałem w jakiejś fancy budce z makaronem sprzedawanym w kartonowych opakowaniach, której klientelę stanowi głównie znudzona klasa średnia korzystająca z przerwy lunchowej i chwaląca się tym przed całym światem, więc niby tanio, ale jakby prestiżowo :)

Składniki:

- rukola
- olej
- makaron
- czosnek


Wykonanie:

Rokulę miksujemy z małą ilością oleju i czosnku.
Podajemy z ugotowanym makaronem.

środa, 17 maja 2023

Dzikie szparagi z pędów chmielu

Dzisiaj będzie wpis z antytrendu zwanego smutne jedzenie w pracy, bo wygląda na naprawdę smutne, ale jak to mawiają wygląda jak gówno, smakuje jeszcze lepiej. Nie bez powodu cena tego warzywa to 1000 euro za kilogram, bo jest smaczne i bardzo zdrowe. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to najdroższy chwast świata. Jak się przejdziecie po okolicy, zwłaszcza tam gdzie jest trochę mokro i nikt nie kontroluje rosnących tam roślin, to możecie to mieć za totalną darmochę. Pamiętajcie, że w mikroekonomii jest dużo rzeczy za darmo :)
Dodatkowo pędy redukują stres, więc jakby idealne do pracy. Możecie jeść je na surowo, w sałatkach, ale ja zrobiłem jak szparagi.

Składniki:

- młode pędy chmielu


Wykonanie:

Pędy dusimy krótko na tłuszczu. Dodajemy jakieś podstawowe przyprawy. Ewentualnie można polać jakimś ulubionym sosem, ale zasadniczo sól i pieprz wystarczą.

czwartek, 21 lipca 2022

Zhingyalov Hats

Danie na ciężkie czasy. Rodzaj ormiańskiego pieczywa nadziewany różnymi roślinami. Popularny w Armenii i kontrowersyjnym Górnym Karabachu. Szerszej publiczności Ormianie byli znani z książki Stefana Żeromskiego - Przedwiośnie. Oczywiście musiałem je dostosować do naszych warunków, bo niektórych popularnych roślin, używanych jako nadzienie, nie mam w okolicy. tym samym wyszło danie na wyjątkowo ciężkie czasy. Idealne, żeby zabrać ze sobą na wycieczkę. Natomiast, wbrew temu co sądzi, jak go nazwała publikująca pod pseudonimem Anastazja Potocka, Marzena Domaros, Lubieżny Erotoman, w Polsce do jedzenia nadaje się nie tylko szczaw (zresztą bardzo popularny na Zakaukaziu).

Składniki:

- mąka
- olej
- woda
- różne rośliny jadalne (zdjęcie i opis poniżej)


  1. Podagrycznik pospolity - liście
  2. Chrzan pospolity - liście
  3. Babka zwyczajna - liście
  4. Koniczyna biała - kwiaty
  5. Komosa biała - młode pędy
  6. Babka lancetowata - liście


Wykonanie:

Rośliny kroimy i dusimy.
Do mąki dodajemy trochę oleju i tyle wody, żeby ugnieść ciasto.
Rozwałkowujemy je na placek, na którego połówkę nakładamy farsz w postaci duszonych roślin.
Składamy na pół, zlepiamy i smażymy na patelni z obu stron. Najlepiej bez tłuszczu.
Dzikie rośliny w mojej kuchni.  Lato 2022

wtorek, 28 czerwca 2022

Garden focaccia

Najlepiej można to przetłumaczyć jako ogród na focacci. Trend instagramowy, który wystartował porządnie w 2019, bo zdobienie chleba różnymi florystycznymi formami znam od dzieciństwa, z tym, że wtedy używano raczej różnego rodzaju ziaren. Podczas pandemii, kiedy nie można było podróżować, a trzeba było czymś zapełnić instagrama, trend, z uwagi na to, że tak jak nie trzeba być modelką, żeby cykać sobie foty, tak i nie trzeba być kucharzem, żeby zrobić coś tak prostego, jak płaski chleb, odnotował boom. Wystarczy umieć zrobić ciasto drożdżowe i umieć w kompozycję :) 

To, że tam ma być ogród, nie znaczy zaraz, że ma to być jakiś super regularny ogród, bo może być naturalny w postaci łąki. Tak też ja zrobiłem, przy czym chciałem się skupić na makach, bo bardzo lubię ich widok. Generalnie kontrastujące ze sobą kolory świetnie się razem prezentują, tak właśnie jest z czerwonymi makami na zielonej łące.
Same maki mają dość ciekawą symbolikę. Generalnie, z uwagi na swoje właściwości symbolizują wszystko co jest związane ze snem, również tym wiecznym. Są swoistym kluczem do przekroczenia granicy pomiędzy światem, a tym co za nim. Bardzo często wykorzystuje się to w wojsku, gdzie maki są symbolem ofiar wojny, co Polacy znają z piosenki Czerwone maki na Monte Cassino, a gracze komputerowi, z gry Cannon Fodder (Mięso Armatnie, choć Fodder to po angielsku pasza i to określenie bardziej pasuje). Co ciekawe, fioletowe maki są symbolem zwierzęcych ofiar.  Pisałem kiedyś, przy okazji wpisów wigilijnych o roli maku na wigilijnym stole. Z uwagi na to, że puste miejsce niegdyś przeznaczone było dla ducha jednego z naszych przodków, pozostał problem jak go zobaczyć. W tym miał pomóc mak. Dlatego jest też symbolem twórczości :)

Ja nie jestem najlepszy z kompozycji, ale co miałem na celu, to zrobić kilka maków, kilka makówek, wszystko to w towarzystwie łąkowych chwastów, jak podagrycznik, mniszek, babka.

Składniki:

- mąka
- olej
- drożdże instant
- woda
- papryka czerwona
- czarne oliwki
- zielone oliwki
- cukinia
- szczypiorek
- chwasty jadalne
- czerwona cebula


Wykonanie:

Do mąki dodajemy drożdże, trochę oleju i tyle wody, żeby ugnieść ciasto, które nie będzie nam się przyklejać do rąk. Wykładamy nim blachę i czekamy chwilę, aż lekko urośnie.
Z papryki wycinamy plasterki, w które wkładamy czarną oliwkę, jak na zdjęciu. Łodygi robimy z kawałków cukinii lub szczypiorku, ale cukinia lepiej reaguje na ciepło piekarnika. W cebuli odkrajamy ostrzejszy koniec, czyli górę i kroimy na plasterki, które rozkładamy. Moim zdaniem, cebula to najlepszy stosunek efektu końcowego do włożonych środków. Z zielonych oliwek robimy makówki. Zielsko, jak iście babki, mniszka, czy podagrycznika zwiędnie nam podczas pieczenia, dlatego część dajcie przed włożeniem do piekarnika, a część po. Całość wkładamy do piekarnika nastawionego na 180-200 stopni Celsjusza, na jakieś 15-20 minut.



Dzikie rośliny w mojej kuchni.  Lato 2022

środa, 18 maja 2022

Orientalny bigos z liści białej rzodkiewki

Przerywamy na chwilę ziemniaczaną kuchnię aszkenazyjską, aby nadać wiadomość z ostatniej chwili, gdyż wpadły mi w ręce z działki liście białej rzodkiewki. Rzodkiewki były bardzo małe jak na białe, ale ich część wystająca nad ziemię była bardzo okazała. Generalnie liście rzodkiewek (a nawet kwiaty) są ciekawym surowcem kulinarnym, z którego robiłem już pesto, ale postanowiłem pójść o krok dalej i przyrządzić bigos, który potocznie rozumiany i tak jest zbieraniną wszystkiego co wpadnie w ręce. Biała rzodkiew kojarzy mi się z kuchnią dalekowschodnią, dlatego postanowiłem pomieszać ją z kapustą pekińską.

Składniki:

- liście białej rzodkiewki
- kapusta pekińska
- pieczarki
- cebula
- koncentrat pomidorowy
- chilli


Wykonanie:

Cebulę kroimy w piórka i podsmażamy razem z pieczarkami.
Dodajemy pocięte liście rzodkiewki oraz kapustę, podlewamy trochę wodą i dusimy. 
Doprawiamy koncentratem pomidorowym i chili - musi być ostre :)

poniedziałek, 28 marca 2022

Ukraiński Hołodomor

Kiedy po I Wojnie Światowej wszelkie próby założenia niepodległego ukraińskiego państwa zawiodły ostatecznie Ukraina została wchłonięta przez ZSRR. Wprowadzona tam polityka kolektywizacji z jednej strony była typowa dla tej, która obowiązywała w ZSRR, ale z drugiej strony pewne rozwiązania, które później wewnątrz niej obowiązywały, a mianowicie zwiększanie kontyngentów płodów rolnych, które Ukraińcy mieli obowiązek oddawać, a także niemożliwe do wykonania nawiązki, przez niektórych historyków są uważane za celowe ludobójstwo, w wyniku którego zginęło kilka milionów ludzi.  
Niejednokrotnie zdarza się tak, że pewne przykre momenty w historii są symbolizowane przez jakieś makabryczne narzędzia. Symbolem tych wydarzeń stały się szpikulce, którymi lokalni działacze szukali ewentualnych schowanych plonów przez głodujących chłopów.
Głód doprowadzał ludzi do szaleństwa, dlatego zdarzały się przykłady kanibalizmu głównie dzieci. Tragizmu dodawał fakt, że tuż pod nosem głodujących, na kołchozowych polach, znajdowało się mnóstwo jedzenia, za dotknięcie którego otrzymywało się najsurowszą karę.

Jak zwykle w takich przypadkach powstawały mocno kryzysowe dania. Jedzono korę drzew, liście, trawy, żaby, kijanki, padlinę, ptaki, korzeń łopianu i mniszka lekarskiego, a także, co wykorzystam w tym przepisie, kotki wierzbowe. Szukano też w ziemi starych, przemarzniętych i zgniłych ziemniaków. Ziemniaka też dodam. Przepis pochodzi z bardzo ciekawie wydanej książki kucharskiej autorstwa Mykola Bondarenko.

Składniki:

- kotki wierzbowe
- mąka
- ziemniaki
- kwiatostany leszczyny    


Wykonanie:

Bazie suszymy i szatkujemy. Dodajemy trochę kawałków kwiatostanów leszczyny. Mieszamy z odrobiną mąki, startego ziemniaka i dodajemy trochę wody, żeby to nam się w miarę trzymało. Pieczemy ok 10 minut w nagrzanym do poziomu 180 stopni Celsjusza piekarniku.
To wersja w miarę bliska oryginału. Oczywiście im mniej mąki, tym bliżej, bo to właśnie towarem deficytowym.
Jak chcecie zrobić z tego element współczesnej kultury gastronomicznej dla hipsterów, to pieczecie podpłomyk z wody i mąki. Potem go otwieracie i wkładacie do niego kotki z ugotowanymi ziemniakami, do tego jakiegoś kwiatka i rzecz jasna jakiś sos. Wtedy danie głodowe zamienia się w danie za 30 pln :)




wtorek, 28 września 2021

Bieszczady mniej znane i makaron po Bieszczadzku

Z uwagi na to, że miałem zawodowo bardzo obciążający rok postanowiłem zresetować się w Bieszczadach, jeszcze bardziej niż zazwyczaj potrzebując izolacji, dlatego wybór padł na jak najmniej schodzone szlaki. Co więcej, postanowiłem nawet przyrządzić danie z lokalnych smakołyków, ale po kolei.

Ostatnio usłyszałem od kolegi, że turystyka górska to rozrywka dla znudzonej klasy średniej, która popisuje się wśród znajomych jak bardzo jest aktywna. Jest to trochę krzywdzące dla pasjonatów gór. Moim zdaniem jest podział na 4 rodzaje turystów pod względem tego co kupują i gdzie jeżdżą :) Oczywiście typów jest więcej, ale tu zastosujemy model uproszczony w odniesieniu do Bieszczad :)
  • TYP I - jeździ głównie w Tatry, a kryterium wyboru sprzętu to cena i kolor (jaskrawy), dzięki czemu niejednokrotnie przepłaca. Uwielbia najbardziej oblegane szlaki. W Bieszczady pojedzie tylko raz do schroniska bez prądu, żeby potem na lunchu w biurowcu pochwalić się, że był na survivalu. Jeśli w górach pada, to żeby nie mieć okienka, przejdzie się w stroju górskim po Krupówkach.
  • TYP II - uważa, że fajne góry to nie zawsze skały. Jeśli kupuje drogi sprzęt, do najpierw robi z niego "doktorat" czego konkretnie potrzebuje. Uwielbia Bieszczady. Chodzi w ciuchach górskich do sklepu, bo innych nie spakował.
  • TYP III - dla niego główna forma turystyki górskiej to narty, a kryterium wyboru sprzętu to cena i wygląd, bo zawsze kupuje wszystko najdroższe i najlepsze. Czasem pojedzie na Morskie Oko lub Śnieżkę. Nie ma gdzie używać górskich ciuchów dlatego jeździ w nich na zakupy do marketu w swoim mieście, gdzie do gór ma trzycyfrową ilość km. O Bieszczadach wie tyle, że są tam złe wilki, które napadają na ludzi oraz nie ma ekskluzywnych hoteli i stoków narciarskich.
  • TYP IV - nie ma nowoczesnych ciuchów górskich, bo są drogie. Wystarczą mu wojskowe buty i flanelowa koszula. W góry jeździ tam, gdzie ma najbliżej, bo uwielbia góry, ale nie zawsze sobie może pozwolić na wyjazdy. Z Bieszczadami ma mnóstwo wspomnień z czasów kiedy był bardzo młody.
Na rozruch poszedł szlak z Jabłonek do Jabłonek. 


Z czego słyną Jabłonki? Z tego, że zastrzelili tam generała Karola Świerczewskiego. Jako, że, delikatnie mówiąc, nie była to zbyt pozytywna postać, jedna z teorii mówi, że zastrzelili go jego właśni współpracownicy, choć oficjalna wersja mówi, że to bojownicy UPA. Generalnie cały ślad po nim został z tego miejsca wymazany. Góra Walter (pseudonim Świerczewskiego) nazywa się już inaczej, a pomnik, który się tu znajdował, został zlikwidowany. Tak czy siak, ten plac, to dobre miejsce, żeby zostawić auto :)



Na początku szlak idzie leśną drogą i trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić gwałtownego skrętu i wejścia pod górę, gdyż sama droga idzie dalej. 


Szlak to typowe leśne pagórki, ale jest też to co Tygrysy lubią najbardziej czyli spontaniczne formy skalne, na które można się wdrapać i zrobić sobie zdjęcie :)


Na koniec trzeba przejść przez bród, na którym jest ustawiona ścieżka z kamieni. Problem w tym, że padające deszcze powodują podniesienie się poziomu rzeczek, a skakanie po zanurzonych kamieniach nie jest dobrym pomysłem, o czym się kiedyś boleśnie przekonałem, dlatego należało przejść bez butów. Szum wody zagłuszył przekleństwa wydobywające się z moich ust, a które były odpowiedzią na temperaturę wody. patent używany przez służby wywiadowcze - aby uniknąć podsłuchania rozmowy odbywają się przy fontannach :)

Uważajcie pod nogi na małych mieszkańców wielkich gór. Tym bardziej, że człowiek to jedyne zagrożenie dla Salamandry Plamistej. Nie mówię tego z jakiejś nadmiernej wrażliwości, ale uważam, że każde ciekawe dzikie zwierzę, które spotkamy w swoim najbliższym otoczeniu wprowadza pewien koloryt do tej szarej beznadziejnej rzeczywistości :)


Będąc w Bieszczadach trzeba jednak odbębnić Tarnicę. Aby uniknąć tłumów można na nią dojść przez Bukowe Berdo. W porównaniu to standardowego z Ustrzyk Górnych, czy najkrótszego z Wołosatego, to ten jest najmniej oblegany. Dopiero pod Tarnicą robi się tłoczno i spotkacie masę wycieczek szkolnych itp. 


Tym bardziej, że idziecie po pięknej połoninie.


Ja wiem, że skalne kawałki kuszą, żeby zjeść tam śniadanie, ale uszanujcie prośbę pracowników parku, bo nie dali jej tam bez przyczyny :)


Prawdziwa perełka Bieszczad to Dwernik Kamień. Trasa mało znana i o tyle ciekawa, że leży poza granicami parku, więc możecie się wybrać tam z psem. 


Jedyny minus, to żeby docenić piękno szlaku, trzeba na niego wejść przy dobrej pogodzie. Za to można tam znaleźć sporo borowików :)


Nie samymi szczytami człowiek żyje, dlatego warto się przejść do wsi Krywe. Można tam dość, a nawet całkiem blisko dojechać szlakiem czerwonym ze wsi Zatwarnica. Droga jest nienajlepsza, ale do pewnego momentu otwarta. Dalej jest zakaz wjazdu, z czego bardziej nie tyle dla samego zakazu, co z rozsądku, bo jeśli tam wjedziecie, to możecie już nie wyjechać :) Idealny pojazd to taki, jaki stoi tam na parkingu.


Szlak prowadzi nas do całkiem dobrze zachowanych ruin Cerkwii, które wyglądają na dalej użytkowane, a później do ruin dworku szlacheckiego, z czego to drugie jest już słabo zachowane i mocno zarośnięte. 
Uwaga na żubry, które same z siebie nie atakują, ale jak podejdziecie za blisko, albo będziecie krzyczeć, to mogą się poczuć zagrożone.


Danie, które przygotowałem pochodzi głównie z lokalnych składników. Głównie, bo jedyne co przywiozłem ze sobą to błyskawiczny makaron gryczany soba, który zawsze kupuję tanio przy okazji tygodni azjatyckich w marketach. Świetna rzecz, idealna na wyjazdy, która bardzo szybko się gotuje. Pozostałe to własnoręcznie zebrane borowiki z bieszczadzkich lasów i pesto z czosnku niedźwiedziego, które możecie kupić niemal wszędzie. Co prawda czosnek jest pod ochroną, ale tylko częściową. Co to oznacza? Oznacza to tyle, że jak wykupicie specjalne zezwolenie to możecie zbierać. Oznacza to też tyle, że możecie posiadać czosnek zakupiony od podmiotu, który takowe pozwolenie posiada. W praktyce oznacza to tyle, że jeśli nie zostaniecie złapani na gorącym uczynku, to możecie produkować pesto bez zezwolenia, co wiele osób robi :)
Takie pesto możecie też sobie zrobić samemu. Po prostu musicie zmiksować liście czosnku niedźwiedziego z olejem.

Składniki:
- makaron gryczany soba
- pesto z czosnku niedźwiedziego
- borowiki

 

Wykonanie:
Grzyby kroimy i podsmażamy. Makaron gotujemy i mieszamy z grzybami i pesto.

piątek, 2 kwietnia 2021

Wielkanocna marchew krychano

Dawno, dawno temu, kiedy ludzie nauczyli się odmierzać czas za pomocą zjawisk atmosferycznych świętowali początek nowego cyklu wegetacyjnego w dniu, w którym czas dnia równał się czasowi nocy, gdyż od tego momentu miałoby być więcej dnia. Więcej dnia, to więcej słońca. Więcej słońca to więcej jedzenia, niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z kulturami opartymi na zbieractwie, czy tymi po rewolucji agrarnej. Dość ważnymi symbolami tego święta stały się zielone listki i jajka - symbole odradzającego się życia. Tak było w wielu kulturach, ale skupimy się na żydowskiej. Tam było coś takiego jak חג האביב czyli święto wiosny. Później święto wiosny nazwano פֶּסַח na cześć mitycznego wyjścia Izraelitów z Egiptu. Jako, że żydowski kalendarz jest próbą połączenia kalendarza solarnego i lunarnego, święto jest ruchome. Religia chrześcijańska, która wyrosła z religii judaistycznej zrobiła z niej święto Wielkiej Nocy. Dlaczego nocy, a nie dnia? Dlatego, że ta tradycja nawiązuje to do biblijnego obrazu stworzenia świata w obu tych religiach - I tak upłynął wieczór i poranek - dzień pierwszy.

Dlatego na współczesnym wielkanocnym stole, oprócz symboli pierwszej cywilizacji z Międzyrzecza Tygrysu i Eufratu, związanymi z odradzającym się życiem, doszły nowe. W tym chrzan. U Żydów symbolem gorzkiego cierpienia Izraelitów w Egipcie, a u chrześcijan cierpienie postaci z ich mitologii - Jezusa, który zginął śmiercią męczeńską, a potem zmartwychwstał. W związku z powyższym chrzan może stać się symbolem ogólnego życiowego cierpienia, a także siły, która pozwala sobie z nim poradzić, czyli w zasadzie możemy spożywać go co tydzień :)

Na potrzeby tego dania użyłem dwóch składników powiązanych z tymi świętami. Z jednej strony chrzan, a z drugiej orzechy, gdyż w kulturze ludowej leszczyna, zgodnie z czasopismem Polska Sztuka Ludowa jest symbolem życia, trwania, regeneracji, wzrastania.

Samo danie, które Wam prezentuję pochodzi z Kujaw. Pochodzi od określenia jakim zwykło się tam nazywać tłuczek. Innymi słowy, w języku urzędowym to marchew tłuczona. 

Składniki:
- korzeń chrzanu
- orzechy laskowe
- marchewka
- ziemniaki

Jak chcecie znać wartość kaloryczną, to tu macie taki kalkulator.
https://calories-info.com/kalkulator-kalorii/?id=16d,3,i;15o,5,;177,1i,;1qls,34,


Wykonanie:
Chrzan obieramy, kroimy w kostkę i podsmażamy na głębokim oleju. Orzechy mielimy.
Marchewkę i ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i gotujemy w stosunku 3 :1. Jak zmiękną, odlewamy wodę i tłuczemy. Dodajemy chrzan z orzechami i mieszamy.
Dawno nie było smutnego jedzenia w pracy, bo od roku pracuję z domu, także zrobiłem taki tributed to   i użyłem pojemnika na jedzenie jako foremki :)

poniedziałek, 6 lipca 2020

Za'atar Man'ouche i święta góra Ślężan

Pogoda nie zachęca do długich spacerów po odsłoniętych szczytach, dlatego kiedy padło w pracy hasło jechać na Ślężę, warunkowo mogłem na to przystać, tym bardziej, że w tych ciężkich czasach, w których brak ruchu zabija bardziej niż wyjście z domu, potrzebuję go jak nigdy :) 
Sam cel podróży bardzo ciekawy, gdyż z uwagi na znalezienie tam starożytnych posągów, teren mocno przebadany przez archeologów i historyków, gdzie na każdym kroku podkreślane jest jego historyczne znaczenie dla kultu solarnego.

Plan wyglądał następująco. Z parkingu szlakiem archeologicznym oznaczonym misiem, następnie żółtym do szczytu, na dół zielonym, a potem czarnym dookoła. Między czasie zahaczając o Wieżycę.



Po drodze mijamy las dębowy, co jest o tyle istotne historycznie, że drzewa te uważane były przez społeczność, która obrała sobie tą górę za miejsce kultu, za święte.


Po drodze pierwsza wieża widokowa, ale jeszcze nie ta największa. Na tą wstęp płatny 5 zł. Na tą drugą, w nagrodę, że wejdziecie na górę - za darmo.


Podejście dość łatwe. Po drodze pierwsze rzeźby. Niedźwiedź i panna z rybą. Rzeźby dużo starsze niż legenda, która została na ich temat wymyślona. Nie warta wspomnienia poza morałem - dzikie zwierze, zawsze będzie dzikim zwierzęciem, nawet jeśli oswojone, dlatego trzymanie takowych nie jest dobrym pomysłem.


Każde tego typu miejsce kultu charakteryzowało się tym, że miało ułożone dookoła wały kamienne. Takie też były i tym razem, odpowiednio oznaczone. Mam nadzieję, że dorobek historyczny nie zginie.



Na szycie już był ten właściwy niedźwiadek, odpowiednio oznaczony.


Oto widok z tej drugiej wieży, darmowej. Dobra rada. Wchodźcie bez plecaków :) Jak się dobrze przyjrzycie, to nawet widać słynnego wrocławskiego penisa.


Na polanie pod szczytem pełno ludzi. Schronisko - jeden cel podróży oraz kościół - drugi cel. Zasadniczo jest tak, że jeśli jakaś góra była miejscem kultu, to na jej miejscu budowano kościoły np. Radegast, Łysa Góra czy najsłynniejsza Jasna Góra. W schronisku na przeciwko był kiedyś posąg boga nawiązującego do historycznego charakteru tego miejsca, ale nie po to Mieszko I wprowadził tu za pomocą miecza jedyną religię, żeby teraz była koegzystencja, dlatego posąg, po interwencji proboszcza, został wywalony :)
Dlatego też zjedzenie dania z Azji Mniejszej w tym momencie symbolizowało tą ekspansję :)

Składniki:
- mąka
- drożdże instant
- olej
- sumak octowy - kwiat
- majeranek
- oregano
- bazylia
- sól


Wykonanie:
Do mąki dodajemy drożdże, trochę oleju i wodę. Ugniatamy ciasto.
Formujemy małe placki
Przyprawy mieszamy w stosunku 1:1, tylko soli dajemy dwa razy mniej i wszystko mielimy. Mieszamy z olejem i kładziemy na placki, które wkładamy do nagrzanego do poziomu 180 stopni Celsjusza piekarnika na jakieś 15 min.

Miejsca na zdjęcia też są :)


Można uzupełnić manierkę.

 
A nawet zdobyć pożywienie.

 
Oto przedstawiciel lokalnej fauny, który uciekał na tyle wolno, ze udało mu się zrobić zdjęcie, czego nie mogę powiedzieć o napotkanej wcześniej łani.


Na końcu trasy dodatkowa atrakcja, w postaci starożytnego kamieniołomu. Już zarośniętego :)


Jak komuś mało, to jest całkiem udana reprodukcja rzeźby Gaudiego :)


Jako, że tu jurysdykcja proboszcza nie sięga, nie dość, że można tu znaleźć Świętowida, to jako wisienkę na torcie - husyckiego halabardnika - ekipy, która używała pierwszych czołgów.


Na koniec niespodzianka w krzakach. Magazynu komputerowego już nie ma, ale las został. 


wtorek, 19 maja 2020

Omlet Pana Kleksa

Moją przygodę z cyklem "Pan Kleks" zacząłem od filmów. Co prawda umiałem już czytać, ale moje zdolności były jednak ograniczone. Był to obraz prawie tak kultowy dla mojego pokolenia jak film Diabeł morski puszczany co Wielkanoc. Tym większą miałem radochę, kiedy jakieś 12 lat temu mogłem zwiedzić miejsca, w których był on kręcony znajdujące się na Półwyspie Krymskim. Znacznie później, bo w czwartej klasie szkoły podstawowej sięgnąłem w wyniku przymusu edukacyjnego za lekturę. Pamiętam, że po tej lekturze miałem napisać wypracowanie. Na koniec, jak to zwykle bywało, trzeba było napisać ocenę książki. Napisałem, że nie dość, że mi się podobała, to jeszcze chciałbym aby było takich książek więcej. Kiedy wypracowanie do mnie wróciło przeczytałem kilku zdaniową uwagę od nauczycielki na temat tego, że gdyby takich książek było więcej, to nie rozwijałbym się intelektualnie. Trochę mi się zrobiło przykro, bo czerwona uwaga wyglądała trochę jak te, które musiałem dawać do podpisu rodzicom, ale teraz wiem, że nauczyciel chciał mnie przygotować do prawdziwego życia, w którym takie rzeczy jak niekonwencjonalny system nauczania, szacunek do innych ludzi niezależnie od tego jak wyglądają, szacunek do zwierząt, czy nawet słynne hasło promowane przez szkołę Summerhill, żeby pozwolić dzieciom być dziećmi, w świecie, który na mnie czeka nie mają prawa bytu.

W pierwszej części jego przygód - Akademia Pana Kleksa - mjest cały rozdział o kuchni Pana Kleksa. Bardzo zaintrygował mnie jeden fragment:
Niebieska farba jest kwaśna, zielona jest słodka, czerwona jest gorzka, żółta jest słona, natomiast z różnych połączeń farb po wstają smaki pośrednie. Tak więc odpowiednie połączenie farby zielonej z białą i z odrobiną szarej daje smak waniliowy, brązowa z żółtą posiada smak czekoladowy, farba srebrna, domiesza na do czarnej i z lekka zakropiona seledynową, smakuje jak ananas. I tak dalej, i tak dalej.
O czym mowa? O estrach :) To takie związki chemiczne odpowiadające w niektórych produktach za zapach. Wiadomo, że Jan Brzechwa nie chciał zanudzić młodego czytelnika wiedzą z chemii organicznej więc przedstawił to w przyjaznej odbiorcy formie. Zresztą nie tylko sztucznie wytworzone estry są stosowane w przemyśle spożywczym, zobaczcie z czego jest zrobiony syrop malinowy :)
Jego najmłodszy uczeń Adaś Niezgódka zapytany co by chciał zjeść, odpowiedział w filmie, że omlet z wiśniami i czekoladą, po czym dostał omlet przygotowany ze specyfików znajdujących się w kuchni, bynajmniej nie z jajek. Właśnie taki omlet postanowiłem przygotować. Bez jajek, ale żeby smakował i wyglądał jak z jajek. W książce Adaś poprosił o omlet ze szpinakiem, dlatego wolę zrobić jak w oryginale. Nie myślicie chyba, że profesor Ambroży Kleks, który otrzymał tak bogatą wiedzę w dziedzinie botaniki, w którego kuchni znajdowały się słoiki z różnymi kwiatami użyłby nudnego szpinaku? Zrobiłem to co zrobiłby Pan Kleks. Poszedłem do lasu i nazbierałem podagrycznika, pokrzyw i bluszczyka kurdybanka dla smaku.

Jak zrobić omlet bez jajek? Po pierwsze konsystencja i kolor. To daje nam mąka z ciecierzycy, czyli drobno zmielone nasiona. Po drugie smak i zapach. Tu posłużymy się czarną solą, która ma wysoką zawartość siarki, czyli tego co pachnie w jajku jajkiem.

Składniki:
- nasiona ciecierzycy
- pokrzywa
- podagrycznik
- bluszczyk kurdybanek
- czarna sól


Wykonanie:
Rośliny myjemy i dusimy na patelni pod przykryciem z małą ilością wody.
Ciecierzycę mielimy drobno, dolewamy wody, aby powstało nam lejące się ciasto, doprawiamy solą (pół łyżeczki na jeden omlet), mieszamy z zielskiem i smażymy z dwóch stron.



Jemy chwasty 2020

czwartek, 31 października 2019

Pieczone trufle kanadyjskie z czosnkiem niedźwiedzim i kapusta w sosie chrzanowym

Ostatnio wracając domu przez kawałek zieleni zauważyłem wyjątkowo rzucające się w oczy wysokie kwiaty, które lubią sobie rosnąć pod płotami. Spieszyłem się i nie miałem przy sobie odpowiedniego wyposażenia, dlatego tylko wyrwałem jeden sprawdzając czy interesujący mnie towar znajduje się w korzeniach. Wynik był pozytywny, więc postanowiłem wybrać się na łowy. 
Z racji tego, że polowanie przypadło na porę poobiednią, a pora poobiednia to pora po pracy, z kolei dość szybko robi się ciemno, dlatego oprócz worka, do którego będę wkładał moje zdobycze i rękawiczek, musiałem się również zaopatrzyć w latarkę czołową. Nie wiem czy fakt, iż przechodzący przez skwer ludzie jakoś często wybierali drogę koło mnie zawdzięczam temu, że z uwagi na porę myśleli, że robię coś nielegalnego, czy może brali mnie za wariata, a może jedno i drugie. Chciałbym, naprawdę chciałbym, żeby któremuś chodziło o poszerzenie swoich horyzontów, ale spotkanie kogoś przy takiej okazji jest tak trudne, jak to określił David McCallum w filmie Mosquito Squadron - "Jak splunięcie prosto w oko oficerowi lotnictwa z okna przejeżdżającego ekspresu :) W każdym razie nakopałem tego całą torbę i postanowiłem jakoś przyrządzić. Zdecydowałem najprościej jak się da, upiec. Żeby przełamać smak, postanowiłem podać z czerwoną kapustą.
Zaniosłem to dzisiaj do pracy żeby poszerzyć horyzonty współpracowników, dlatego zdjęcie z zakładowej stołówki.

Składniki:
- bulwy topinamburu aka trufli kanadyjskich aka karczochów jerozolimskich
- czosnek niedźwiedzi
- kapusta czerwona 
- chrzan tarty
- ocet


Wykonanie:
Topinambur obieramy, co zajmie nam pewnie sporo czasu, polewamy olejem i wkładamy do piekarnika nastawionego do poziomu 180 stopni Celsjusza na około 20 minut. Posypujemy czosnkiem niedźwiedzim.
Kapustę trzemy, dodajemy chrzanu i trochę octu.

piątek, 7 czerwca 2019

Pyry z owsikiem i podagrycznikiem

Kiedyś bywałem często na Wielkopolsce zwanej przez niektórych Krainą Podziemnej Pomarańczy, gdzie mam nadzieję, że nie jest to obraźliwe, bo uważam ziemniaka za bardzo ważne warzywo. Teraz trochę rzadziej, ale pamiętam tam taką potrawę jak pyry z gzikiem czyli ziemniaki z odpowiednio przyprawionym twarożkiem. Ja postanowiłem zrobić inną wersję, ze sfermentowanych płatków owsianych, bo same w sobie są bardzo zdrowe, a sfermentowane to już w ogóle :), którą musiałem odpowiednio nazwać. Z racji tego że smak jest podobny, ale z innego składnika, musiałem precyzyjnie, zgodnie z nowymi wytycznymi, określić składnik wiodący, dlatego nazwałem to pieszczotliwie owsik.
Jak większość moich czytelników wie, w wolnej chwili uprawiam sporty walki, a konkretnie Brazylijskie Jujitsu. Nie chodzi o to czy mam w tej kwestii jakieś wyjątkowe osiągnięcia czy nie mam. Chodzi o to, że stało się to pewną rutyną oraz sprawia mi to strasznie dużo frajdy. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że uszkodziłem sobie rękę w łokciu, w sensie boli :) Lipa o tyle, że muszę sobie zrobić przerwę. Postanowiłem wspomóc się trochę darami natury (ziołami), które oprócz działania przeciwzapalnego i zbawiennego na stawy, ma też ciekawy smak. Mowa o zielu podagrycznika, który wygląda tak:


Kolejny wpis z cyklu #smutnejedzeniewpracy

Składniki:
- ziemniaki
- płatki owsiane
- nasiona słonecznika
- ziele podagrycznika


Wykonanie:
Całą sprawę musimy zacząć już 3 dni wcześniej.
Miksujemy płatki owsiane na mąkę. Dolewamy trochę wody, dokładnie mieszamy i odstawiamy. Zakładam, ze nie mieszkacie w laboratorium i macie sporo bakterii w powietrzu, dlatego, przy tej pogodzie, powinny wystarczyć dwa, góra trzy dni. Tak czy siak, codziennie musicie to mieszać, a poznacie, że jest dobre, kiedy zacznie pachnieć jak śmietana.
Ziemniaki gotujemy w obierkach. 
Podagrycznik myjemy, miksujemy na pesto ze słonecznikiem i odrobiną oleju, a następnie mieszamy z płatkami owsianymi. 
Ja lubię ziemniaki rozkroić i włożyć masę do środka, ale jak kto chce.


Danie pachnące ziołami 6.