wtorek, 12 czerwca 2018

Shiitake z sosem śliwkowym w bułeczkach bao

Kolejny post, który powstał w wyniku eksploatacji mojej własnej hodowli grzybów przeróżnych, o których pisałem już tutaj. Tym razem przepis, który idealnie nadaje się na to, żeby go zabrać w plener i przekąsić do piwka, najlepiej wytrawnego, co by w smaku przypominało piwo azjatyckie :) 
Oczywiście musicie znaleźć sobie też dobrą miejscówkę, aby nie zasilić budżetu przymusowym świadczeniem pieniężnym na mocy ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, tłumaczoną na język ludzki, nazywamy ustawą ratującą budżet, która powstała wraz pierwszą dziurą budżetową, a stała się jeszcze bardziej restrykcyjna kiedy wyżej wspomniany zaczął mieć większe potrzeby :) 
Jako, że w taką pogodę szkoda marnować czas przed kompem i lepiej poprawić sobie relacje międzyludzkie z tymi ludźmi, którzy na to zasługują, dlatego, tak jak ja, polecam spożyć to w duecie na wolnym powietrzu z dala od wyjątkowo gorliwych niczym strażacy z książki 451 stopni Farenheita, strażników budżetu, których gorliwość jest wprost proporcjonalna do, legendarnych już, zbieranych punktów niczym krążków TAZO.
Bułki bao to takie połączenie tacos i bucht, które przyrządzamy na parze. Można zrobić samemu, ale są bardzo tanie, więc ja je kupiłem :)

Składniki:
- bułeczki bao
- grzyby shiitake, ale mogą być nawet pieczarki
- cebula
- powidła śliwkowe


Wykonanie:
Grzyby kroimy w paski i podsmażamy z cebulą. Kiedy puszczą soki dodajemy trochę powideł.
Bułeczki przyrządzamy na parze. Jeśli nie mamy naczynia, to wsadźmy do garnka odwrócony talerz, dolejmy trochę wody tak, aby go nie zakryła i umieśćmy na nim bułki. Następnie przykryjmy garnek.
Jak będą gotowe to faszerujemy je wcześniej wspomnianym farszem. Smakują też na zimno :)

wtorek, 5 czerwca 2018

Owsiane ćapati z hummusem w proszku czyli wyprawa do gór stołowych

Drugie moje ulubione, zaraz po Bieszczadach góry, to Góry Stołowe. Teoretycznie rozwinięta infrastruktura oraz łatwe i malownicze szlaki powodują, że jest tam więcej turystów, zwłaszcza tam, gdzie można dojechać samochodem, jak Błędne Skały, ale ze względu na to, że nie można dać upustu Miejsce jest tak tak urokliwe, że Marek Hłasko umiejscowił tutaj akcję swojej książki - Następny do raju.
Na pierwszy rzut poszedł jeden z bardziej popularnych szlaków. 


Pojechaliśmy drogą stu zakrętów stronę Karłowa, mijając parking pod Błędnymi Skałami, aż dojechaliśmy do miejsca gdzie znajdowały się dwa parkingi. Stamtąd blisko było na żółty szlak, który prowadził do czerwonego. Ze względu na typ skał, krajobraz przypominał krajobraz nadmorski.


Natomiast na czerwonym szlaku było już znacznie ładniej. Ta część gór to proste szlaki z tym, co w górach ma największy walor estetyczny czyli elementy skaliste. Właściwie, przy takiej pogodzie wystarczą niskie buty podejściowe.


Szlak czerwony prowadzi do Błędnych Skał, gdzie trzeba pójść do wejścia dookoła, gdyż ruch jest jednokierunkowy. Nie zaleca się poruszanie się tam osobom, że się tak poprawnie wyrażę, o pokaźnych rozmiarach :)


Dalej szlak zielony przechodzi przez środek jednostki wojskowej. I to dosłownie. Po prawej i po lewej macie teren wojskowy i wolno Wam iść tylko przez wydzieloną ścieżkę.


Później teren robi się spokojniejszy. Po drodze kamień, który kiedyś pewnie miał jakąś tablicę. Ze względu na to, że prawdopodobnie była mosiężna, już jej nie ma :)


Tej tablicy nikt nie ukradł, bo była lepiej przymocowana i bardziej schowana :)


Natomiast to nie koniec wysiłku. Główny cel trasy, najwyższy szczyt w okolicy dopiero przed nami. Niemniej jednak zdobycie go nie jest trudne, bo prowadzą tam schody, tyle, że całkiem spore :) Tu już jest znacznie więcej ludzi oraz jarmarki, prawie jak na Aj-Petri. I tu uwaga, bo część szlaku jest płatna. Należy mieć tego świadomość.


Wracając do parkingu postanowiliśmy znaleźć Fort Karola. Nie leży on na żadnym szlaku, a do tego nie ma żadnych oznaczeń. Trzeba znów pójść żółtym, jak na początku, a następnie na rozstaju pójść w prawo w stronę drogi stu zakrętów, której miał zresztą pilnować. 


Z racji tego, że trudno go znaleźć, jest to idealne miejsce na posiłek. Tam właśnie postanowiliśmy przygotować obiad wykorzystując suche porcje przygotowane w domu.
Mamy dość wysoką temperaturę, dlatego wszystko było ususzone, poza oliwkami, które nie psują się tak łatwo.

Składniki:
- płatki owsiane
- mąka
- woda
- olej
- ciecierzyca w puszce
- sezam
- cytryna
- zielone oliwki
- drożdże


Wykonanie:
Zaczynamy od hummusu. Miksujemy trochę sezamu na pastę. Następnie miksujemy odsączoną ciecierzycę i mieszamy obie rzeczy z odrobiną soku z cytryny. Jedni lubią bardziej sezamowe inni mniej, a inni bardziej kwaśne. Grunt, żeby miało to konsystencję pasty, którą możemy regulować wodą. Rozsmarowujemy wszystko na papierze do pieczenia i wkładamy do piekarnika. Ustawiamy na 50 stopni Celsjusza i suszymy ok czterech godzin. Po wysuszeniu znów miksujemy na pył/
Następnie placko suchary. Płatki owsiane miksujemy i mieszamy w stosunku 2 do 1 z mąką oraz odrobiną pokruszonych drożdży. Dodajemy trochę oleju i wody, aby ugnieść jednolite ciasto. Formujemy małe placki i pieczemy w piekarniku, w temperaturze 180 stopni Celsjusza aż się zarumienią.
W górach proszek hummusowy mieszamy z wodą. Smarujemy nim ćapati i ozdabiamy oliwkami.

Skoro byliśmy tak blisko, postanowiliśmy zahaczyć jeszcze o Narożnik. Szczyt zasłynął tym, że w 1997 roku dokonano tu rytualnego morderstwa na dwójce studentów. Okazją miała być rocznica śmierci Rudolfa Hessa, a wykonane miało zostać przez wyznawców wyżej wspomnianego, którzy mieli akurat wtedy obóz survivalowy. Zdradziła ich zabytkowa broń, której użyli.


Na drugi dzień postanowiliśmy zwiedzić ruiny zamków. Jedne są na prywatnym, niedostępnym terenie, drugie są przerobione na willę, trzecich nie ma, a czwarte najstarsze, bo z XII w. wyglądają teraz tak :)


Twierdza w Srebrnej Górze była chyba mniej ciekawa niż sama miejscowość. Pamiętajcie, że dzieli się ona na dwie konkurencyjne części i do każdej należy kupić osobny bilet. My daliśmy się namówić na tą mniejszą, po czym do większej nie chciało nam się już iść.


Pozostało podziwiać lokalną architekturę, a jest co. Nie ma tu starych domów jak w Bieszczadach, a ni drewnianych budowli ze znakiem słowiańskiego boga piorunów, Paruna jak na Podhalu. W miejscowościach zdrojowych króluję tu niemiecki wyważony przepych znany z nadmorskich kurortów ziem odzyskanych.


Są też elementy streetartu.


A także ciekawe witryny.


A jak dobrze poszukacie to znajdziecie nawet ducha Gór Stołowych.


Drugi ciekawy szlak prowadzi na tzw. skalne grzyby. Tam nie ma prawie stromych podejść, to i ludzi więcej. Główną atrakcją są ciekawe formy skalne o różnych kształtach. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie widziałem w nich tego co autor ich nazwy :)


Oprócz tego to, co tygrysy lubią najbardziej czyli skałki na które można wejść :)


Ciekawym miejscem jest również okoliczna Niknąca Łąka. Miejsce, w którym kiedyś były mokradła, a obecnie w wyniku zachwiania gospodarki wodnej jest trochę sucho.


W drodze do domu, mając niedosyt po Srebrnej Górze postanowiliśmy zwiedzić Twierdzę Kłodzką. Wniosek - szkoda pieniędzy. Właściwie to pusty fort, jaki można zwiedzić w Krakowie lub Warszawie. Jedyne miejsce, gdzie stało kilka armat było niedostępne dla zwiedzających. Najciekawsza sala to piekarnia. Niestety nie było tam ani naczyń, ani nawet pieca tylko, z jakiegoś powodu wsadzili tam działo, które ze względu na to, jak były usytuowane te pomieszczenia, an pewno nie stało tam oryginalnie.


Oczywiście jak się jest w Kłodzku, to trzeba zobaczyć słynnego wilka, o którym, według legendy, pewien człowiek powiedział kiedyś. Kiedy spotkają się trzy siódemki, kataklizm przyjdzie - wówczas i wilk się wody w Kłodzku napije. Przypisano to powodzi z 1997 roku/



środa, 30 maja 2018

Shiitake z makaronem a'la anjin-san

Kolejne plony z mojej hodowli, o której szerzej pisałem już tutaj.
Z racji tego, że na działce wpadły mi w ręce jeszcze inne ciekawe składniki, postanowiłem stworzyć danie inspirowane kawałkiem dobrej literatury.
Nie tak dawno temu, zanim George R.R. Martin w ogóle zaczął myśleć o swojej Pieśni lodu i ognia, w której tak świetnie opisał polityczne rozgrywki w ramach walki o władzę absolutną, została napisana w cale nie gorsza powieść o podobnej tematyce, pod tytułem Shogun. Stworzona została przez Jamesa Clavella, człowieka, który niejako zmuszony został zapoznać się z japońską kulturą. Poznał ją doskonale od, że się tak kulinarnie wyrażę, kuchni, czyli zupełnie innej strony niż uczestnicy targów, czy międzynarodowych wystaw, gdyż był jeńcem wojennym podczas konfliktu zbrojnego na Pacyfiku.
O czym jest ta powieść? Teoretycznie o Johnie Blackthorne, którego postać była wzorowana na Williamie Adamsie, pierwszym Angliku, który dopłynął do Japonii, a dzięki któremu Japonia uwierzyła, że może być morską potęgą. W praktyce, tak samo jak Anna Karenina nie jest tak naprawdę powieścią o miłości, tak tu mamy powieść polityczną. Mamy tu rozgrywki o władzę na świcie ( do czego Japonia dorosła kilkaset lat później), w samej Japonii, a nawet wewnątrz kościoła.
Tu światowy kontekst historyczny. Jako, że po wyskoku Marcina Lutra część europejskich państw odsunęło się od papieża, postanowił on nagrodzić te, które pozostały mu wierne. W swej eurocentrycznej arogancji, podzielił resztę swiata pomiędzy Hiszpanię i Portugalię. Wszystko szło dobrze dopóki przeciwnikami byli dzicy mieszkańcy obu Ameryk. Kiedy jednak napotkano wysoko rozwinięte i waleczne narody na dalekim wschodzie, pojawiły się schody. Siłą nie dało się tu nic wskórać, dlatego trzeba było się ułożyć za pomocą umów handlowych, przy okazji nawracając władców na nową religię, poszerzając wpływy. Było to niezmiernie trudne, bo dla samuraja jest nie do pomyślenia, jak Jezus dał się tak dobrowolnie upokorzyć. Ostatecznie zakończyło się to tym, że ta religia stała się w Japonii zakazana na długi czas.
Oprócz tego Japonia też była teatrem działań walki o władzę. Cesarz pełni funkcję symboliczną, a właściwa władza podzielona jest między kilku regentów. Każdy ma apetyt na coraz więcej władzy, a za tym idą sojusze, zdrady oraz konflikty. Oczywiście należy grać tak, żeby nie wybuchła wojna, która nikomu nie jest potrzebna. 

Anjin to po japońsku pilot - bardzo ważna funkcja na statku, dzięki któremu załoga wiedziała gdzie płynąć i jak tam dopłynąć unikając niebezpieczeństw. Japończycy postanowili tak nazwać Blackthorna, gdyż nie potrafili wymówić jego nazwiska.
Statek, którym przypłynął był pod holenderską banderą, dlatego dorzuciłem tu typowo holenderskiego składnika :)

Składniki:
- mąka
- woda
- płatki tulipanów
- grzyby shiitake
- mąka ziemniaczana
- szczypiorek


Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, do którego dodajemy garść płatków tulipana. Smażymy cienkie naleśniki, które następnie kroimy w paski.
Grzyby kroimy i podsmażamy. Dolewamy trochę wody i chwilę dusimy. Łyżkę mąki ziemniaczanej rozpuszczamy w połowie szklanki wody i dolewamy to do grzybów, energicznie mieszajac. kiedy zgęstnieje dodajemy szczypiorku.
Podajemy razem z makaronem z naleśników.


piątek, 25 maja 2018

Deadpool i Chimichanga

Adaptacje komiksów i gier komputerowych to bardzo trudne zadanie o czym najbardziej przekonał się jeden z najbardziej rozpoznawalnych (choć niesławny) twórców filmowych - Uwe Boll. Jedyny film, który mu (w miarę) wyszedł, to Postal. Abstrahując zupełnie od faktu, że była to ekranizacja nie tyle gry Postal, która miała niesamowity mroczny i psychodeliczny klimat, a Postal 2, która z poprzednią nie miała wiele wspólnego, a przypominała raczej twór upalonych trawą gimnazjalistów.
Dlaczego zatem ten film wyszedł najlepiej? Bo Uwe podszedł do niego na luzie.

Podobnie było z nieco lepszymi (sam Boll, co prawda, uważa się za bardzo dobrego twórce, a za to, że jego filmy tak słabo wypadają w rankingach obwinia nagonkęna jego osobę :) ) twórcami. Całe rzesze fanów wytkną każdą nieścisłość z oryginalnym uniwersum oraz nie omieszkają wyrazić swojego rozczarowania scenariuszem. Chyba, że również podejdzie się na luzie. Deadpool to taki bohater, co do którego należy podejść na luzie z samej zasady. Oprócz tego, że komiksowy pierwowzór wyraźnie ma coś z głową i niejednokrotnie to co widzimy na kartach to jego projekcje, to mamy jeszcze kupę specyficznego humoru (czasem nawet głupiego, a czasem tylko takiego, który wydaje się głupi) i tzw. przełamywanie czwartej ściany. Co czyni z niego dzieło, bądź co bądź, wymagające. Przed hejterami broni się tym, że sam się z siebie śmieje, bo jego przygody to pastisz gatunku i przeciwwaga do wymuskanych i śmiertelnie poważnych herosów.
Pierwsza część była promowana jako komedia romantyczna i pobiła rekordy frekwencji wszędzie gdzie była wyświetlana. Wszędzie, poza Polską. Niby fajnie, bo przegrała z rodzimą produkcją, ale jak się sprawie przyjrzymy bliżej i dojdziemy do tytułu tej produkcji, to już wiemy dlaczego ludzie w naszym kraju narazili się na pośmiewisko, skoro wolą takie filmy :) Spodziewałem się w filmie żartu na ten temat, ale był tylko o innym filmie :)
Aby do tego nie dopuścić ponownie, postanowiłem dołożyć cegiełkę i wybrać się do kina. Druga część miała być już kinem familijnym. Najważniejsze, że w cale mnie nie rozczarowała i poza kilkoma ckliwymi momentami trzyma poziom. Dobrze, że pojawiły się nowe postacie, bo ile można marnować taśmy dla jednej :) A tak serio, to trzeci film o rozterkach Deadpoola byłby już przysłowiowym "męczeniem buły", bo ile można się śmiać z tego samego.
Ogólnie polecam. Nie zapomnijcie tuż przed seansem odświeżyć sobie pierwszej części, żeby zrozumieć wszystkie żarty, które niekoniecznie wtedy mogły być żartami ;)

Kupiłem sobie bilet w tzw. przedsprzedaży. Do tej pory byłem przyzwyczajony, a jest to ekonomicznie uzasadnione, że taki zakup jest bardziej korzystny. Okazuje się, że do bilety doliczona jest kara, za kupienie go wcześniej. Jest nawet wyszczególniona. Kupując bilet w kasie tuż przed seansem takowej nie ma. Już się przyzwyczaiłem do tego, że za podobne praktyki PKP karze swoich klientów, ale tam zasadniczo nie obowiązuje ani logika, ani poszanowanie takowych, natomiast myślałem, że chyba największa sieciówka kinowa jest nieco bardziej obeznana z prawami ekonomii:) Chyba, że to jakiś nowy ekonomiczno-biblijny trend powiązany z ewangelią Mateusza.

Na seans postanowiłem przygotować coś odpowiedniego, czyli ulubione danie głównego bohatera - moją wersję chimichangi. Technicznie rzecz biorąc, to nic innego jak smażone burrito. swoją drogą rzecz idealna w takich okolicznościach, gdzie jemy w terenie i jedyne na co możemy sobie pozwolić, to coś "do ręki".
Przy okazji złamałem regulamin (zrobiłem zdjęcie na sali kinowej :D) o czym dowiedziałem się później, ale przecież nie będę już kasował :)

Składniki:
- mąka
- woda
- czerwona fasola w puszce
- jabłka
- chilli


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się  ciasto i smażymy na patelni cienkie naleśniki.
Jabłka obieramy, kroimy w kostkę i smażymy na patelni. Dodajemy czerwonej fasoli oraz chilli wedle uznania i mieszamy.
Nakładamy nasz farsz na środek naleśnika, zawijamy dwa końce żeby nam się nie wysypał i prostopadle do tego zawijamy ja w rulony. Tak przygotowane burrito smażymy na oleju. najlepiej na głębokim.

środa, 16 maja 2018

Tagliatelle z nameko i pesto z liści rzodkiewki

Jakiś czas temu założyłem sobie małą hodowlę grzybów. Rok temu eksperymentowałem (z pozytywnym skutkiem) z boczniakami, wiec w tym roku chciałem czegoś więcej. Zakupiłem gotowe baloty (kostki słomy zarażone grzybnią) z boczniakami, shiitake, reishi i nameko. Zważywszy na to, ile kosztują w sklepie. Zwracają się już po pierwszych zbiorach. O satysfakcji nie wspomnę :)
W zacienionym miejscu wykopałem półmetrową ziemiankę, otoczyłem ją ściankami ze sklejki i przykryłem folią. Jako, że grzyby muszą mieć światło, ale nie lubią być na słońcu, dla dodatkowego cienia położyłem siatkę maskującą. Folia, w moim przekonaniu miała otrzymywać odpowiednią wilgotność, której źródłem miały być korytka z wodą. Liczyłem na najlepsze plony teraz, gdyż grzyby nie lubią też zbyt wysokiej temperatury.
W pierwszej kolejności wyskoczyły shiitake. Z nameko zrobiłem błąd, gdyż okazało się, że to jedyna grzybnia, która wymaga codziennego podlewania. W końcu i one się pojawiły i tak się oto prezentowały :)


Są to bardzo smaczne grzyby, którym przypisuje się również właściwości zdrowotne. Pierwszy raz miałem z nimi do czynienia w Hiszpanii, gdzie były składnikiem najtańszej mrożonej mieszanki grzybów, o czym pisałem tutaj.

Tym razem  postanowiłem wykorzystać coś jeszcze co rosło na działce, a co prawdopodobnie wylądowałoby w śmieciach. Liście rzodkiewki, z których zrobiłem wspaniałe pesto, które kiedyś ktoś mnie nauczył robić. Idealne szybkie danie, tak jak to ja sobie przygotowałem, w ramach szybkiego smutnego jedzenia w pracy jak to się potocznie nazywa, albo bento, jak mówią w stolicy :)

Składniki:
- grzybki nameko
- makaron tagliatelle
- liście rzodkiewki
- olej
- nasiona słonecznika (opcjonalnie)


Wykonanie:
Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu.
Liście rzodkiewki miksujemy z małą ilością oleju. Możemy dodać słonecznika.
Grzybki smażymy, dodajemy makaron, chwilę podsmażamy i mieszamy z pesto.

wtorek, 8 maja 2018

Chwast dog z metra cięty

Majówka oficjalnie rozpoczęła sezon grillowy, jak i sezon na "to się je" rosnące na trawnikach. W zasadzie buła z kiełbasą czy jej wyspecjalizowana forma - hot dog, to najprostsza forma dania. Jak mawiają mnisi - ubóstwo nie znaczy dziadostwo, tak i tu nie widzę powodu aby nie uzupełnić tego dania w bardzo prosty sposób, za pomocą tego co jest pod ręką i to zupełnie za darmo.
Zresztą każdy doceniłby te rośliny po lekturze Zupa z trawy. Dziennik z chińskiego gułagu autorstwa Xianliang Zhang.
Założenie było proste. Wybrałem losowy (za pomocą kostki) kawałek łąki o powierzchni jednego metra kwadratowego i postanowiłem go wyeksploatować. Znalazłem liście mniszka lekarskiego i babki lancetowatej, a także koniczynę.


Młode liście mniszka lekarskiego (starych nie polecam, bo są gorzkawe), zwanego potocznie mleczem, mają właściwości oczyszczające (nie mylić z przeczyszczającymi :) ) i wspomagają trawienie.
Babka ma właściwości antybakteryjne, a niektórzy przypisują jej właściwości antynowotworowe. W dodatku jej świeże liście możecie przyłożyć na ranę, żeby szybciej się goiła - taka dygresja.
Koniczyna jest jadalna na surowo, ale nie zaleca się jedzenia większej ilości w tej postaci. Charakteryzuje się tym, że jak na takie zielsko ma sporo białka, a mieszanie rożnych białek w pokarmach to dobry nawyk, choć nie wszystkie dobrze się uzupełniają, ale to już inna historia :)
W każdym razie tanio i szybko stunningowałem bułę.

Składniki:
- bułka
- parówka
- liście mniszka i babki
- musztarda


Wykonanie:
Parówki grillujemy. Wkładamy do bułki razem z chwastami i dodajemy musztardy. Polecam musztardę, bo ma więcej octu i smakuje jak dressing.


Jemy chwasty 2018


wtorek, 1 maja 2018

Przekąska filmowa od Makłowicza i najlepsze filmy o gotowaniu

Z racji tego, że dzisiejszy dzień jest wolny dla większości ludzi w tej strefie kulturowej, w tym dla mnie, gdyż obchodzimy święto pracy/Józefa rzemieślnika (niepotrzebne skreślić), spora część z tej większości spędza ten dzień korzystając z internetowych serwisów filmowych, które prowadzą (z powodzeniem) ogromną ekspansję na tereny do tej pory zajęte tylko przez telewizję. Dla nich wszystkich mam przekąskę, którą podpatrzyłem na stronie Roberta Makłowicza, do którego zresztą mam pewien sentyment, bo był pierwszym celebrytą kulinarnym, którego oglądałem, którego przepisy były proste, a co najważniejsze, podzielam jego pasję d historii jedzenia.
Ale nie o tym :) Mam dla Was dzisiaj (nie tylko dla tych, którzy postanowili dzisiejszy dzień przeleżeć w łóżku) listę moich ulubionych filmów o gotowaniu i kucharzach, którą zamieściłem na moim małym kanale na youtube.





Do filmu dobrze coś przekąsić, dlatego z ogromnej puli przepisów, o których wspomniałem powyżej, wybrałem właśnie ten. Do tego pyszny sos z ziemniaka o smaku serowym. Oczywiście nie byłbym sobą, gdyby był to prawdziwy ser :) Wykorzystałem do tego bardzo popularny składnik, który znajduje się w większości zupek i sosów w proszku - drożdże odżywcze, które oferują wysokie wartości odżywcze za małą cenę.

Składniki:

na krakersy:

- szklanka płatków owsianych
- 2/3 szklanki mąki
- 1/3 kostki margaryny
- łyżeczka soli
- 2 łyżki wody

na dip:

- 3 ziemniaki
- marchewka
- łyżeczka czosnku granulowanego
- 1/3 szklanki drożdży odżywczych
- sól do smaku
- 4 łyżki oleju


Wykonanie:
Pierwsze 4 składniki na krakersy miksujemy razem, na koniec dodajemy wodę i chwilę miksujemy. Rozwałkowujemy na stolnicy i kroimy na małe kształty. Ja pokroiłem w trójkąty. Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni Celsjusza piekarnika i pieczemy aż się zarumienią czyli 5-10 min.
Ziemniaki i marchewkę obieramy i gotujemy razem. Ziemniaki ugotują się pierwsze dlatego wyjmujemy i czekamy na marchew. Miksujemy je razem z pozostałymi składnikami na jednolitą masę. W razie potrzeby regulujemy gęstość olejem lub wodą.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Creste di gallo z pesto brokułowym i dziki targ staroci

Jakiś czas temu, tutaj, pisałem Wam o największym w województwie śląskim targu staroci w Bytomiu. Może jest największy, ale nie najciekawszy. Najciekawszy znajduje się po drugiej stronie rzeki Brynicy (miejscowi wiedzą o co chodzi ;) ), tuż w okolicy zamku, który jest częścią systemu fortyfikacji zbudowanych przez, słynnego ostatnio, Kazimierza Wielkiego. Oczywiście nie bezpośrednio, bo miał od tego ludzi :) Odbywa się co sobotę, zakładając, że pogoda na to zezwala.
Co jest w nim takiego ciekawego? To, że jest on wynikiem oddolnej samoorganizacji i jest inicjatywą czysto obywatelską. Możnaby rzec na granicy legalności, póki co jeszcze niespecjalnie niepokojoną przez poborców. Tutaj nie ma dużych graczy, handlujących drogimi antykami. Tu można znaleźć niemal wszystko co tylko wpadnie w ręce. Tutaj nie ma komandosów i "Niemców", właściwie tylko drobni ciułacze i hobbyści.

Rozmowy równie ciekawe. Na przykład mi się zdarzyło podsłuchać porady kulinarne:
- bigos, to tak prawidłowo, robi się ze wszystkiego
- tak, wszystkiego co się nawinie
- no ja też dodaję czasem wina

Wszystko odbywa się w okolicy legalnie działającego, ogrodzonego płotem targu, na którym dwa razy w tygodniu można kupić ubrania, meble, narzędzia czy warzywa. Całość zaczyna się na placu przed wejściem.


Potem idziemy wzdłuż wału rzecznego przy Czarnej Przemszy.




Aż dochodzimy do, moim zdaniem najciekawszego miejsca, bo targowiska w lesie. Może nie jest to jakiś gęsty las, a bardziej zagajnik, ale i tak ciekawie.


Inny plac z drugiej strony targu też nie może się zmarnować :)


Nieunormowany handel ma też minusy. Nie polecam tego miejsca ludziom wrażliwym i o słabych nerwach, a to ze względu na handel żywymi zwierzętami, który się tu odbywa, a konkretnie chodzi o sposób. Chociaż z drugiej strony eliminując podwójne standardy to przy społecznej akceptacji sposobu pozyskiwania jajek z pieczątką numer 3, to i tu nie powinno być problemu.

Na targu staroci kupiłem tylko książkę z anegdotkami dotyczącymi życia markiza de Sade, ale na targowisku obok można bardzo tanio kupić warzywa i owoce, zwłaszcza jak się przyjdzie później i zaczynają się promocje i negocjacje. Za to wszystko czyli, cukinie, młoda kapustę, młodego kalafiora, kilogram białych grejpfrutów, 2 brokuły, pęczek rzodkiewki i granata dałem ok 15 zł.


Z brokuła postanowiłem zrobić coś, co jadłem kiedyś w azjatyckim barze w Garwolinie, który słynie głownie ze szpitala psyhiatrycznego dla nieletnich o wysokim rygorze, używając do tego oryginalnej nazwy makaronu, żeby danie sprawiało wrażenie ekskluzywnego.

Składniki:
- makaron grzebienie koguta
- brokuł
- czosnek (może być w proszku)
- olej


Wykonanie:
Brokuł gotujemy w wodzie lub na parze do miękkości. Rozgniatamy z małą ilością oleju i dodajemy czosnku. Mieszamy z ugotowanym makaronem.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Grillowane pieczarki po francusku

Pieczarki, jak każde grzyby zyskują bardzo ciekawy aromat po obróbce termicznej, do tego są najtańszymi jadalnymi przedstawicielami swojego królestwa. Przypisuje im się nawet zawartość witaminy B12. W każdym razie są tak dobre, że smakują nawet bez dodatków, najlepiej niepokrojone, gdzie taki sposób podawania zalecam co do wszystkich grzybów. Oczywiście w miarę rozsądku (chodzi mi o wielkość kapeluszy). Sezon grillowy w pełni, więc postanowiłem to wykorzystać.
Kiedy byłem we Francji jadłem sałatkę z surowych pieczarek, soku z cytryny i pietruszki. W ten sposób delikatnie podkręciłem moje danie. Najlepsze w towarzystwie upieczonych na grillu, w folii aluminiowej ziemniaków. Ja spróbowałem upiec fioletowe, które dostałem po promocyjnej cenie 1,50zł, ale nie był to najlepszy wybór, akurat do pieczenia. 

Składniki:
- pieczarki
- olej
- czosnek granulowany
- cytryna
- natka pietruszki


Wykonanie:
Pieczarki myjemy i smarujemy delikatnie olejem pomieszanym z czosnkiem. Po ugrillowaniu podajemy skropione sokiem z cytryny i posypane pociętą natką pietruszki.


Pieczarkowy Tydzień 2018

sobota, 14 kwietnia 2018

Khichdi

Ostatnio zupełnie przez przypadek wpadł mi w ręce, a ściślej rzecz biorąc w oko, wpadł mi przepis na bardzo stare danie, które urzekło mnie swą prostotą, a przede wszystkim stosunkiem jakości do ceny. Europejczycy ze swoim eurocentryzmem powiedzieliby, że to takie indyjskie risotto, tyle, że w Azji jedli ryż na długo przed nami :) Prawda jest taka, że to właśnie khidchi rozprzestrzeniło się po świecie, doczekując wielu modyfikacji.
Pierwsze znane wzmianki na temat tej potrawy pochodzą co prawda już z roku 300 p. n. e. z wspominane przez indyjskiego filozofa चाणक्य) natomiast mnie najbardziej zainteresowała relacja marokańskiego podróżnika uznawanego za jednego z najważniejszych geografów późnego średniowiecza o nazwisku Abu Abdallah Muhammad Ibn Battuta (1304-1377), który opisywał to danie jako pokarm ubogich.
Co jeszcze ciekawego jest w tym daniu? że jego opcje są niemal nieograniczone :)

Składniki:
- ryż
- czerwona soczewica
- ziemniaki
- kolendra
- kurkuma


Wykonanie:
Ziemniaki kroimy w kostkę i podsmażamy. Dodajemy soczewicę, ryż i przyprawy i jeszcze chwilę podsmażamy. Dolewamy trochę wody, cały czas mieszając, aż zostanie wchłonięta. Zabieg powtarzamy kilkukrotnie do czasu aż wszystko będzie miękkie.




Kuchnia indyjska 2018