poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Ogórkowanie i kanapka z grilllowanym ogórkiem

W miniony weekend pojechałem na imprezę o nazwie Ogórkowanie, czyli bardzo ciekawe wydarzenie organizowane przez lokalnego wytwórcę ogórków kiszonych w okolicach Wrocławia. Miał to być szereg atrakcji związanymi z ogórkami, wraz z warsztatami kiszenia ogórków, które należało wcześniej sobie zebrać na udostępnionym do tego polu. Impreza darmowa, a za zebrane ogórki nic się nie płaci, dlatego już na parkingu można było podsłuchać rozmowy starych wyjadaczy (to już czwarta edycja) na temat tego, ile zbiorą i ile zaoszczędzą, ewentualnie za ile to potem sprzedadzą :) Dzięki cze,u po godzinie, nie było już ogórków na polu i część osób próbowała zbierać z innego, odgrodzonego taśmą, mimo próśb organizatorów :) Tu zdjęcie tej połowy pola, do której jeszcze ludzie nie doszli :)


Całość miało formę takiego festynu wiejskiego ze sceną, na której był wodzirej i występy zespołów folklorystycznych. Ze straganami, na których można było spróbować wielu lokalnych ciekawostek jak na przykład kiszona rzodkiewka. Właściwie było coś dla każdego, bo nawet pajdy ze smalcem z fasoli były. Odbyłem też nostalgiczną podróż, dzięki masowemu śpiewaniu piosenki z mojego dzieciństwa pod tytułem - Ogórek.


Oczywiście żaden wiejski festyn nie może się obejść bez Ochotniczej Straży Pożarnej, która zrobiła błoto dla dzieci i wodną kurtynę. Podobały mi się również eksponaty. Tym bardziej, że taki C-360 był pierwszym pojazdem spalinowym, który zdarzyło mi się prowadzić :)


Oraz bardzo pomysłowe miejsca do siedzenia. Trzeba przyznać, że wystrój był bardzo fajny. W stylu recycling - DIY.


Można było podpatrzeć jak wygląda wyrób produktów metodą tradycyjną, a nawet własnoręcznie zmielić mąkę.


Główną atrakcją miał być przelot ogórkowym samolotem. Ogórki mają to do siebie, że ich niejadalne części są bardzo wrażliwe na uszkodzenia, dlatego nie można po nich deptać. W związku z tym zbiera się je na leżąco na specjalnych platformach podłączonych do ciągnika. Całość przypomina samolot. Bardzo specyficzny samolot, niczym dla akrobatów lub biednej kasty w Indiach, ewentualnie tak mógłby wyglądać projekt Rayanaira, bo siedzi się na "skrzydłach". Tutaj samolot kołuje :)


Zanim wsiadło się na pokład, należało zdobyć bilet. Mój lot był dopiero na 16:30. Leży się na brzuchu i zbiera ogórki, które następnie kładzie się na taśmę przed nami. Taśma przesuwa je do środka, aby następnie zostały wyrzucone na ścieżkę. Współczuje tym, którzy robią to przez kilka godzin.


Czekałem na warsztaty z kiszenia , trzymając w pogotowiu moją torbę z ogórkami i drugą ze słoikami. Niestety były one w wydaniu tylko teoretycznym, prowadzone ze sceny, co po głębszym zastanowieniu miało sens, bo takie, w których wszyscy chcieliby aktywnie uczestniczyć, mogły być problemowe ze względu na brak zaplecza kuchennego z bieżącą wodą, co nie zmienia faktu, że trochę się zawiodłem :) Po prostu nie musiałbym włóczyć się po imprezie z ogórkami i słoikami :)

Dobrze, ze było gdzie siedzieć, jak i co jeść, bo specjalnie na te okoliczność przygotowałem keks, który nie jest jakoś specjalnie warty uwagi, ale też danie wytrawne. Ostatnio mam korbę na kanapki, ale nie mówię tu o PRL-owskiej kromce chleba posmarowanego tłuszczem, z plasterkiem czegoś tam, przyozdobionym plasterkami czegoś innego. Mówię o ich ulicznych wersjach, kiedy pomiędzy dwa kawałki pieczywa dostajecie pełnoprawny posiłek, który równocześnie moglibyście zjeść samodzielnie na talerzu, bo zakładam, że pasztetu z pomidorem samodzielnie nie jecie :) Oczywiście musiała być z kiszonym ogórkiem, ale świeży to nudy :)

Składniki:
- podłużne bułki
- czerwona cebula
- ciecierzyca
- ogórki kiszone
- cukier
- papryka wędzona w proszku


Wykonanie:
Ciecierzycę moczymy kilka godzin, a następnie gotujemy.
Cebulę podsmażamy i kiedy jest miękka dosypujemy trochę cukru, cały czas mieszając, aż się nam skarmelizuje. Dodajemy do niej ugotowaną ciecierzycę i wędzoną paprykę.
Ogórki przekrajamy wzdłuż na pół i grillujemy z jednej strony. Ja, osobiście, zrobiłem to na patelni grillowej, ale możecie też upiec w piekarniku, za to wtedy nie będzie takich stylowych kreseczek. Nie spodziewajcie się takich ładnych czarnych. Na zdjęciach kulinarnych robi się je za pomocą pasty do butów.
Bułki przekrajamy wzdłuż (nie do końca), wkładamy do nich cebulę z ciecierzycą i ogórka.

My tu się dobrze bawimy i się zajadamy, a tu ktoś się nie może doczekać, aż ci wszyscy ludzie pójdą i można będzie zjeść obiad :)


środa, 14 sierpnia 2019

Racuchy vs ołatki

Do dzisiejszego wpisu zainspirowało mnie życie. Takie codzienne. Pierwszą rzeczą to zaopatrzenie. Jak wiadomo, człowiek nie wielbłąd i pić musi. Nawet nie tylko pić, ale też jeść. O ile pić można, nie wychodząc z domu, o tyle w jedzenie trzeba się zaopatrzyć. Uprzedzając malkontentów szukających atencji, zakupy można zamówić, a w nie każdym domu jest bieżąca woda, ale zasadniczo woda w kranie jest znacznie bardziej powszechna, niż możliwość zakupów online. Najprościej zaopatrzyć się w sklepie i choć wszystko idzie w stronę zakupów bezobsługowych, to i tak są to miejsca w których spędzamy sporo czasu ze swojego życia. I tak sklep, a właściwie jego asortyment, a jeszcze ściślej rzecz ujmując, racuchy z jabłkiem, stały się dla mnie źródłem inspiracji, ale nie tylko. Jest jeszcze druga rzecz, która stała się, niestety, bardzo powszechna, nie tyle coś co nazywamy hejtem, ale połączenie hatewatching z krzykiem rozpaczy o atencję połączone z przekonaniem, że jest się bardzo potrzebnym. Wyjaśnię może pierwsze pojęcie. Kiedyś jak coś nam się nie podobało to nie traciliśmy czasu na oglądanie tego. Teraz niektórzy celowo oglądają coś co się nie podoba, po to żeby móc zostawić negatywną opinię. 
Jak się to ma do kuchni? Jest takie powiedzenie, że jak ja ze szwagrem napijemy się wódki, albo lepiej, samogonu, to stajemy się ekspertami od wszystkiego. Wielu ludziom właściwie nie trzeba wódki, wystarczy tylko dać możliwość wypowiedzenia (możliwość, nie prośbę) i już poznajemy opinię, która w przekonaniu ją wyrażającego, zbawi świat, a dzięki czemu jego życie nabiera sensu, gdyż w jego mniemaniu należy on do bardzo wąskiego grona sceptyków w przeciwieństwie do głupiego szarego człowieka. Co w tym złego? Niby nic, bo każdy szanujący się naukowiec uwielbia kiedy udowodni się nieprawdziwość jego tezy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy te opinie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. O ile wynika to z niewiedzy, to, może nie tyle spoko, co trudno. Tu należy się współczucie. Natomiast jeśli wynika to ze złośliwości albo chęci przekazania jakieś idei to już gorzej. Osobną kategorią są ci, którzy na opowiadaniu głupot zarabiają pieniądze, tych to nawet rozumiem, dlatego nie o nich tym razem. 
Przykłady? Burgery. Burger wzięło się od słowa hamburger, a on sam od miasta portowego w Niemczech znanego z prostytutek. Hamburger musi być wołowy. Bez dwóch zdań. Natomiast powstały różne inne wariacje tego kotleta i tak burger oznacza formę podania dania, a wszelkie przedrostki materiał, z którego zostały wykonane. Tak powstał fishburger, a potem inne. Są też vegeburgery, których przedrostki wskazują, że materiał z którego zostały wykonane to nie-mięso. Ilekroć gdzieś na portalu społecznościowym trafia się taka informacja, to padają głosy - co to za burger bez mięsa? Ludzie, serio? Abstrahując od faktu czy nie macie nic lepszego do roboty, bo w tym czasie moglibyście spędzić czas z ludźmi, a jeśli nikt Was nie lubi, to np. poczytać. To drugie by się przydało w tej konkretnej sytuacji. Puryści powiedzą że tylko wołowina i nic innego i będą hejtować każdy inny składnik. OK, to jestem w stanie zrozumieć, ale czym się różni fishburger, w sensie prawidłowości nazewnictwa, od vegeburgera, czy potatoburgera, czy kangarooburgera? Dlaczego nikt nie okleja restauracji Pod Złotymi Łukami" plakatami Fishburger to nie burger? Ja wiem, że dużo miejskich dzieci myśli że krowy są fioletowe, ale nawet jeśli, to zapewniam Was ja, który doił w dzieciństwie krowę, że nie widziałem ryby, która by ją przypominała. Abstrahując już od tego, że ryba, w myśl definicji handlowej, to nie mięso. Więc czemu fishburger tak, a vegeburger już nie?
Mam coś dla Was kochani, może nie tyle puryści, co łowcy uchybień. W marketach są tzw. racuchy z jabłkami. Problem w tym, że to raczej nie są racuchy, gdyż są płaskie. 
Czym są racuchy? Zostawmy może Wikipedię, bo, co prawda ludzie piszą na jej podstawie doktoraty, ale nie jest to najlepsze źródło wiedzy. Spójrzmy na te historyczne. W XIX wieku było wydawane takie czasopismo naukowe o tytule Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej. Bardzo niszowa rzecz. W każdym razie na jego łamach, w Tomie XVII, Michał Rawicz Witanowski pisał takie coś:
Z powodu lichych gruntów lud nie odznacza się dobrobytem. Pożywienie jego jest więcej niż skromne w porównaniu z ciężką pracą, jakiej się oddaje. Mięsa nie ujrzysz tutaj na stole, chyba w wielkie święto lub uroczystość rodzinną, jak np.: chrzciny,wesele lub pogrzeb. Dodać do tego trzeba, że cały wielki post, oraz wigilie świąt, jedzą bez okrasy, przyprawiając potrawy tylko solą z dodaniem oleju lnianego Zwykłe wówczas pożywienie składa się z chleba razowego, siemieniatki (zupa z tartego siemienia, konopnego), parzy-brody (kapusta gotowana na słodko), klusek z kartofli tartych, racuchy (rodzaj ciastek drożdżowych, smażonych na oleju), flinc (placki z tartych kartofli, smażone na oleju)
Ta definicja przyda się nam później. Jest teoria, że samo słowo pochodzi od hreczuszki, co miałoby sugerować, że były z mąki gryczanej, ale mąka gryczana i drożdże to nie jest to co często idzie ze sobą w parze, więc ta opcja wydaje mi się mało prawdopodobna. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się pochodzenie od ruchanek - inna regionalna nazwa racuchów - a ta pochodzi od tego, że drożdże, a właściwie zaczyn, się ruszają. 
No to czym są te "racuchy: jeśli nie racuchami? Poza tym, że plackiem? Bo w myśl definicji słownikowej, wszystko co jest okrągłe (prawie), płaskie i z mąki, czy ziemniaków jest plackiem. Bardzo podoba mi się ludowa nazwa ołatki. O jej same nie znalazłem wiele poza zapisem w źródle, również z XIX w pt. Praktyczny Kucharz Warszawski (przepis 608), gdzie był przepis na danie (mocno powiedziane) o takiej nazwie.
Także wszelkiej maści zbawcy świata, którzy za pomocą pozornej hiperpoprawności, walczycie z "tępymi masami" uświadamiając je co do jedynej słusznej drogi. Entery w dłoń i wjeżdżacie na fanpage producentów pisząc że te racuchy to nie racuchy. Mogę Wam podać jacy to na priv. Nie zapomnijcie pochwalić się swoją krucjatą w mediach społecznościowych :)

Aha, no i jeszcze zainspirowała mnie rozmowa z koleżanką z pracy, bo też była o tym :)

Poniżej podaje dwa przepisy. Na racuchy i na ołatki.

Składniki:

Ołatki    Racuchy
- mąka
- woda
- olej
- jabłka



- mąka
- woda
- olej
- jabłka
- drożdże



Na obrazku porównanie. Po lewej ołatki - płaskie, po prawej racuchy - puszyste. Oczywiście w towarzystwie zupy botwinkowej.


Wykonanie:


 Ołatki Racuchy
Jabłka obieramy i kroimy w kostkę, ewentualnie trzemy na tarce o grubych oczkach.
Wodę mieszamy z mąką tak, aby nam powstało gęste, ale lejące się ciasto i mieszamy to z jabłkami. Na nic nie czekamy tylko wylewamy placki na patelnię i smażymy na patelni. Nie ma się co dziwić, że ten sposób został przyjęty do produkcji przemysłowej, jako bardziej ekonomiczny.










Jabłka obieramy i kroimy w kostkę, ewentualnie trzemy na tarce o grubych oczkach.
Drożdże (ilość jest zależna od ilości mąki, a stosunek jednego do drugiego opisany na opakowaniu) rozrabiamy w małej ilości ciepłej wody, dosypujemy trochę (naprawdę mało) mąki i mieszamy. Odstawiamy aż pojawią się bąbelki, nie mylić z "bombelkami", bo ich pojawienie w mojej ocenie nie wróży nic dobrego :)
Dosypujemy mąki oraz trochę oleju i ugniatamy ciasto, regulując jego konsystencję za pomocą wody i mąki. Jak za suche dolewamy wody, jak za bardzo się klei, dosypujemy mąki.
Odstawiamy i czekamy aż wyrośnie. Dodajemy jabłka, mieszamy, ugniatamy i znów czekamy. Jak podrośnie, bierzemy kawałki i smażymy na oleju.

wtorek, 6 sierpnia 2019

Burger ziemniaczany i spacer na skrzyczne

W ostatnią niedzielę, co, wbrew pozorom będzie miało nawet pewien związek z dalszą częścią posta ekipa z pracy postanowiła zorganizować wyjazd w góry. Cała wycieczka miała być niedzielnym spacerem, bo trasa jest raczej rekreacyjna.


Najtrudniejszy, a właściwie kondycyjnie najbardziej wymagający, podczas całej trasy jest odcinek od parkingu Ostre do schroniska na Skrzyczne, później już na podobnej wysokości i bardzo częste, tu moje ulubione słowo, które stało się kluczem wycieczki - przepłaszczenia :)

Idąc szlakiem niebieskim, mijamy pomnik upamiętniający walkę lokalnego watażki ze Szwedami, a tuż za nim jest ciekawa chatka, której przeznaczenia nie znam. Może być nawet prywatna mieszkalna, a może składzik. Pewne są dwie rzeczy. Była zamknięta na konkretną kłódkę oraz rozciągał się z niej ładny widok. Powiedziałbym preludium do kolejnych :)


Na szczycie schronisko, które pełni raczej funkcję gastronomiczną z komercyjnym seplenieniem i rzępoleniem w komplecie, ale mają tu lokalne piwa rzemieślnicze co się chwali. 


Tzn. nie tyle na szczycie, bo szczyt jest tu, mimo, że tabliczka jest koło schroniska.


Obok tablica, która, im więcej  patrzę, tym mniej wiem co oznacza, ale grunt, że ktoś się spełnił nie szkodząc nikomu.


Po drodze znak czasu, z cyklu - cieszmy się górami, tak szybko się komercjalizują :)


W końcu to co tygrysy lubią najbardziej czyli skała, na którą należy się wdrapać i zrobić sobie zdjęcie, tylko najpierw należy odczekać w kolejce. Bo wszyscy uważają dokładnie tak samo.


Niedaleko jest rozstaj dróg. Można iść krótszą trasa żółtym lub dalej zielonym.
Typowa urokliwa trasa promenadowa, a gdzie skałek zabrakło to dorobili :)



Natomiast widoki nie opuszczają do samego końca.


Oczywiście druga rzecz, którą tygrysy lubią najbardziej, czyli prowiant. Co prawda, do czasu brutalnego zgładzenia tej mody, najlepiej niedziele w tym kraju spędzało się w galeriach handlowych, to ja jednak wolę albo gdzieś wybyć w teren, albo wykonać jakieś bardziej czasochłonne prace, albo zalegać na kanapie oglądając filmy. Dlatego też, do sklepów chodzę tylko wtedy kiedy czuję potrzebę zaopatrzenia się w jakieś towary, a nie potrzebę jako taką. W związku z tym, prawdopodobieństwo tego, że coś mnie w sklepie zainspiruje jest niższe. A jednak. Pomijając sklepy za granicą, które odwiedzam głównie w tym celu, bo jest to dobra metoda na poznanie zwyczajów kulinarnych, to jednak czasem coś się trafi i tu na miejscu. Prawie zawsze jest to jakaś bardzo prosta rzecz sprzedawana za zawyżoną cenę jako delikates :) Tak trafiłem na ziemniaczane burgery. Tym ciekawiej, że na internetach, głównie w komentarzach hatewatcherów toczą się dyskusje, że burger musi być tylko z wołowiny. Niestety musi być ale "ham", niezależnie od tego, ile chamskich komentarzy zostanie napisane :) Duże sieci handlowe nie mogą się mylić :) Lekko go stunningowałem, żeby było na bogato :)

Składniki:
- bułka
- ziemniaki
- cebula
- mąka kukurydziana
- wędzona papryka


Wykonanie:
Ziemniaki gotujemy, studzimy, ugniatamy, dodajemy ulubione przyprawy oraz trochę mąki ziemniaczanej. Formujemy płaskie, okrągłe kotlety i pieczemy je w piekarniku.
Cebulę kroimy w plasterki, rozdzielamy je na krążki, dodajemy trochę oleju i wody, mieszamy, a następnie posypujemy papryką i mąką kukurydzianą i jeszcze raz mieszamy. To również wkladamy do piekarnika.
Podajemy w jednej bułce. Ja sobie jeszcze dodałem sałatę i liście botwinki z działki :) 

wtorek, 30 lipca 2019

Okroszka na piwie.

Upał daje się we znaki, co oznacza, że albo jestem coraz starszy, albo to początek katastrofy klimatycznej, o której wspominają naukowcy. Niby przed chwilą spadł deszcz, ale to nic nie zmieniło :) 
W każdym razie, w związku z powyższym, chciałoby się rzec, że nadejszła wiekopomna chwila, bo robię zupę, a zasadniczo, nie robię tu zup. Mówię zasadniczo, bo jakieś tu jednak były, ale zazwyczaj w zestawach, a jak już solo, to jednak bardzo gęste. Dlatego tym razem też miało być gęste
O okroszce, pierwszy raz usłyszałem od współpracownika, który pochodził z Rosji i jako, że miał na imię Paweł, mówiliśmy na niego Vladimir :) To przecież logiczne :) Tak naprawdę to Pawłów mieliśmy w pracy jeszcze dwóch i trzeba go było jakoś wyróżnić, a pomógł nam w tym drugi człon jego nazwiska Vladimirowicz :) Mówił, że to taka fajna zupa z kwasu chlebowego.
Ostatnio mój ukraiński kontrahent podczas zakrapianego spotkania biznesowego wspomniał mi, że w jego kraju robi się taką zupę nie tylko na kwasie chlebowym, ale też na piwie. Przyznam, że ta opcja znacznie bardziej mi się podobała :)
W smaku jest, jak to powiedział protoplasta polskich pato streamerów - kontrowersyjne :)
Ogólnie co kucharz to przepis, dlatego ja zrobiłem taką.

Składniki:
- piwo
- młode ziemniaki
- jakieś parówki
- ogórek świeży
- jakiś jogurt albo śmietana


Wykonanie:
Ziemniaki myjemy, kroimy w kostkę i podsmażamy. Dodajemy pokrojone w plasterki parówki i jeszcze chwilę podsmażamy. Studzimy.
Ogórek obieramy i kroimy w kostkę.
Kładziemy wszystko do talerza i zalewamy piwem. Piwo musi być bardzo zimne. Opcjonalnie możemy zabielić jogurtem lub śmietaną.
Ewentualna zielenina też jest wskazana :)

TIP:
Jak nie macie zimnego piwa to możecie je ekspresowo schłodzić. W tym celu owijacie je ręcznikiem papierowym, który nasączacie wodą i wkładacie takie do zamrażalnika.




Warzywa dyniowate 2019

środa, 24 lipca 2019

Bezglutenowe "spaghetti napoli" z fasolki

Jakby się dało, to bym dał większy cudzysłów, bo ze spaghetti to ma tyle wspólnego co barszcz czerwony z barszczem, w związku z tym, że spaghetti to rodzaj tworu, zasadniczo otrzymywanego ze zmielonego ziarna pszenicy wymieszanego z wodą, a tu mamy zupełnie inne ziarna, w dodatku, w obudowie, ale z daleka wygląda podobnie :) W każdym razie sam pomysł ciekawy, typowo letni, moim zdaniem dużo bardziej ciekawy niż szeroko dostępny makaron kukurydziany, o podobnym kolorze. O tyle ciekawy, że można wykorzystać go później jako dodatek do obiadu z ziemniakami. Przynajmniej ja tak zrobiłem :)

Składniki:
- fasolka szparagowa - żółta
- przecier pomidorowy
- cebula
- czosnek
- bazylia


Wykonanie:

Fasolkę "obieramy", a konkretnie przycinamy końcówki z dwóch stron. Jest to dość żmudna praca, w przypadku większej ilości, dlatego ja robię to za pomocą nożyczek. Gotujemy.
Cebulę kroimy drobno i podsmażamy. Dodajemy przecier, wyciśnięty przez praskę czosnek i bazylię. Chwilę gotujemy i polewamy nim ugotowaną fasolkę.

czwartek, 18 lipca 2019

Aroz con repolho czyli brazylijskie gołąbki bez zawijania

Ostatnio byłem na targu staroci i dorwałem tam książkę autorstwa Macieja Helbańskiego pod tytułem Potrawy z różnych stron świata, którą w roku 1974 Ministerstwo Oświaty i Wychowania zaleciło do bibliotek szkół średnich:
W książce znajdują się przepisy na oryginalne potrawy z różnych - europejskich i pozaeuropejskich - krajów świata. Ma ona na celu udostępnienie polskim gospodyniom licznych przepisów na nieznane, często egzotyczne potrawy, które urozmaicą codzienne lub wystawniejsze menu.
Od moich czytelników i czytelniczek, a musicie wiedzieć, że mam wśród nich osoby o ogromnej wiedzy na różne tematy, dowiedziałem się, że Helbański to bardzo uznany i fachowy autor.
W związku z powyższym mogłem z dużym prawdopodobieństwem określić, czy to co jest napisane w tej książce mija się z prawdą czy też nie. Uznałem, że nie. Dlatego też postanowiłem przygotować taki przepis. 
Z kulturą brazylijską jestem w pewien sposób związany, bo choć nie lubię jednego z ich narodowych sportów, a mianowicie biegania po trawie za workiem, to trenuję ich inny sport, a mianowicie Brazylijskie Jujitsu. Może nie często, ale regularnie, co daje mi dużo frajdy, a fakt, że ostatnio zepsułem sobie rękę i właśnie ją leczę, traktuje jako zwolnienie lekarskie, a nie emeryturę :) Dlatego też trochę interesuje się kuchnią z tamtej części świata, niestety znam ją głównie ze źródeł tego typu niż z autopsji :) Danie wydało mi się o tyle ciekawe, że gołąbki, to jedno ze smaczniejszych dań, które przylgnęło do tego kraju. Celowo użyłem słowa przylgnęło, bo pochodzi raczej z basenu Morza Śródziemnego.

Składniki:
- kapusta
- jakieś parówki
- cebula
- ryż
- koncentrat pomidorowy


Wykonanie:
Parówki i cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy. Dodajemy poszatkowanej kapusty, chwilę smażymy, dolewamy wody i dusimy pod przykryciem.
Ryż gotujemy.
Kiedy kapusta zmięknie dodajemy ryżu, trochę wody oraz koncentrat i jeszcze chwilę dusimy.

środa, 10 lipca 2019

Piccalilli

Mimo, że brzmi jak coś włoskiego, to danie pochodzi w wysp brytyjskich, co wprawny znawca odgadnie po ilości octu w tym daniu. Wieść głosi, że nazwa powstała w wyniku modyfikacji "Indyjskie pikle". W każdym razie jest to bardzo fajny pomysł na coś co możecie władować do słoika, gdzie pomimo tego, że mamy do czynienia z rzeczami szybko psującymi się, to ilość octu, zawartego w musztardzie, zapobiega zepsuciu. Przepisy są różne, ale ja wybrałem taki, jaki mi się najbardziej podobał.

Składniki:
- fasolka szparagowa
- czerwona cebula
- musztarda


Dla mnie idealnym wykorzystaniem było na grillu, jako dodatek do kiełbasek, zarówno na talerzu jak i w bułce.


Wykonanie:
Fasolkę i cebulkę kroimy i podsmażamy. Dodajemy trochę wody i dusimy pod przykryciem. Dodajemy musztardy i chwilę dusimy. Wsadzamy jeszcze ciepłe do słoików, aby nam zassały pokrywkę.

Róbmy przetwory! 5.


poniedziałek, 1 lipca 2019

Panelle i Mały Rozsutec

W miniony weekend byłem w górach. Sytuacja o tyle nietypowa, że zasadniczo nie jeżdżę w góry w taką pogodę. Tu był wyjazd pracowniczy, dodatkowo jeszcze byłem odpowiedzialny za organizację przemieszczenia i umieszczenia tam ludzi z mojego działu, ot, cała tajemnica. Trasę nie ja wybierałem, ale została przedstawiona jako łatwa, lekka i przyjemna. Na mapie wyglądało to tak.


Powiem szczerze, estymowany czas wydał mi się mało prawdopodobny, dlatego z góry, przy rezerwacji miejsca do jedzenia, został on przedłużony o 1,5 godziny. Jak widzicie można podejść z dwóch stron. Zalecam najpierw iść niebieskim, a wrócić zielonym, jest znacznie prościej, tym bardziej, że trasa nie jest taka prosta jak się wydaje.

Zaczyna się malowniczo. Rzeczka, wzdłuż niej platformy i drabinki. Sama przyjemność. Oczywiście dlatego, że dawno nie padało :) Do pewnego momentu jest naprawdę przyjemnie, a łańcuchy i liny przy skałach są raczej do małej pomocy.

Później już robi się problemowo. Niedoświadczony lub nie najlepiej wyposażony turysta może mieć problem. Ale do malowniczej polany rodem z filmu "Janosik" jest całkiem dobrze. Później następuje gwóźdź programu. Patrzycie na to i macie wątpliwości, czy tam się w ogóle da wejść. Gdyby nie wszyscy ludzie, których widzicie z daleka, wątpliwości byłyby naprawdę duże :)


Tym bardziej, że wejście jest naprawdę strome, właściwie to idziecie po takiej jakby drabinie, tylko zrobionej ze skały. Tu już łańcuchy i liny nie są tylko do pomocy, ale powiedziałbym, że są raczej niezbędne. Podejście jest wymagające, ale widoki wynagradzają wszystko.


Miejsce w sam raz na to, żeby sobie zrobić krótką przerwę na coś do jedzenia. Ja zabrałem danie ze słonecznej Sycylii, ufając, że skoro tam się sprawdza, to wytrzyma również i przy tej pogodzie. Robione jest z mąki z ciecierzycy, którą polecam zrobić sobie samemu, mieląc nasiona.

Składniki:
- szklanka mąka z ciecierzycy
- 2 szklanki wody
- natka pietruszki 


Mąkę rozpuszczamy w wodzie dodajemy pokrojonej natki z pietruszki i, cały czas mieszając, doprowadzamy do wrzenia. Powinno nam to zgęstnieć i wtedy wylewamy na foremkę wyłożoną papierem i czekamy aż ostygnie.
Kiedy stwardnieje, kroimy na kawałki i podsmażamy z dwóch stron. Podobno jedzą to w bułce :)

Kiedy już dorzucimy do pieca, to zaczyna się zabawa. Schodzimy trzymając się liny. Nie dość, że stromo, to jeszcze podłoże złożone z małych kawałków, które lecą spod butów. Osobiście schodziłem tyłem, trzymając się liny i będąc wdzięcznym za to, że wziąłem rękawiczki. Na zdjęciu niewinnie wyglądający początek.


Po zejściu już raczej leśnie, ale trzeba przyznać, że takie skalne formy dodają uroku, przez co trasa nie jest nudna.


Reasumując. Mnie się trasa podobała, ale łatwa ona nie była. Nie tyle ciężka, co po prostu trudna. Jeśli przerosło wejście na Rysy, to jest znacznie trudniej. Odradzałbym początkującym, co nie znaczy, ze nie przejdą :)

środa, 26 czerwca 2019

Potrawka z leśnego kurczaka

Czym jest leśny kurczak? Wbrew pozorom nie jest to ptak..., ani też samolot, ani Superman. Powiedziałbym nawet, że jest raczej tworem statycznym. To grzyb o łacińskiej nazwie laetiporus sulphureus, który atakuje drzewa liściaste, bardzo charakterystyczny i rzucający się w oczy, natomiast jeśli chodzi o kwestię kulinarną, to nie znam drugiego takiego, z którym by się tak dobrze pracowało, jeśli chodzi o jego strukturę. Własnie ta struktura dała mu na Wyspach Brytyjskich przydomek chicken in the woods, bo jego miąższ przypomina mięso kurczaka. Jako, że trafiłem taki ostatnio postanowiłem przygotować z niego potrawkę, gdyż potrawki mają to do siebie, że przygotowuje się je z mięs białych np. drób, królik czy krokodyl przy czym to ostatnie w świetle polskiego prawa nie jest mięsem :) No to skoro to też smakuje jak kurczak, to na potrawkę się nada.
Doszły mnie słuchy, że nie wolno zbierać tego grzyba z cisów, co z jednej strony jest logiczne, bo na przykład taka pestka owocu cisu, mimo przepysznego miąższu, jest trująca, ale z drugiej strony, nie zostało to nigdy udowodnione. Niemniej jednak, może lepiej jednak nie ryzykować :) Ten był z dębu :)
Efektem moich starań, otrzymujesz, drogi czytelniku, kolejny wpis z cyklu smutne jedzenie w pracy, tym razem prosto z fabrycznej jadalni, w której byłem akurat z wizytą.

Składniki:
- żółciak siarkowy (laetiporus sulphureus)
- przyprawa do kurczaka
- mąka
- rodzynki
- ryż


Wykonanie:
Rodzynki zalewamy wrzątkiem i odstawiamy.
Grzyby gotujemy i możemy obrać. Kroimy w kostkę i podsmażamy. Jak już się nam zarumieni to sypiemy przyprawę do kurczaka i chwilę podsmażamy. Dosypujemy trochę mąki i dobrze mieszamy. Dolewamy wodę cały czas mieszając do momentu, aż uzyskamy odpowiednią konsystencję.

czwartek, 20 czerwca 2019

Ladenia - grecka pizza

Upały mają się w najlepsze, kontynuujemy zatem wątek dań z krajów, które już w moim subiektywnym mniemaniu, w myśl którego upały zaczynają się od 24 stopni Celsjusza, są gorące. 
W tym wypadku z Grecji. To taki kraj, któremu przypisuje się stworzenie podwalin do europejskiej cywilizacji, które później Rzymianie, obecnie Włosi, zagarnęli i rozpropagowali dalej. Imperium padło, ale cywilizacja została. Co prawda złośliwi twierdzą, że podstawy naszej cywilizacji powstały w tej części Azji, która leży najbliżej Afryki, ale nie w naszym kraju, gdzie opcja grecka została uznana, w pewien sposób, nawet przez szefa rządu :) W związku z tym, że Cesarstwo Rzymskie czerpało od Greków garściami, nie wiem czy zasadne jest to danie nazwać grecką pizzą, czy może pizzę, włoską ladenią :)

Składniki:
- drożdże
- olej
- mąka
- woda
- sól
- pomidory
- oliwki
- czerwona cebula


Wykonanie:
Ułamujemy gdzieś tak łyżeczkę drożdży i rozrabiamy w lekko ciepłej wodzie. Dodajemy je w raz z małą ilością oleju do mąki. Dodajemy tyle wody, żeby powstało nam zbite, ale nieklejące się do rąk ciasto. 
Rozciągamy ciasto na blaszce i kładziemy na nie pokrojone w plasterki cebulę oraz pomidory, a następnie jeszcze oliwki, których nie kroimy.
Wkładamy do nagrzanego do 200 stopni Celsjusza piekarnika na 15-20 minut.