piątek, 17 sierpnia 2018

Cukiniowa pizza z patelni

Zaraz pewnie będą głosy,  że to nie jest prawdziwa pizza. Co ja mogę zrobić w tej sytuacji? Po pierwsze mieć nadzieje, że konsekwentnie ta sama grupa ludzi nie uznaje innej pizzy niż we włoskim minimalistycznym stylu i innej bielizny niż biała, że o barszczu z barszczu nie wspomnę :) Po drugie pójść za rada Wojciecha Młynarskiego i robić swoje :)
Pizza, która Wam zaprezentuje jest o tyle łatwa, że może zostać wykonana bez rozgrzewania piekarnika, a także tak mało skomplikowana, ze zarówno spód jak i dodatki są wykonane z tego samego składnika. Co do dodatków, są one naukowo dobrane. Czekolada bardzo dobrze pasuje do cukinii, natomiast ananas, oprócz tego, ze mi po prostu zalegał w lodówce i jest swoistym włożeniem kija w mrowisko, to wiąże się z nim ciekawa anegdotka. Otóż w ubiegłym stuleciu cukinia, po odpowiednim przygotowaniu była substytutem ananasa także pasuje idealnie. 

Składniki:
- cukinia
- maka
- gorzkie kakao
- ananas (opcjonalnie)



Wykonanie:

Od cukinii odkrajamy klika plasterków, a resztę trzemy na tarce o małych oczkach. Plasterki podsmażamy z dwóch stron i odkładamy na bok. Kakao rozrabiamy z woda, aby powstał gesty sos. Do startej cukinii dodajemy trochę maki i mieszamy. Formujemy na patelni placek i smażymy na małym ogniu. Po wstępnym osmażeniu przekładamy na druga stronę, smarujemy kakaowym sosem, kładziemy plasterki cukinii i ewentualnie ananasa i podsmażamy jeszcze chwile.

środa, 8 sierpnia 2018

Cukiniowe curry z kwiatami

Kolejne danie z cyklu, jednego z moich ulubionych trendów kulinarnych - smutne jedzenie w pracy, o którym pisałem więcej tutaj.
Curry to taki dalekowschodni sposób przyrządzania składników - przeróżnych. W języku miejscowych oznacza sos. Tak się składa, że ludzie, którzy tam przyjeżdżają nie znają języka, dlatego biorą to za nazwę potrawy. Podobnie było z afrykańskim chop-chop. Kiedy Anglicy ogłosili, że Indie są ich i nawet, jeśli już język poznali i dowiedzieli się co naprawdę oznacza curry, to, na tym etapie nie było to już istotne, bo to kolonizator stanowi prawo, a nie skolonizowany. Efektem tego, za ich sprawą w Europie określa się przeróżne duszone składniki, zasypane mieszanką przypraw curry. Ostatnio w wyniku zdobyczy globalizacji, która co prawda blokuje przepływy ludzkie, ale zezwala na przepływ wszystkiego innego, łącznie z informacją, nazwą curry określa się też inne rodzaje sosów, ale jeszcze daleka droga do usystematyzowania tego na Starym Kontynencie. Tym bardziej, ze curry jest mało popularne i kojarzy się raczej z knajpami dla hipsterów tudzież ich rodziców.
Innymi słowy mój wpis będzie wyjątkowo konformistyczny wpasowujący się w Europejski beton. Jeśli chcecie być bardziej konserwatywni i odwołacie się do korzeni tej potrawy, to możecie użyć innej mieszanki.
Nazrywałem sobie kwiatów cukinii, pamiętając, żeby zrywać te męskie, bo z żeńskich są owoce. Te drugie mają charakterystyczny zalążek małej cukinii, więc jakby co to łatwo je poznacie.

Składniki
- cukinia
- kwiaty cukinii
- mieszanka curry



Wykonanie:
Cukinie obieramy i kroimy w kostkę. Podsmażamy chwilę, dolewamy trochę wody i dusimy. Kiedy zmięknie dodajemy kwiaty oraz przyprawę i jeszcze chwilę dusimy. 

piątek, 3 sierpnia 2018

Klingoński Gagh - idealny do filmu

Są dwie główne kategorie ludzi reagujących na upały. Część smaży się na słońcu, głównie nad wodą a inna ukrywa w domu przed upałem. Co prawda przepis, który zaprezentuję, ze względu na swoją specyfikę nada się również dla tych pierwszych, ale raczej stworzyłem go z myślą o tych drugich. Wynika to z faktu, że podczas zamulania w domu, film jest najbardziej powszechną rozrywką, gdyż jest dużo bardziej przystępny dla szerszej publiczności i zdecydowanie tańszy od książki, a także nie wymaga silnej karty graficznej. Postanowiłem stworzyć przekąskę filmową, ale za cel wziąłem sobie coś ciekawszego, a także zdecydowanie zdrowszego i bardziej pożywnego niż chipsy. Wyszło mi danie bogate w witaminy, opóźniające procesy starzenia oraz chroniące oczy przed działaniem promieni słońca.
Tak jak artysta czy literat, żeby stworzyć coś dobrego musi otrzymać natchnienie, które przyniesie mu mityczny pegaz, tak w moim biokomputerze musiały się zderzyć ze sobą dwie informacje - fasolka szparagowa, którą widziałem w sklepie w przystępnej cenie oraz przekąska, którą zobaczyłem na ekranie monitora, dzięki twórczości odbywającej się pod patronatem bogini (muzy), którą co prawda wymyślono, ale nie nadano jej imienia, nazywając ją zgodnie z obowiązującym trendem - numerem dziesiątym. Te informacje zderzyły się w pewnym momencie tak mocno, że echo obiło mi się po całej czaszce, a jego efekty możecie właśnie podziwiać :)

Sam pomysł na danie pochodzi z uniwersum stworzonego przez seriale Star Trek, a konkretnie z tej jego części, którą zajmuje rasa Klingonów. Tu drogi czytelniku należy Ci się odrobina wyjaśnienia.

Star Trek to uniwersum stworzone dzięki serialom, których pomysłodawcą był Gene Roddenberry. W przeciwieństwie do filmów z bardzo znanego uniwersum Star Wars czy znacznie mniej znanego uniwersum Diuna, które są raczej baśniami umieszczonymi w specyficznych środowiskach, Star Trek to typowy przedstawiciel kierunku fantastyka naukowa, z naciskiem na naukowa. Musicie wiedzieć, że prezentowane są w nim hipotezy konsultowane z naukowcami, które nawet jeśli obecnie są obalane, to na tamten moment były jak najbardziej aktualne. Można się śmiać z obrotowych kopuł na silnikach, ale nawet one  miały znaczenie. Natomiast fizyka to nie jedyna nauka, która składa się na serial. Z racji tego, że miało to być bardziej ambitne, intelektualne podejście do tematu, są tam poruszane kwestie z dziedziny filozofii, socjologii, czy innych nauk społecznych, co czyni te seriale niesamowicie nudnym dla szerszej publiki. Gdyby nie naciski telewizji na umieszczenie jakiś scen walki byłoby jeszcze ciekawiej :) Są wyjątki, np. najnowsza produkcja, co do której cześć fanów ma wątpliwości czy jest zgodna z kanonem. I skoro doszliśmy do kanonu, to dochodzimy do tego, dlaczego serial był taki popularny. Dla wielu ludzi Star Trek to idea. Zgodnie z tą ideą twórca mówi nam - albo ziemianie zaakceptują się nawzajem i będą się dogadywać, nie tylko z samym sobą, ale i z ewentualnymi innymi rasami napotkanymi w kosmosie, albo, o ile w ogóle nie wybiją się zanim mieliby dojść do etapu, w którym zaczęliby eksplorację kosmosu, w dosłownym tego słowa znaczeniu, to nie będą gotowi na taką eksplorację. Na początek, zamieścił na jednym statku przedstawicieli wszystkich ziemskich ras oraz płci, dając im wysokie stanowiska zaledwie dwa lata po ustawowym zniesieniu segregacji rasowej w USA. Podczas kolejnych odcinków, oprócz rozprawek filozoficznych, które trafiają się przy okazji tytułowej wędrówki w kosmosie, serial próbuje bronić tej tezy, pokazując, że można radzić sobie z problemami nie zrywając wcale z fundamentami, na których oparta jest Zjednoczona Federacja Planet. Reasumując, kanon to wszystko to, co pozostawia widzowi nadzieje na lepszą przyszłość.

Klingoni to wojownicza rasa, której obyczaje, z ziemskiego punktu widzenia mogą się wydawać nieco dzikie. Początkowo są głównymi przeciwnikami Federacji (niektóre wersje ich flagi mogą się wydać widzom dziwnie znajome i wymowne :)), natomiast z czasem zostają sojusznikami. Ich kuchnia jest typowa dla rasy, która rządzi się brutalnymi i twardymi zasadami, u której podstaw leży etos wojownika. Oryginalnie gagh to danie złożone z robaków, mogą być ugotowane, ale bywają też surowe. Uznałem, że fasolka szparagowa obtoczona w czerwonych przyprawach delikatnie to przypomina.


Składniki:
- fasolka szparagowa
- płaska łyżeczka soli
- 2 łyżeczki słodkiej papryki
- łyżeczka chilli
- olej



Wykonanie:
Fasolkę obcinamy z dwóch stron i gotujemy.
Mieszamy przyprawy i dodajemy trochę oleju.
Mieszamy fasolkę z przyprawami i wrzucamy do miski.

czwartek, 26 lipca 2018

Boczniaki alla scaloppine alla pizzaiola

Ostatnio toczyłem nierówny bój z przeważającymi siłami wroga, że aż zastanawiam się czy nie napisać w tej sprawie do zespołu Sabaton, żeby nagrali na ten temat piosenkę, a konkretnie broniłem i zresztą dalej bronię swojej hodowli grzybów przed nadchodzącymi ze wszystkich kierunków hordami ślimaków, które są co prawda wolne, ale konsekwentne, a do tego bezkarne, ponieważ ich naturalni wrogowie nie żyją w środowisku ogródków działkowych. W każdym razie jestem na tyle skuteczny, że udało mi się zebrać na tyle pokaźne plony, że zrobiłem takie danie, inspirowane kuchnią włoską.
Scaloppine to zazwyczaj płaskie kawałki mięsa obtoczone w mące i usmażone. Ich wersja alla pizzaiola to z sosem o smaku pizzy. Coś co decyduje o specyficznym zapachu pizzy to oregano. W połączeniu z sosem pomidorowym otrzymujemy to co definiuje jej smak. W Polsce, w latach 80-tych, wykształcił się rodzimy gatunek pizzy, w którym, co jest dla świata pizzy unikatowe, dodaje się podsmażonej cebuli, co akurat nie powinno nikogo dziwić :) Ten gatunek pizzy jest obecnie na wymarciu, ale można go zjeść jeszcze w pierwszej pizzerii w Polsce zlokalizowanej w Słupsku przy barze mlecznym Poranek :)

Składniki:
- boczniaki
- jakaś mąka
- cebula
- koncentrat pomidorowy
- oregano



Wykonanie:
Kapelusze boczniaków myjemy, panierujemy w mące i smażymy.
Cebulę kroimy drobno, podsmażamy, dodajemy trochę wody oraz koncentratu i chwilę dusimy. Dodajemy oregano i polewamy tak powstałym sosem usmażone boczniaki.




środa, 18 lipca 2018

Komowiki

Czasem ludzie pytają dlaczego nie otworzę własnej restauracji. Odpowiadam, że straciłbym pasję do gotowania, kiedy musiałbym przygotować ileś set tego samego. Wiem, bo kiedy za studenckich czasów byłem w Londynie, to wiem co to praca w kuchni :) Zamiast tego, wolę się spotkać z grupą znajomych na mini evencie polegającym na wspólnym jedzeniu p[przygotowanych wcześniej dań. Tematy przewodnie są różne. Tym razem były dania z ziemniaków.
Ziemniak jest o tyle spoko, że zadowoli prawie wszystkich, bo jest wegański, bezglutenowy, koszerne i halal, a od kilkuset lat nawet kościół już go nie zabrania. 
Jak widać na załączonym obrazku, z tego warzywa można wyczarować wiele różnych rzeczy, od przystawki (sałatka z młodych ziemniaków), przez danie główne (kotlety i komowiki), po deser (sernik z malinami i kruszonką).



U mnie danie kuchni białoruskiej. Jakby ktoś nie wiedział to taki młody kraj tuż za naszą wschodnią granicą. Co jest istotne, to, ze na jego terenie urodziło się dwóch bardzo znanych Polaków. Jeden to Tadeusz Kościuszko, a drugi Adam Mickiewicz. Ten pierwszy oprócz dość nowoczesnych poglądów jeśli chodzi o kwestie najbardziej licznej grupy społecznej w naszym kraju, miał też dość sprecyzowane poglądy na temat oddzielenia kościoła od państwa. Ustępował w tej kwestii tylko Cersei Lannister.
Ten drugi żył trochę później, a skutki jego twórczości odczuwalne są do dziś. A było tak. Jak pewnie wiecie, bo mówią o tym we wszystkich mediach, cały XIX wiek byliśmy pod zaborami. Z racji tego, że na mapie świata nie znaczyliśmy nic, a Watykanowi opłaca się układać tylko z silnymi, głowa kościoła katolickiego wydała encyklikę Cum primum wzywającą do zaniechaniu oporu względem zaborcy i potępiającą powstanie listopadowe. W odpowiedzi na to Mickiewicz pojechał w drugą stronę. Napisał III część Dziadów, w której powiedział wszystkim, że jesteśmy swoistym narodem wybranym i każde zbrojne zrywy skończą stoczą się w imię większego planu, nawet jeśli z góry są skazane na porażkę. Tym łatwiej było mu to pisać, w samych zrywach nie biorąc udziału :) Gdyby nie pozytywiści i ich praca u podstaw oraz nie zmiana sytuacji politycznej, która doprowadziła do niepodległości, choć sprawa niepodległości dalej pozostaje dyskusyjna :), to nie chcę nawet myśleć jak wielka byłaby populacja naszego kraju :) 

Nie powiem, żeby danie było kwintesencją kuchni wschodniej, bo jej głębokie tradycje są raczej zbożowe, a ziemniaki i fasola to już wpływy amerykańskie, ale nie skłamię, jeśli powiem, że to kwintesencja nowoczesnej kuchni białoruskiej. Oryginalnie owalne, ja uformowałem na bardziej ciekawy kształt.

Składniki:
- ziemniaki
- jakaś mąka
- czerwona fasola, ale są też z kaszą jaglaną lub ryżem



Wykonanie:
Ziemniaki gotujemy i ugniatamy.
Dodajemy trochę mąki i ugniatamy na ciasto. Lepimy z nich jakieś kształty, które można nafaszerować fasolą i przygotowane tak pierogi zapiekamy w piekarniku. W moim przypadku było to 15 min i 180 stopni Celsjusza.

piątek, 13 lipca 2018

Pochrzanione gołąbki

Kolejny przepis z cyklu "smutne jedzenie w pracy", dla niewtajemniczonych jest to antytrend "food porn", odwołujący się do autentyczności :) Krótko mówiąc, a właściwie pisząc, ten pierwszy pokazuje jedzenie tak jak byśmy chcieli żeby wyglądało, a drugi tak jak wygląda naprawdę. Aby opisać to bardziej obrazowo podam na konkretnym przykładzie czym te oba trendy się różnią. Jeśli pójdziecie sobie do jakiegokolwiek baru szybkiej obsługi, czy to będzie budka koło dworca w Radomiu, czy coś co będzie Wam wmawiało, że jest restauracją, w której każdy chce pracować, to prawdopodobnie będzie tam wielka plansza z menu w postaci obrazkowej. To co dostaniecie będzie, tu zacytuję klasyka "cholernie daleko" od tego co jest na obrazku. I to jest właśnie ta różnica. Im szybciej sobie to uświadomicie tym bardziej unikniecie frustracji z tym związanej, żebyście nie zrobili tego co William Foster grany przez Michaela Douglasa w filmie Upadek. Tym bardziej, że Wasza frustracja będzie podwójna, bo prawdopodobnie nie będziecie mieli ze sobą broni palnej.

Poprzednio robiłem gołąbki z liści szpinaku, teraz przyszedł czas na liście chrzanu, które znane były raczej jako lek stosowany zewnętrznie. Przemawiają za nimi właściwości zdrowotne (mają dużo witamin), właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i antywirusowe oraz, przede wszystkim, smak. Smakują jak ... liście chrzanu :) Czyli jak delikatne liście, które smakują chrzanem. Jest jeszcze jeden dobry argument przemawiający za tą rośliną. Rośnie ona w każdym przysłowiowym rowie :)
Jedyny mankament, to, w przypadku dużych liści, dość gruby nerw główny. Nie jest na tyle twardy, żeby nie dało się go pogryźć, ale jest twardszy niż reszta :)
Ja akurat zrobiłem wypełnienie z kaszy jaglanej i grzybów, ale możecie je wypełnić czymkolwiek.

Składniki:
- kasza jaglana
- pieczarki
- liście chrzanu


Wykonanie:
Kaszę gotujemy. Pieczarki trzemy na tarce i podsmażamy, a następnie mieszamy z kaszą.
Kładziemy na umyte liście chrzanu i zawijamy.



czwartek, 5 lipca 2018

Młode ziemniaki z dipem fasolowym

Z racji tego, że żyjemy w regionie świata, w którym ziemniak nie jest warzywem, a podstawą żywienia, wiele osób nie może doczekać się, aż, późną wiosną, pojawią się te młode. One mają to do siebie, że są smaczne same w sobie, a dodatkowo nie trzeba ich obierać i ich skórka jest jadalna po obróbce w niższej temperaturze niż uzyskujemy dzięki smażeniu. 
Najlepiej prezentują się te małe, kuliste, które, zwłaszcza po podsmażeniu są bardzo fotogeniczne, nawet jeśli zdjęcie robi taki ktoś jak ja :)
Do tego należało podnieść poziom białka w daniu. Dip majonezowy tylko by sprawę pogorszył, dlatego użyłem fasoli.

Składniki:
- młode ziemniaki
- koperek
- fasola biała z puszki
- olej
- cytryna


Wykonanie:
Ziemniaki myjemy dokładnie, suszymy i podsmażamy na głębszym oleju. Chyba, że ktoś chce mieć dodatkowe atrakcje, to suszenie może sobie odpuścić :) Po usmażeniu posypujemy pociętym koperkiem.
Fasolę miksujemy z małą ilością oleju i sokiem z połówki cytryny. Dolewamy tyle zalewy z puszki, aby uzyskać satysfakcjonującą nas konsystencję. Ja nie wlałem nawet połowy.


wtorek, 26 czerwca 2018

3 x T czyli Tortang Talong i Traumy

Dzisiaj, z okazji tego, że własnie zakończył się rok szkolny oraz, że w telewizji leci tzw. Mundial, będzie o traumach. Zarówno w ujęciu pozytywnym jak i negatywnym. Chodziłem do przedszkola w latach 80-tych. Był to czas kiedy bezstresowe wychowanie nie istniało (przy czym nie będę wchodził w polemikę, czy słusznie, bo nie wolno przeginać w żadną ze stron), a przedszkolanki zazwyczaj zostawały nimi prawie za karę. Mało która lubiła dzieci, więc wyjątkowo je one denerwowały. Zwłaszcza te niesforne. Do tego miały przewagę, zarówno fizyczną jak i intelektualną. W myśl zasady oderint dum metuant. Po wyczerpaniu katalogu kar fizycznych, od małych i prostych jak szarpanie za pejsy, przez większe, złamanie plastikowego drążka na tyłku, po wyszukane - klękanie na woreczkach z grochem, przyszła pora na te, które miały odcisnąć ślad na psychice młodego człowieka. Bardzo popularny był nakaz spania bez majtek (teraz to bym jeszcze wypiął do wszystkich goły tyłek, ale wtedy był to dla mnie wstyd) albo zamykanie na ciemnym strychu. Ja najwyraźniej musiałem być bardzo niegrzeczny, bo byłem trzymany nad wielkim kotłem gotującej się zupy przy groźbie, że zostanie zasilona moim ciałem. Na szczęście została zasilona tylko moimi łzami, ewentualnie smarkami, ale co najważniejsze - TAK ZACZĘŁA SIĘ MOJA MIŁOŚĆ DO GOTOWANIA. Mimo to, że szczerze tej pani nienawidzę, to chyba za to muszę podziękować. To była trauma pozytywna.

Potem była szkoła. Co prawda na świadectwie wszystko się zgadzało, ale wiecie jak to w szkole. Macie 30 indywidualnych dzieci i jednego nauczyciela, któremu nikt nie płaci za to, żeby skupiał się na każdym z osobna. Można o tym pisać i pisać, ale miało być o piłce. Lekcje wychowania fizycznego wyglądały tak, że był jakiś program. Jedyny i słuszny. Prawdopodobnie było tam wielu utalentowanych zawodników, albo przynajmniej takich można było z nich zrobić. Był tylko jeden problem. Nie ta dyscyplina. Połowy tych znanych to nawet nie widzieliśmy na oczy. Efekt był taki, że jak mu nie szło w jedynych i słusznych sportach to był wyśmiewany zarówno przez tzw. nauczyciela jak i co głupszych uczniów, których dało się napuścić. Mój nauczyciel dodatkowo często był "na gazie" więc czasem uczeń oberwał. Przy czym nie za to,że był niegrzeczny, bo to bym jeszcze zrozumiał. Obrywało się np. za źle odbitą piłkę, na co uczeń większego wpływu nie miał :) Po latach go trochę rozumiem, bo wiem co to znaczy kac, ale tylko trochę, bo nikogo z tego powodu nie biję. Najłatwiej na lekcjach WF było zorganizować piłkę nożną. W praktyce wyglądało to tak, że nauczyciel rzucał piłkę na dwie godziny lekcyjne i sobie szedł. Często do okolicznej knajpy. Jak ja tej gry nienawidziłem, tym bardziej, im bardziej kazali mi w nią grać. Na podwórku dzieciaki, których rodzice karmili ich dokonaniami polskiej reprezentacji, które miały miejsce 10 - 20 lat wcześniej, też nie miały wyobraźni, aby wymyślić coś ciekawszego. Pamiętam, że jakieś igrzyska nie poszły nam tak jak powinny, w wyniku czego ministerstwo podjęło decyzję o dorzuceniu lekcji WF. Zgadnijcie co na nich robiliśmy :) To była trauma negatywna. Nie mogę nawet patrzeć na ten sport, a grac to już w ogóle. Jeśli mogę podziękować to tylko za to, że nie marnowałem na ten sport ani czasu, ani energii skupiając się na bardziej użytecznych, a przez takie uważam wszystkie sporty jakie były na starożytnych olimpiadach oraz ich rozwinięcia. W moim przypadku Muay Thai, a obecnie Brazylijskie Jiujitsu, jako rozwinięcia antycznego panraktion i zapasów.
Jakby mój nauczyciel dowiedział się, że jestem teraz sportowcem, no może nie jakimś utytułowanym, ale takim, który po osiągnięciu statystycznego (wg ZUS) półmetka życiowego regularnie trenuje i czasem nawet jeździ na zawody, to by nie wierzył. Tzn. to założenie czysto abstrakcyjne, bo mój już nie żyje :)

Z okazji tego, że za oknem zapowiedzieli załamanie pogody, w wyniku którego będzie waliło gradem, a moja ulica zamieni się w kryzysową Wenecję, która zdecydowanie ładniej pachnie, danie z grilla. Kuchnia filipińska. Moja wersja zrobiona tak, aby można było do końca przygotować ją na grillu. 

Składniki:
- bakłażan
- mąka kukurydziana


Wykonanie:
Bakłażany kroimy w plasterki i grillujemy.
Z mąki kukurydzianej i wody robimy gęste lejące się ciasto, w którym moczymy ugrillowane plasterki, a następnie ponownie je grillujemy, najlepiej na tackach.

środa, 20 czerwca 2018

Gołąbki z liści szpinaku

W związku z tym, że na działce szpinak urósł do rozmiarów przerastających dłoń przeciętnego dorosłego człowieka, szkoda było posiekać go na drobne kawałki i klasycznie udusić. Tym bardziej, że bardzo lubię szpinak na surowo. Postanowiłem zrobić moją wariację na temat dania, które przywędrowało do nas z basenu Morza Śródziemnego o enigmatycznej nazwie "gołąbki", która staje się jasna dopiero wtedy kiedy prześledzimy ich historię. W wyniku tego dowiadujemy się, że to do czego jest przyzwyczajona biedota, czyli większość z nas, jest modyfikacją tego co było na stołach szlacheckich, czyli mniejszości - gołębi owijanych liśćmi kapusty.
Podobno żelazo należy łączyć z witaminą C, żeby mieć więcej energii. Dlatego połączyłem szpinak z ziemniakami. Z tym żelazem w szpinaku to też tak nie do końca, bo naukowcy trochę się pomylili w obliczeniach (Z tego powodu postanowiłem podnieść wartość żelaza za pomocą zielonego groszku:)). Co było przyczyną pomyłki nie wiadomo, ale legenda, a w takie uwielbiamy wierzyć, mówi, że to wina asystentki prowadzącego badania, która nieświadomie przesunęła przecinek. Zaraz po tym, w okół samego szpinaku też urosły legendy, które zostały wyrażone w postaci kreskówki Popeye. Całkiem przyjemnej zresztą, którą oglądałem za czasów, kiedy Cartoon Network nie miało jeszcze polskiej ścieżki językowej :)

Ruloniki idealne do pracy, albo na drogę. Jak komuś za mało gołąbkowo, to sobie może nachlapać ketchupem :)

Składniki:
- liście szpinaku
- ziemniaki
- zielony groszek
- marchewka



Wykonanie:
Marchewkę kroimy w kostkę. Smażymy na małej ilości oleju, dodajemy trochę wody i dusimy pod przykryciem. Dodajemy groszku i jeszcze trochę dusimy.
Ziemniaki obieramy, gotujemy, gnieciemy i mieszamy z groszkiem i marchewką.
Wybieramy części tak przygotowanej masy i owijamy liśćmi szpinaku.

wtorek, 12 czerwca 2018

Shiitake z sosem śliwkowym w bułeczkach bao

Kolejny post, który powstał w wyniku eksploatacji mojej własnej hodowli grzybów przeróżnych, o których pisałem już tutaj. Tym razem przepis, który idealnie nadaje się na to, żeby go zabrać w plener i przekąsić do piwka, najlepiej wytrawnego, co by w smaku przypominało piwo azjatyckie :) 
Oczywiście musicie znaleźć sobie też dobrą miejscówkę, aby nie zasilić budżetu przymusowym świadczeniem pieniężnym na mocy ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, tłumaczoną na język ludzki, nazywamy ustawą ratującą budżet, która powstała wraz pierwszą dziurą budżetową, a stała się jeszcze bardziej restrykcyjna kiedy wyżej wspomniany zaczął mieć większe potrzeby :) 
Jako, że w taką pogodę szkoda marnować czas przed kompem i lepiej poprawić sobie relacje międzyludzkie z tymi ludźmi, którzy na to zasługują, dlatego, tak jak ja, polecam spożyć to w duecie na wolnym powietrzu z dala od wyjątkowo gorliwych niczym strażacy z książki 451 stopni Farenheita, strażników budżetu, których gorliwość jest wprost proporcjonalna do, legendarnych już, zbieranych punktów niczym krążków TAZO.
Bułki bao to takie połączenie tacos i bucht, które przyrządzamy na parze. Można zrobić samemu, ale są bardzo tanie, więc ja je kupiłem :)

Składniki:
- bułeczki bao
- grzyby shiitake, ale mogą być nawet pieczarki
- cebula
- powidła śliwkowe


Wykonanie:
Grzyby kroimy w paski i podsmażamy z cebulą. Kiedy puszczą soki dodajemy trochę powideł.
Bułeczki przyrządzamy na parze. Jeśli nie mamy naczynia, to wsadźmy do garnka odwrócony talerz, dolejmy trochę wody tak, aby go nie zakryła i umieśćmy na nim bułki. Następnie przykryjmy garnek.
Jak będą gotowe to faszerujemy je wcześniej wspomnianym farszem. Smakują też na zimno :)