wtorek, 21 listopada 2017

Jedzenie przyszłości według wizji z "Łowcy androidów"

Jakby ktoś nie wiedział, Łowca androidów to taki film na podstawie książki o podobnym tytule napisanej przez klasyka SF - PHilipa K. Dicka - gościa, który dostał prezent od życia w postaci schizofrenii, dzięki czemu stał się tak wybitnym autorem. Notabene napisał jedną z moich ulubionych książek Człowiek z wysokiego zamku traktującej o światach równoległych, stanowiącą zresztą doskonałe wytłumaczenie dla wszystkich, którzy wierzą we wróżby :)
W każdym razie w 1982 roku Ridley Scott, znany szerszej publiczności z serii Obcy, zrobił film, który stał się dziełem kultowym. Prezentowana tam dystopijna wizja przyszłości była typowa dla gatunku cyberpunk w latach osiemdziesiątych i odzwierciedlała powszechne obawy ówczesnego społeczeństwa - rządy korporacji, rozwarstwienie społeczne, transhumanizm (a właściwie rola maszyn). Wszystko podkreślone wszechobecnym mrokiem, rozświetlonym niekiedy kiczowatymi reklamami. Tak miałby wyglądać świat w 2019 roku. Niektóre wizje spełniły się bardziej np. video-rozmowy, inne mniej np. tworzenie robotów do zaspokajania potrzeb seksualnych. Jako, że jest to blog kulinarny, skupię się głównie na jedzeniu. 
W pierwszej części mamy wizję typową dla tamtych czasów. Główny bohater zajada się makaronem z azjatyckiego baru. Dlaczego akurat makaron? Bo wszyscy twardziele z przyszłości jedli wtedy azjatyckie nudle. Jadł je wspomniany tu Deckard, jadł je w późniejszej produkcji Korben Dallas z Piątego Elementu, a także Spike Spiegel z Cowboy Bepop. Ta kulinarna wizja przyszłości jest bardzo prawdopodobna, bo makaronu nam raczej, przez dwa lata, nie zabraknie, a uliczne jedzenie rozwija się prężnie.
W tym roku powstał Łowca Androidów 2049 i tam już wizja przyszłości przedstawia się inaczej. Jeśli chodzi o nowinki techniczne i klimat, to niewiele się zmieniło, natomiast jeśli chodzi o jedzenie, to nastąpiła radykalna zmiana. Cytując klasyka - Fizyka dla klasy siódmej. Zgodnie z wiedzą którą tam możnabyło posiąść. Jeśli, kolokwialnie mówiąc, więcej wkładamy niż wyciągamy, to szybko nam zabraknie materiałów. Tak jest własnie z mięsem. Myślicie, że kiedy WHO trąbiło, że przetworzone mięso powoduje raka jelita, to chodziło im tak naprawdę o zdrowie ludzkości? Biorąc pod uwagę niektóre ich decyzje to śmiem wątpić. Natomiast istnieje obawa, że jeśli się czegoś nie wymyśli, to w przyszłości będą o nie większe wojny niż teraz o ropę.
Wykorzystanie owadów jako źródła pokarmu to pomysł dość stary. Gdyby przysiedzono na nim jak np. nad telefonią komórkową to pewnie już dawno byłby zrealizowany. Do tej pory nie było takiej potrzeby, ale obawiam się, że do roku 2049 już będzie. Tak właśnie wygląda wizja jedzenia w nowej części Łowcy Androidów.

Z racji tego, że żyjemy w 2017 roku, a co za tym idzie nasza wizja jest bliższa tej z 2019-go postanowiłem zrobić makaron według przepisu z pewnej znanej sieciówki, prawie tak znanej jak White Dragon, a której nazwy nie wymienię, bo mi za to nie zapłacili :)
Podane jak typowe take away w pudełku i na biurku. Uznałem, że wielorazowy pojemnik jest lepszy od kartonu. Kwadratowy kształt zachowałem :)

Składniki:
- makaron instant np. z zupki "chińskiej"
- kapusta
- pieczarki
- seler naciowy
- szczypiorek



Wykonanie:
Kapustę drobno kroimy i smażymy cały czas mieszając. Dodajemy pokrojone w plasterki pieczarki i dalej smażymy. Po jakimś czasie dodajemy pokrojony w kawałki seler naciowy i jeszcze trochę smażymy.
W międzyczasie zalewamy makaron wrzątkiem, a jak nam zmięknie to dodajemy go na patelnię i wszystko razem krótko smażymy.
Podawać posypane szczypiorkiem
Idealne na wynos.


wtorek, 14 listopada 2017

Lanttulaatikko

Jak to śpiewał pewien znany sepleniący gość ze światłowstrętem, daleko tak daleko, daleko tak jest taki kraj, którego tak naprawdę nie ma. Przynajmniej w to wierzy całkiem spora ilość ludzi. Mniej więcej ci sami, którzy wierzą zarówno w to, że kiedy Delta Force wpadło po Osamę bin Ladena, to on już nie żył, jak i w to, że jeszcze żyje :)
W każdym razie historia dość ciekawa. Mianowicie w 1928 roku Japonia podpisała traktat z Rosją, że będzie mogła łowić ryby wzdłuż jej wybrzeża. Odkryli bardzo bogaty fragment i aby nikt inny tam nie łowił postanowili ukryć go przed światem. Na wszystkich mapach w tym miejscu Morza Bałtyckiego istnieje Finlandia. Nikt normalny przecież nie popłynie tam gdzie jest ląd. Przekłamane są zarówno mapy papierowe jak i GPS. Ewentualni Finowie wraz z ich skupiskami, które możemy oglądać w telewizji mieszkają tak naprawdę na terytorium Szwecji. Język został wymyślony szybko przez Japończyków, dlatego jest taki podobny. 
W każdym razie spisek jest tak dobrze dopracowany, że mają tam bardzo ciekawe przepisy. Jednym z nich jest Lanttulaatikko czyli zapiekanka z brukwi.
Choć większości z Was brukiew pewnie kojarzy się z nazwiskiem wokalisty Zakopower, mnie kojarzy się z książkami o ciężkich czasach. Przede wszystkim literaturą obozową. Dlatego trafiła idealnie. Choć moim skromnym zdaniem to bardzo smaczne warzywo.

Oryginalnie zapiekankę robi się z gotowanej tłuczonej brukwi, ale jeśli chcemy mieć mocniejszy smak, to możemy zrobić jak polską babkę ziemniaczaną czyli z surowej i tartej. Ja zrobiłem po naszemu :)

Składniki:
- brukiew
- mąka 
- marchewka


Wykonanie:
Brukiew trzemy na drobnych oczkach. Mieszamy z małą ilością mąki i startą na grubych oczkach marchewką, a następnie umieszczamy w formie, którą wsadzamy do nagrzanego do 180 stopni Celsjusza piekarnika na około godzinę.
Doskonale komponuje się z tartym chrzanem.


Kuchnia skandynawska 2017


środa, 8 listopada 2017

Makaron ziemniaczany z kurkami

Pojechałem sobie do Łupawy. To taka mała wioska w województwie pomorskim. Chciałbym powiedzieć "znana z tego", ale w sumie znana tylko małej grupie maniaków historycznych. Co nie zmienia faktu, że są tam pozostałości po prehistorycznej wiosce i cmentarzysku nazywanym Grobowcami Olbrzymów. Pozostałości są pod postacią mniej lub bardziej zorganizowanych struktur poukładanych z kamieni. Kamienie miały to szczęście, że w przeciwieństwie do podobnych konstrukcji, nie zostały zabrane do budowy dróg czy budynków po wojnie prusko-francuskiej. Co nie zmienia faktu, że kolejne przedchrześcijańskie kultury ich nie wykorzystywały, chowając tam swoich zmarłych, wychodząc z założenia, że ziemia na tych terenach jest już odpowiednio ogarnięta. Dlatego oprócz grobowców megalitycznych są tam też późniejsze kurhany.
Próby czasu nie przetrwały tylko drewniane ogrodzenia, powstałe po to aby zaznaczyć mały rezerwat, gdyż zostały rozebrane bardzo szybko przez lokalną społeczność i pozostaje mieć nadzieję, że posłużyły przynajmniej do budowy, a nie, że wylądowały w piecu.

Warto się tam wybrać również dlatego, że jest to bardzo ładne i dzikie miejsce. Ludzie tam praktycznie nie chodzą, bo i po co :), a my możemy sobie zrobić piknik nad rzeką, o ile oczywiście pogoda na to pozwoli. Jak będziecie mieli szczęście to spotkacie jelenia. Sarny, które spotkałem to już nie wynik szczęścia, bo jest ich dość sporo, a raczej ich pecha, bo zakłóciłem im odpoczynek.
W każdym razie, z racji tego, że miejsce było mało uczęszczane spotkałem tam skupisko pieprzników jadalnych potocznie zwanych "kurkami". Aromatyczne grzyby całkiem dobrze wypadają w towarzystwie makaronu lub kopytek, dlatego postanowiłem podać je z makaronem ziemniaczanym.

Składniki:
- świeże kurki
- cebula
- nieświeże ziemniaki
- mąka ziemniaczana



Wykonanie:
Kurki myjemy, kroimy i podsmażamy razem z pokrojoną w drobną kostkę cebulą.
Ziemniaki ugniatamy na dnie garnka, wycinamy ćwiartkę, którą zasypujemy mąką ziemniaczaną i wszystko razem ugniatamy. Wkładamy masę do dekoratora, a jeśli go nie mamy to do mocnego worka z obciętym rogiem. Gotujemy wodę i wyciskamy masę wrzucając ją do wrzątku. Ważne jest, aby dobrze rozłożyć to na talerzu (nie tak jak u mnie :) ), bo lubi się sklejać. Następnie dodajemy podsmażone wcześniej grzyby.

wtorek, 31 października 2017

Bliny gryczane, dziady i polskie Stonehenge

Dziady to tradycyjne staropolskie święto, które szerszej publiczności znane jest z utworów niejakiego Adama Mickiewicza. Obchodzono je jeszcze w czasach zanim niejaki Mieszko I zmusił mieszkających tu, do tej pory w autonomicznych wspólnotach plemiennych, ludzi do przyjęcia bliskowschodniego modelu społecznego. Później też, ale znacznie rzadziej. Zwyczajowo było to w noc z 31 października na 1 listopada.
Samo święto wynikało z tego, że dla żyjących wtedy ludzi najważniejsza była rodzina i wspólnota oraz kult przodków. Jego obchody polegały na tym, że robiono imprezę, dla siebie i dla ewentualnych przodków, którzy mieliby przyjść w postaci duchów. Dopiero po nadejściu na te ziemie religii z Bliskiego Wschodu rodzina przestała być najważniejsza, a jej miejsce zajęły niespokrewnione z nami, abstrakcyjne wzorce do naśladowania w postaci świętych, dlatego też wprowadzono nowe święto, które ze względu na swoją nazwę, nie pozostawia złudzeń co do tego, kogo teraz powinno się gloryfikować.
Niektórzy, za sprawą innej religii jaką jest telewizja obchodzą w tych czasach również Halloween, natomiast jeśli już chcą się narażać kościołowi (Halloween jest przez niego potępione) to chyba lepiej za pomocą tradycji rodzimych. Tam też jest impreza i wydrążone głowy nawet są, tyle, że nie z dyni, a z drewna.

Przy okazji wyjazdu nad morze odwiedziłem kręgi kamienne w kaszubskich Odrach nazywane polskim Stonehenge, mimo, że powierzchniowo są znacznie większe niż ich angielski odpowiednik. Był to obiekt wtórnie wykorzystywany przez kolejne następujące po sobie kultury, gdyż ich początek ocenia się na kilka tysięcy lat przed naszą erą podczas istnienia bardzo silnego kultu solarnego. Potem przyszli tam Goci, którym miejsce tak się spodobało, że urządzili tam cmentarz, a następnie służyło za obiekt kultu następnym kulturom. Z racji swojego charakteru uznałem, że będzie to dobre miejsce do opisania przy okazji takiej potrawy.


Całość została wybudowana według specjalnego planu, dzięki któremu można było obserwować gwiazdy podczas decydujących momentów dla najważniejszej z nich. Najważniejszej dla żyjących w tej części wszechświata, rzecz jasna.


Całość możemy podziwiać z poziomu specjalnej platformy. Możecie się nawet pobawić w Wiedźmina i króla Henselta.



Podobno w tym miejscu można odnotować ponad 100 tys jednostek Bovisa. Podobno, dlatego, że nie ma fizycznego, naukowego licznika, który by to potwierdził. W każdym razie z tego powodu ludzie lubią tam medytować.


Natomiast z bardziej naukowego punktu widzenia możemy zaobserwować celowniki do obserwacji gwiazd.


Jak napisałem, kolejne cywilizacje postanowiły wykorzystać to miejsce. Jedne szanując poprzednie dokonania, a inne stawiały swoje świątynie na fundamentach starych, aby wykorzenić poprzednie religie. Podobno miejsce samo się obroniło przed takim procederem i ostatni kościół, który miał zostać zbudowany zapadł się w tym miejscu pod ziemię.


Postanowiłem przyrządzić gryczane bliny według starej receptury. Bliny, podpłomyki i naleśniki to jedne z pierwszych sposobów przetwarzania mąki.AS Czy bliny były jedzone podczas dziadów? Zależy przez kogo, gdyż jedna z teorii mówi, że jedzono to co lubiano najbardziej. Oczywiście część należało odstąpić przodkom.
Co do tego czy Słowianie jedli grykę historycy nie są zgodni. Natomiast pewne jest to, że ta roślina rosła tu już w starożytności.
Uważa się, że bliny powinny być robione na drożdżach. Ja jednak postanowiłem zrobić je za pomocą starej metody, kiedy to mąka fermentowała tworząc zakwas.

Składniki:
- kasza gryczana niepalona
- woda


Wykonanie:
Kaszę gryczaną zalewamy wodą, taką ilością, która ledwo ją zakryje. Zostawiamy w ciepłym miejscu. Po upływie doby miksujemy i zostawiamy na kolejną dobę. Po tym czasie masa powinna nam trochę spuchnąć. Wylewamy ją na patelnie i smażymy okrągłe placki. 
Swoją drogą z tej samej masy wychodzi całkiem dobry chleb. Wystarczy, że wlejemy to foremek, które potem umieścimy je w nagrzanym do 180 stopni Celsjusza piekarniku.

Niedaleko możemy odwiedzić specjalnie zorganizowany punkt widokowy, z którego mamy piękny widok na okoliczny teren.


Jak komuś mało to 100 km dalej w Łupawie są jeszcze tzw. Groby Olbrzymów.



środa, 25 października 2017

Makaron z pieczarkami w sosie drożdżowo-cydrowym

Kolejny wpis konkursowy. Takie trochę francuskie połączenie czyli pieczarki, dość powszechne w tamtej kuchni, zwłaszcza podczas okresu, w którym kazano jeść ciastka oraz cydr typowy dla obu stron kanału La Manche.
Drożdże do jedzenia nie są najsmaczniejsze, ale w postaci past czy sosów zyskują na wartości. Tym bardziej, że są bogate w witaminy grupy B i cynk. Jedyny warunek, żeby nie słodzić za dużo.
Podobno jeszcze uspokajają i wpływają bardzo dobrze na skórę.
Dodając do sosu drożdżowego soku jabłkowego uzyskujemy smak podobny do cydru.

Składniki:
- pół paczki makaronu Lubella pióra pełne ziarno
- kostka drożdży
- cebula
- małe pieczarki
- sok jabłkowy


Wykonanie:
Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu.
Pieczarki myjemy, kroimy i podsmażamy z drobno pokrojoną cebulą. Dodajemy pokruszone drożdże i smażymy aż się rozpuszczą. Podlewamy trochę sokiem jabłkowym. 
Tak przygotowany sos podajemy z makaronem.



Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu


środa, 18 października 2017

Tarta puttanesca

Ostatnio był przepis z państwa gdzie makaron trafił w Średniowieczu. Teraz będzie z tego, do którego trafił zaraz po tej epoce naukowego uwstecznienia. Co prawda delikatnie zmodyfikowana, bo ile można podawać makaron z pomidorami. Tym razem spaghetti puttanesca posłużyło jako wypełnienie do tarty i tak powstała tarta puttanesca.
Nazwa dość kontrowersyjna, bo w dosłownym tłumaczeniu puttanesca oznacza bardzo brzydkie słowo. Na tyle kontrowersyjna, że nie będziemy tego tłumaczyć. Zresztą pewne rzeczy przetłumaczone brzmią głupio, vide - hot-dog.
Jak na ciekawą nazwę przystało,  ma ona niejedną genezę. Każda tak samo prawdziwa niczym kot Schrödingera.
  • Jedna mówi o pewnym restauratorze, do którego przyszli bardzo głodni ludzie. Byli tak bardzo głodni, że poziom swojego głodu określali wyrazem innym i znacznie mocniej brzmiącym niż "bardzo". Restaurator miał mało składników i stworzył taki sos, który potem został nazwany na cześć synonimu słowa "bardzo".
  • Kolejna mówi o zazdrosnej kobiecie, która wylała wymieszane resztki na stojące pod oknami prostytutki, używając przy tym w stosunku do nich wulgarnych określeń.
  • Jeszcze inna, złośliwa wersja, jest taka, że swoją nazwę potrawa zawdzięcza temu, że jest w niej wszystko tak jak w dziewczynach określanym mianem puttana.
  • Ostatnia tutaj, ale nie ostatnia w ogóle jest bardzo prozaiczna. Miało to być ulubione szybkie danie dziewczyn w przerwach pomiędzy klientami.
Niewątpliwie ilość hipotez była bezpośrednio związana z tym, że prostytucja jest zjawiskiem co najmniej ciekawym, a często pożytecznym. Wiedza na temat tego ile małżeństw uratowało, jest dostępna głównie psychiatrom i samym beneficjantom, że nie wspomnę o tym w ilu służy za fundament.
Ja osobiście nigdy nic złego o tych kobietach nie mogłem powiedzieć. Co prawda nie mam jakiegoś doświadczenia w kontaktach z przedstawicielkami tego zawodu, nie licząc tych, które do takich aspirowały, ale nie mam nic przeciwko i nie uważam ewentualnych kontaktów tego typu za nic złego, niezależnie od strony, która bierze w nich udział. Najbardziej podoba mi się, że są szczere. Kiedy babcia/mama (niepotrzebne skreślić) mówi do dziewczyny żeby dobrze wyszła za mąż, najlepiej za lekarza (ostatnio niepopularne) albo prawnika, to przecież przedstawicieli tych zawodów nie cechuje nadmierna dobroć charakteru w porównaniu do, dajmy na to, bibliotekarza lub pracownika produkcji :) Wszystko w zasadzie sprowadza się do wspólnego mianownika, który rządzi światem. Różnica jest taka, że przedstawicielki najstarszego zawodu mają odwagę przełamać się na tyle, żeby powiedzieć otwarcie czego chcą, bez owijania w bawełnę jakimiś tandetnymi romantycznymi słówkami, nie zmuszając też do używania owych przez stronę przeciwną, bo sama zapłata w zupełności im wystarczy. No i jak tu ich nie szanować w czasach kiedy szczerość jest na wagę złota ? :) 

Składniki:
- 2 szklanki mąki
- pół szklanki wody
- 1/4 kostki margaryny

- pół paczki makaronu Lubella Pełne Ziarno Spaghetti
- koncentrat pomidorowy
- czosnek granulowany
- chilli
- opakowanie zielonych oliwek
- olej


Wykonanie:
Margarynę, mąkę i wodę ugniatamy razem i odstawiamy tak powstałe ciasto do lodówki na godzinę.
Makaron gotujemy według opisu na opakowaniu. Z koncentratu i małej ilości wody robimy sos. Dodajemy trochę oleju, żeby sos był dość tłusty co spowoduje, że nie będzie nam wysychał podczas pieczenia. Dodajemy oliwki i doprawiamy za pomocą czosnku i chilli. Mieszamy z ugotowanym makaronem.
Formę do tarty wykładamy ciastem i wkładamy do nagrzanego na poziomie 200 stopni Celsjusza piekarnika na około 15 minut. Wlewamy do formy nasze spaghetti i pieczemy jeszcze 10 minut.


Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu


czwartek, 12 października 2017

Yakisoba pan

Co do tego kto wymyślił makaron zdania są podzielone, bo o pierwszeństwo kłócą się Chińczycy i Koreańczycy. Pewne jest natomiast, że było to kilka tysięcy lat przed naszą erą, jak i to, że kilkaset lat po jej rozpoczęciu trafił on do Japonii, która szczyci się tym, że go dopracowała. Tak w istocie jest, gdyż makaron, który znamy jest bliższy właśnie temu japońskiemu. 
W każdym razie taka forma mąki z wodą spodobała im się tak bardzo, że podawali go w różnych formach, w tym smażoną. Dodatki bywały różne. I tak to było 1500 lat, aż w latach 50-tych poprzedniego stulecia, kiedy zaczęła się era ludzi żyjących w ciągłym biegu, a gotowe dania i uliczne jedzenie stopniowo zaczęły wypierać jedzenie gotowane w domu, wymyślono taką formę, aby można było ją zjeść na ulicy, nie marnując czasu na siedzenie przy stole.
Smażony makaron wsadzono w bułkę, zresztą bardzo typowy dodatek dla kuchni wietnamskiej.
Przepis specjalnie na konkurs.Podaję przepis bardzo podstawowy (kryzysowy), ale co tam dorzucicie, to już Wasza sprawa.

Składniki:
- makaron Lubella Pełne Ziarno Spaghetti
- kiełki
- coś co zrobi nam za sos - może to być musztarda, ketchup, starte jabłka, sos sojowy, a nawet przyprawa do zup - spotyka się różne wersje
- długa bułka

Wykonanie:
Makaron gotujemy. Jak chcemy możemy sobie go połamać na pół.
Na dużej ilości oleju podsmażamy kiełki. Dodajemy makaron i krótko smażymy. Dodajemy nasz ulubiony sos i jeszcze chwilę smażymy ciągle mieszając. 
Bułkę rozkrajamy na pół i umieszczamy w niej makaron.



Świętuj z Lubellą Światowy Dzień Makaronu

czwartek, 5 października 2017

Hot dogi z Mont Saint-Michel

Ostatnio pisałem o inspiracjach kulinarnych jakie dopadły mnie w Normandii. Dlaczego zatem ten skrawek ziemi wsunięty w morze, który mam Wam zamiar przedstawić zasłużył na osobny wpis? Dlatego, że sprawa jego przynależności nie jest taka prosta. Teoretycznie leży na terenach Normandii, a przynajmniej na terenach, które w myśl współczesnego podziału administracyjnego nazywają Normandią. Bretania uważa, że, z racji pierwotnych granic, ta góra jest ich, a w najlepszym wypadku leży na granicy. Stąd można tam spotkać herby zarówno jednej jak i drugiej krainy. Właśnie dlatego uznałem, że zasługuje to na osobny wpis. Oczywiście spotkałem tam też bardzo ciekawe danie.

Mont Saint-Michel albo Góra Świętego Michała, to dość osobliwe miejsce. Jest to miasto wybudowane na górze. Mało tego, góra jest otoczona morzem. Przyznajcie szczerze, że prezentuje się wspaniale. Zrobione podczas odpływu :)


Podobno pewnemu biskupowi ukazał się anioł, który powiedział mu, że ma wybudować na górze świątynię. Biskup go olał więc anioł użył środków przymusu - zrobił mu dziurę w głowie. Również podobno, pochowany jest tam sam Juliusz Cezar. 
W każdym razie świątynia się rozrosła, potem był tam klasztor z małym miasteczkiem, które po otoczeniu go murami nabrało znaczenia strategicznego. 
Kiedyś można było dojechać samochodem pod samą bramę, ale zdarzało się, że ktoś zapomniał o przypływie i z samochodem robił się problem. Obecnie auto można zostawić na parkingu, a do murów podwiezie nas darmowy autobus. W ekonomii nie ma nic za darmo (tzn. jest, ale niewiele :) ), dlatego i autobus nie do końca darmowy, bo za parking zapłaciłem 12 euro, a nie bardzo jest gdzie indziej zaparkować. 
Sam autobus to bardzo ciekawa konstrukcja. Pomijając kwestie wizualne - drewniane obicia - to jest bardzo praktyczny. Droga jest wąska wiec kierowca nie ma jak zawrócić. Przesiada się do szoferki znajdującej się po drugiej stronie jak w szynubusach. Drzwi też są po obu stronach.


Pomimo, że co 3 minuty jeździły takie wehikuły, turystów z syndromem z nad Morskiego Oka nie brakowało i część decydowała się na przyczepy z zaprzęgiem konnym, bo bryczkami bym tego zdecydowanie nie nazwał :)

Samo miasto, do którego wstęp jest darmowy zachowało swój średniowieczny charakter. Widzimy to już przy bramie.


Idąc dalej spotykamy charakterystyczne wąskie uliczki upstrzone sklepami. Ta Grande Rue czyli Ulica Główna jest tam najszersza :)
Przy okazji. Tamtejsze gofry nie są tak dobre jak nasze. W ogóle nie są chrupiące i smakują sodą. Natomiast pachną tak samo. Po ugryzieniu jest szok :)


Wyżej już jest tylko lepiej.


Na samym szczycie leży kościół, który ciut się rozrósł od X wieku :) Niestety zmienił styl. Dlaczego piszę niestety? Kiedy podróżowałem po Normandii widziałem wiele małych, starych kościołów romańskich. Ten styl w budownictwie charakteryzował się tym, że ołtarz był zwrócony na wschód. Jest to bardzo istotne dla podróżnika. Osobiście orientowałem się za ich pomocą kilka razy. Natomiast najważniejszą cechą tego stylu była jego wartość użytkowa. Tak stworzone budynki, z grubymi masywnymi ścianami i małymi oknami, miały wartość obronną. Późniejszy gotyk to już styl wybitnie ozdobny. Wizualnie majstersztyk, ale jedynym jego celem było pokazanie jaki Bóg jest wielki, a jaki człowiek mały.
Na zdjęciu winda towarowa.


Widok z góry również imponujący. Tam daleko dochodzi woda podczas największych przypływów, których terminy są oznaczone na tablicy informacyjnej.


Tak ładnie, że nawet gargulce nie są straszne.


Poszła fama, że kręcono tam serial Gra o Tron. Tak naprawdę to nie kręcono, ale kto by się przejmował prawdą skoro plotka tak dobrze brzmi. W każdym razie miejscowi to wykorzystali i możecie kupić zbroję królewskiego gwardzisty z wyżej wymienionej serii. Jak to mawiał pewien znany kulawy podrywacz, nauki którego przyswaja sobie każdy szanujący się polityk. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.


Spotkałem tam bardzo ciekawe danie. Hot dog z frytkami, ale nie osobno, tylko w środku. Frytki to bardzo francuski dodatek. Do tego stopnia, że ich angielska nazwa to french fries. Jak sama nazwa wskazuje zostały wymyślone w Belgii :) Połączenie dość niespotykane, bo fuzja amerykańsko-francuska. Dziwne o tyle, że te kraje nie przepadają za sobą, co było widoczne np. podczas kryzysem Francja - NATO, a ostatnia awantura na Bliskim Wschodzie wcale tego nie poprawiła. Tym bardziej danie zasługujące na uwagę.

Składniki:
- bułka
- ziemniaki
- jakaś parówka


Wykonanie:
Ziemniaki obieramy, kroimy na frytki i smażymy na oleju.
Parówkę kładziemy na frytki, żeby się podgrzała. Dzięki temu nie musimy uruchamiać dodatkowego garnka.
Bułkę przekrajamy, kładziemy do środka frytki a na nie parówkę. Podobno frytki najlepiej smakują w komplecie tzw. świętej trójcy. Z belgijskim piwem i majonezem. Piwo sobie przywiozłem, a majonezu nie dałem do przepisu, bo drogi :)

Wiem, że ładnie, ale woda potrafi tam się podnieść od stanu najniższego nawet o 15 m. Także radzę szybko się zmywać, tym bardziej, że licznik na parkingu tyka :)


wtorek, 26 września 2017

Wakacje w Normandii i przepis na hachis parmentier

Jak to ostatnio w pewnym teleturnieju, znanym głównie z dobrych dowcipów, było, statystycznie cały rok czekamy głównie na wakacje. Ja z moich właśnie wróciłem. Jako, że jestem jeszcze młody i mam całkiem pokaźne zasoby energii spędzanie czasu w jednym miejscu imprezując, nie należy do moich ulubionych form spędzania czasu dlatego zazwyczaj nastawiam się na zwiedzanie. W tym roku wybór padł na Normandię.
To taki skrawek ziemi, który obecnie należy do Francji, a swoją nazwę zawdzięcza imigrantom z północy, którzy się tam osiedlili i zasymilowali. Głównie znany z największej operacji wojskowej wszech czasów, która utworzyła front zachodni w 1944 roku. 

Krajobraz jest typowo rolniczy, przy czym głównie są to pastwiska. Cały usiany żywopłotami. Przy czym bardzo gęstymi, niejednokrotnie robiącymi za ogrodzenie. Była to zmora alianckich czołgistów, gdyż w takim miejscu bardzo łatwo było ukryć zasadzkę.


Niemców już nie ma za to są inne zasadzki czyhające przy drogach. Fotoradary. Ma tu miejsce regularna wojna pomiędzy rolnikami a radarami. Swego czasu, przy okazji protestów były one wyrywane przy pomocy traktorów. Co doprowadziło do tego, że należało, wzorując się na Niemcach, wymyślić takie modele, które wyglądają jak małe bunkry. Co nie oznacza, że te też nie są zamalowywane lub zaklejane workami :) 


Kierowcy są bardzo kulturalni i jeżdżą bezpiecznie. Miła odmiana od Niemców, którzy uwielbiają zmieniać pas w ostatniej chwili. Francuzi rzadko używają kierunkowskazów przy zmienia pasa, natomiast robią to kiedy chcą zasygnalizować, że będą się wpychać. Wpychanie to nieodłączny element jazdy po tych drogach. Wszyscy są do tego przyzwyczajeni, uważni, bo nikomu nie opłaca się stłuczka. Bardzo ciekawym zjawiskiem jest wyprzedzanie na włączonym kierunkowskazie. Wzięło się to stąd, że kiedyś taki migacz był okolicznością łagodzącą przy zdjęciu z fotoradaru jako tylko chwilowe przyspieszenie potrzebne do bezpiecznego wyprzedzania. Bardzo ciekawym rozwiązaniem są znaki przypominające. Czyli co jakiś czas mamy znak z ograniczeniem prędkości z dopiskiem RAPPEL, gdybyśmy mieli wątpliwości co do tego jakie ograniczenie obowiązuje. Bardzo istotne zwłaszcza dla turystów :)

Domy na wsiach są zbudowane głównie z kamienia, branego z wielu okolicznych kamieniołomów.


Od czasu do czasu spotyka się małe zameczki, których jest tutaj mnóstwo. Jest ich tyle, że w żaden sposób się ich nie wyróżnia ani drogowskazami, ani oświetleniem.


Czasem zdarzają się większe, jak ten w Falaise, w którym mieszkał Wilhelm Zdobywca. Zasłynął tym, że najechał Anglię. Kiedyś chciał poślubić swoją kuzynkę, ale była niedostępna, to przeciągnął ją za włosy przez miasto. Takie umizgi zostały docenione, ale nie przez kościół, który nałożył na niego ekskomunikę. Przestali się dąsać dopiero jak wybudował im dwa klasztory.


Czasem zamki używa się również współcześnie, jak w tym w miejscowości Alencon było do niedawna więzienie. Zabrakło miejsca więc zbudowali większe.



Normandia to przede wszystkim teatr działań wojennych, dlatego takie przydrożne ozdobniki nie należą do rzadkich.


Normandia to też kraina serów. Jest ich tu wiele, ale do najsłynniejszych należy Camembert. W tej wiosce na wzgórzu jest tylko kościół i 5 innych zabudowań.


Stał się taki słynny za sprawą tej pani Marie Harel, która skorzystała na tym, że mnich, który podpisał klauzulę sumienia ukrywał się u niej przed władzami, zdradził jej przepis. Ma kilka pomników głównie w Vimoutiers.


Jak pisałem większość atrakcji ma charakter militarny. Nawet Polacy mają tu dowody uznania, a to za sprawą 1 Dywizji Pancernej generała Maczka, która tak dała się Niemcom we znaki, że zyskali przydomek Czarne Diabły lub Polnische SS. Czołg poniżej znajduje się na miejscu ich najsłynniejszej bitwy. Bardzo popularny model Shermana jeśli chodzi o kultowe filmy wojenne.


Kolejnym wartym do odwiedzenia miejscem jest muzeum spadochroniarzy w Sainte-Mere-Eglise w, gdzie na kościelnej wieży wisi spadochroniarz na cześć Johne Steele, który zawisł na nim podczas desantu. Sam spadochroniarz przeżył, choć na dole była prawdziwa jatka, bo ta część desantu spadła prosto na pozycje niemieckie.


Samo muzeum ma budynki w kształcie spadochronowych czasz. Nie jest złe choć szkoda, że nie można wejść do samolotu. Można za to do połowy samolotu, gdzie można poczuć się jak spadochroniarz. Jest tam mała symulacja skoku.


Nieopodal jest jedna z plaż, na których lądowali Alianci - Utah. Na zdjęciu memoriał z łodzią desantową Higginsa.


Jednak najbardziej znana plaża jest trochę dalej. Plaża Omaha. Miejsce znane szerszej publiczności z gry Medal of Honor, a jeszcze szerszej z filmu Szeregowiec Ryan. Tu a siły alianckie doznały największych strat. Możecie sobie zmierzyć czas ile Wam wyjdzie od wody do umocnień, ale ile to nie będzie, będzie to za długo.


Możecie tam podziwiać zadziwiająco wytrzymałe konstrukcje.


W jej okolicy jest, moim zdaniem, najlepsze muzeum związane z tym tematem. Z kilkunastoma dioramami, gdzie wykorzystane są prawdziwe rekwizyty.
Plaża, na której widać miny przymocowane na palach. Podczas przypływu pale byłyby pod wodą i łódki wpłynęłyby prosto na miny. 


Oraz na przykład podstawowy czołg armii niemieckiej PzKpfw IV. Nie, nie wszyscy jeździli Tygrysami, tych była mniejszość.



Wbrew temu co sądzą ci, którzy nie chcą walczyć i podpuszczają do tego innych, wojna to nie jest przyjemna sprawa. Żeby Wam o tym przypomnieć, koło muzeum jest bardzo osobliwe miejsce. To na zdjęciu to jakieś 10 % całości.


 Jeśli miałbym Wam polecić tylko jedno miejsce lądowania to, ze względów estetycznych byłby to Pointe du Hoc. Kto grał w Call of Duty ten wie, kto nie to powiem, że wysłano tu żołnierzy żeby wspięli się na klifie i zdobyli działa, przy czym w cale nie przeszkadzało to, że dział już tam nie było. W końcu to tylko żołnierze. Miejsce urokliwe nie tylko dzięki kraterom, które powstały podczas ostrzału.


Ale i klifom o wysokich walorach estetycznych.


Tyle o wojnie. Jeśli nie interesują Was klimaty militarne to koniecznie musicie odwiedzić Honfleur. Miasto wygląda jak z filmu o piratach.


bardzo charakterystyczne są tam płytki na ścianach, które chroniły je przed działalnością słonej wody.


Urodził się w nim kompozytor Erik Satie. Może nazwisko Wam nic nie mówi, ale jego Gymnopedie 3 słyszał chyba każdy. Na zdjęciu porównanie dwóch typowych form lokalnego budownictwa. Kamień oraz belka i glina.


Jednak to nie Honfleur jest prawdziwą atrakcją okolicy. Trzeba pojechać dalej przez most na Sekwanie do niedalekiego Etretat, gdzie słynny malarz impresjonista Claude Monet uwierzył w siebie i wiele razy malował ten sam klif.
Przejazd przez most jest płatny, ale warto. Nawet nie tylko dlatego, że ładne widoki, ale jadąc na około wydamy więcej :)


Na miejscu możemy zająć jedną z wielu wspaniałych miejscówek na piknik i podziwiać klif, który tak urzekł Moneta. 
Swoją drogą wiąże się z nim ciekawa legenda. Słynny złodziej Arsen Lupin ukrył tam swój skarb. Nikt by może w to nie wierzył gdyby nie to, że ten książkowy bohater był wzorowany na anarchiście o nazwisku Alexandre Jacob.
Za tą "dziurką" jest sekretna plaża, na którą można się dostać tylko podczas odpływu.


Największą zaletą tego miejsca jest to, że każdy znajdzie coś dla siebie. Są ładne widoki, plaża, a także turystyczne szlaki gdzie trzeba się trochę powspinać jak w górach. Zbieracze morskiej kapusty też nie będą zawiedzeni.


Skoro już o Monecie mowa, to w Giverny jest dom, w którym spędził ostatnie lata swojego życia. Żeby miał co malować urządził sobie tam niesamowity ogród. Choć mnie najbardziej urzekła kuchnia :)


Najciekawsza jest druga część, do której dochodzi się tunelem, również stworzonym przez Moneta. Jest tam ogród japoński z mostkami, laskami bambusowymi i nenufarami. Swego czasu okoliczna ludność protestowała, bo wkręcili sobie, że te wszystkie egzotyczne rośliny zatrują okoliczną wodę. Śmieszyło mnie to dopóki sobie nie uświadomiłem, że w podobne rzeczy ludzie wierzą również teraz.


Hachis parmentier

I tak dochodzimy do przepisu. Swego czasu we Francji ziemniaki były używane głównie po to, aby karmić nimi świnie. Tą sytuację odwrócił dopiero niejaki Antoine Permentier, który oprócz walorów odżywczych, odkrył również lecznicze właściwości tego warzywa. Rozpropagował on ten przepis. U mnie w wersji z bardzo typową dla francuskiej kuchni zieloną soczewicą oraz z dynią maślaną, którą dostałem :)

Składniki:

- ziemniaki
- zielona soczewica
- cebula
- dynia


Ziemniaki i dynię obieramy, kroimy w kostkę i gotujemy. Przy czym polecam osobno, bo dynia będzie miękka szybciej.
Soczewicę również gotujemy i mieszamy z pokrojoną w drobną kostkę oraz podsmażoną cebulę.
W naczyniu żaroodpornym układamy masę z soczewicy, a na nią ugniecione ze sobą ziemniaki z dynią. Koniecznie robimy rowki wzdłuż widelcem.
Zapiekamy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, aż u góry lekko zacznie brązowieć.

Na zdjęciu jest również deser czyli Pommeau. Normandia wykorzystuje też w specyficzny sposób jabłka. Robią z nich cydr - gazowany napój o niskiej zawartości alkoholu i Calvados - brendy jabłkowe. Pommeau to nic innego jak Calvados z sokiem. Pite głównie na deser.
Dlatego takie widoki, jak ta destylarnia nikogo nie dziwią.


Jeśli ktoś się tam wybiera, to tylko samochodem. Wtedy koniecznie przez Luksemburg, bo paliwo jest tam tańsze niż u nas w kraju. Podejście do turystów specyficzne tj. nic im nie ułatwiamy i tak przyjdą. Jeśli w jakimś miejscu stają się uciążliwi, to miejsce się wyłącza ze zwiedzania :) Koniecznie jeździjcie bezpłatnymi drogami. Taniej i nie ominą Was przepiękne widoki.



Danie inspirowane podróżą 3


Danie inspirowane podróżą 3


Warzywa dyniowate 2017