czwartek, 16 stycznia 2020

Smoczy makaron

Z okazji Międzynarodowego Dnia Potraw Pikantnych, wypadającego 16 stycznia, przepis na który natrafiłem przez przypadek - smoczy makaron. Szukałem jakiejś genezy tej nazwy. Znalazłem tylko jedną informację, że zawdzięcza ją kolorowi czerwonemu i temu, że jest pikantny. Gdzieś tam znalazłem jeszcze informację na temat rodzaju makaronu, jakim jest smocza broda, czyli takie cieńsze nitki, wobec powyższego starałem się dobrać możliwie podobny. 
Generalnie smok nie kojarzy nam się z niczym dobrym. Co prawda w mitach słowiańskich smok ma raczej dobre zabarwienie. W nordyckich już nieco gorzej. W greckich służą głównie do pilnowania, czyli należy się ich bać. Na marginesie, jeden z nich nawet pilnuje jabłek, co brzmi znajomo :)  Niemniej jednak żyjemy obecnie w strefie wpływów mitów chrześcijańskich, a już pierwszy z nich przedstawia węża jako symbol zła. Nie wspominając o słynnym motywie legendy o św. Jerzym. Stąd określenia "gad" i "gadzina" nie są uznawane za miłe :)
Natomiast samo danie pochodzi z wschodniej Azji, gdzie w przeciwieństwie do tej zachodniej, smok jest symbolem mądrości i jest raczej pozytywną postacią. Celowo używam słowa postać, bo jest trochę uczłowieczony.

Składniki:
- makaron spaghetti
- cebula czerwona
- koncentrat pomidorowy
- chilli


Wykonanie:

Cebulę kroimy w plasterki i smażymy. Dodajemy koncentratu pomidorowego i chilli, regulując gęstość wodą. Dodajemy ugotowany makaron i chwilę smażymy.

środa, 8 stycznia 2020

Luksemburski Gromperekichelcher

Ostatnio byłem w Luksemburgu, to taki mały kraj pomiędzy Francją, Niemcami, a Belgią. Duży jak 5 Warszaw, ale ma 3 razy mniej ludności. Ze względu na bardzo dobre wykorzystanie złóż żelaza, a później regulacje podatkowe , pozwalające uniknięcia wielkim firmom płacenia wysokich podatków, stał się jednym z najbogatszych krajów na świecie, w rozumieniu dochodu na mieszkańca.

Największym miastem i siłą rzeczy jedynym dużym jest, oczywiście, Luksemburg, który ma opinie najnudniejszego miasta w tej części świata. Postanowiłem się przekonać osobiście :)

Jadąc do stolicy stwierdziłem, że zobaczę jedną z (zaraz po zamkach) głównych atrakcji regionu, znajdujący się w tzw. Szwajcarii Luksemburskiej, wodospad Schiessentümpel. Powiem tak. Na zdjęciach reklamowych wyglądał inaczej, a deszcz, który padał poprzedniego dnia, powodując specyficzne zabarwienie wody, nie pomógł :)


Sama Szwajcaria, to takie podrasowane Góry Stołowe. Zasadniczo proste szlaki, ale wśród malowniczych skał. Nastawione raczej na spacer i relaks niż wspinaczkę. Stąd też wysokie zagęszczenie ludzi, ale dalej lepiej niż w Tatrach :)


Kiedyś słyszałem, że w jakimś południowoamerykańskim kraju na okres świąt umieszczono w dżungli choinki mając nadzieję, że z tego powodu lokalna partyzantka wstrzyma się na ten czas z działaniami wojennymi. Nie wiem z kim prowadzi wojnę Luksemburg :)


Kiedy wejdziecie sobie na Atlas Obscura, pokazujący ciekawe, zazwyczaj inne niż w oficjalnych przewodnikach miejsca do zwiedzania, w przypadku Luksemburga nie ma za wiele pozycji. Podobno te miejskie balkony uchodzą za jedne z ładniejszych na świecie. Przyznaję, są bardzo ładne, ale to koniec atrakcji.


Natomiast to, że nie ma tam nic konkretnego nie oznacza, że miasto nie jest ładne. Jak dla mnie to takie połączenie Wałbrzycha i Monachium. Mają na przykład świetny park w samym centrum.


Nad którym wznosi się most Adolfa. Co jest takiego ciekawego w tym moście, poza tym, ze jest Adolfa? Że nie musimy iść górą, gdzie jeżdżą samochody i jest głośno, a możemy iść kładką powieszoną pod mostem.


Jest tam też Katedra Notre Dame. Jeśli zostanie popełnione jakieś przestępstwo, to podczas szukaniu podejrzanych, szuka się tych, którzy w wyniku tego zdarzenia osiągnęli największą korzyść. Po wydarzeniach z kwietnia, to jest jedyna Katedra Notre Dame :)


Rynek i okoliczne uliczki też spełniają standardy estetyczne :)


Podobnie jak w Gliwicach, autobus 32 zabierze Was w ciekawe miejsce :)


Reasumując. Miasto bardzo ładne, ale nie ma tam nic konkretnego. Nie polecam kilkudniowej wycieczki tylko po to, żeby zwiedzić stolicę. Zalecam zwiedzać je przejazdem. Zaparkować auto koło kazamatów, przejść się rynkiem, odwiedzić bardzo dobrze zaopatrzony sklep z grami video, a jeśli ktoś bardzo chce to znajdujący się nieopodal salon torebek w szachownicę, zjeść coś i można wracać.  No i koniecznie zatankować! Z uwagi na niskie podatki, paliwo tańsze o ok 1 PLN niż w Polsce.Z tym jedzeniem nie jest tak dobrze, tzn. o ile ktoś ma wygórowane preferencje, bo jedzenie też jest nudne, czego wyrazem jest to oto danie :) Co je wyróżnia od naszych placków ziemniaczanych? Dodatek cebuli i czosnku.

Składniki:
- ziemniaki
- cebula
- czosnek


Wykonanie:
Ziemniaki trzemy na tarce. Połowę starłem na grubej, a drugie pół na cienkiej. Dodajemy pokrojoną w drobną kostkę cebulę i wyciśnięty czosnek. Kładziemy masę na rozgrzany olej i smażymy.

czwartek, 2 stycznia 2020

Stoemp z parówkami i Ardeny

16 grudnia 1944 rozpoczęła się ofensywa w Ardenach, czyli ostatni wielki zryw armii niemieckiej podczas II wojny światowej. Miasto Bastogne, gdzie krzyżowały się wszystkie drogi regionu zostało otoczone i trwało w oblężeniu aż do 26 grudnia, dzięki czemu święta, dla uwięzionych w nim żołnierzy, były bardzo specyficzne. W 75 rocznicę postanowiłem spędzić tam święta, aby trochę poczuć klimat, a przy okazji pozwiedzać.
Właściwie to oblężenie to jedyne z czego to miasto słynie dlatego 99% atrakcji turystycznych kręci się w okół tego, a z okazji oblężenia, wszystkie wystawy sklepowe były odpowiednio udekorowane.


Natomiast znalazło się też kilka innych ciekawych rzeczy np. miejskie fontanny, na miejscu których znajdowały się kiedyś studnie, z których jak wieść głosi pobierało się najlepszą wodę do gotowania groszku :)


Niedaleko Ustki znajduje się tzw "Szlak zwiniętych torów". Swoją nazwę zawdzięcza temu, że znajdowała się tam kiedyś linia kolejowa, która została rozebrana po wojnie przez Sowietów. Obecnie znajduje się tam trasa rowerowa. Tu tez przerobiono stara linię na trasę rowerową, z tym, że intencjonalnie, co przełożyło się też na jakość:)


Natomiast, tak jak pisałem, całe miasto żyje jednak tym oblężeniem, dlatego na przedmieściach, w specyficzny sposób były oznaczone miejsca blokad.


W pobliskim lesie znajdują się dalej tzw. "lisie nory", w których spadochroniarze ze 101 dywizji chowali się przed obstrzałem artyleryjskim. Możecie to obejrzeć w serialu Kompania Braci


Za miastem znajduje się muzeum wojny z ogromnym memoriałem w kształcie gwiazdy. Co było dla mnie bardzo ciekawe, to to, że bilet wstępu do muzeum można było później wykorzystać jako bilet parkingowy. Dostajemy tam elektronicznego przewodnika i poznajemy wojnę z perspektywy amerykańskiego spadochroniarza, niemieckiego żołnierza, członkini belgijskiego ruchu oporu i dziecka. Dowiadujemy się na przykład, że po I Wojnie Światowej, w Niemczech był taki kryzys, że ceny rosły tak szybko, że jedzenie w restauracji potrafiło podrożeć podczas konsumpcji, albo jakie racje żywnościowe przypadały podczas wojny.


Był także mały pokaz niemieckiej siły, czyli amerykański czołg Sherman, niemal przestrzelony na wylot. Blacha z drugiej strony była wygięta.


Muzeum nie jest może zbyt bogate w eksponaty, ale nadrabia wystawami multimedialnymi, np. ta w barze. Na oknach były ekrany, które symulowały ruch uliczny.


W pewnym momencie następuje wirtualny ostrzał, światła gasną, a my "schodzimy" do piwnicy, a konkretnie scenografia podjeżdża do góry ukazując nam kolejną.


Najwięcej ciężkiego sprzętu znajduje się w Bastogne Barracks, gdzie jest centrum renowacji pojazdów. Niestety trafiłem na 3-tygodniową przerwę świąteczną. Musiałem się zadowolić tym co stało na zewnątrz, w tym czołg Sherman, który został przerobiony na durszlak.


Znajduje się tu też memoriał generała Pattona, który zasłynął tym, że przyszedł na odsiecz oblężonym żołnierzom. Dość specyficzna postać, bo jeśli chodzi o jego podejście do życia, w tym stosunku do Żydów, których uważał za podludzi, niczym nie ustępował swoim przeciwnikom z SS, ale walczył po stronie alianckiej, stąd te kwiaty :)


Bardzo dobre muzeum, 3 razy tańsze i dużo bardziej nasycone sprzętem znajduje się tuż za granicą z Luksemburgiem w Diekirch. Jeśli macie czas na tylko jedno, to zdecydowanie polecam to.



Możecie się tu dowiedzieć czegoś ciekawego o własnym kraju :)


Nie zapominajmy, że Ardeny to teren górzysty, dlatego musiałem to wykorzystać. W okolicy Houffalize, gdzie miał stać czołg Pantera, ale dalej go nie oddali na swoje miejsce jest bardzo dużo górskich szlaków. Ja wybrałem się do wioski Nardin na szlak wzdłuż rzeki Ourthe. Początkowo szło się górą po skalistych klifach. W pewnym momencie szlak skręcił w dół, ale ja poszedłem na sam koniec cypla, żeby mieć lepsze widoki.


Potem schodzimy w dół i idziemy brzegiem rzeki. Dodam, że niemałej. Mijając po drodze slady zwierząt zaklasyfikowanych według niektórych przepisów jako ryby :)


No i w końcu to co Tygrysy (nie czołgi) lubią najbardziej. Jedzenie. Znalazłem bardzo ciekawe belgijskie danie, które spełnia kryteria, jakimi się posługuję na tej stronie :)

Składniki:
- parówki
- ziemniaki
- cebula
- marchewka


Wykonanie:
Parówki gotujemy.
Ziemniaki, marchewkę i cebulę kroimy w kostkę i gotujemy. Tłuczemy razem i podajemy z parówkami.

wtorek, 24 grudnia 2019

Wigilia grzybowa, czyli dlaczego mikołaj jest czerwony

Jak tylko człowiek zaczął ogarniać rzeczywistość, zaczął tez tworzyć coś co w przyszłości miało być nauką. Nauka oprócz zunifikowanego języka, ma również odpowiednie metody badawcze. Jedną z nich jest obserwacja. W pewnym momencie człowiek zaobserwował, że słońce pojawia się na wschodzie (choć jeszcze wtedy ten kierunek tak się nie nazywał), przesuwa się po niebie po to, żeby w końcu zniknąć na zachodzie. Tak zaczęło się odmierzanie czasu w skali mikro. Tyle trwał dzień. Potem zauważył, że w niektórych momentach dzień jest dłuższy, a w innych krótszy. Jak już zauważył, że dzieje się to cyklicznie w stałych odstępach czasu, to zaczęło się odmierzanie czasu w skali (dla niego) makro. Mowa o roku. Za początek roku uznano moment, w którym dzień staje się coraz dłuższy. Taka analogia do życia. Organizm się starzeje, ma coraz mniej siły i w końcu umiera, ale rodzi się nowy. Tak i dni stawały się coraz krótsze, bo dla istoty nieobdarzonej możliwością widzenia w ciemności to dni były istotne, po to, żeby po przełomowym momencie, w którym dzień już był bardzo krótki, nastąpiły symboliczne narodziny nowego - coraz dłuższego dnia.
Czasy były ciężkie, dlatego świętowano każdy kolejny rok, który udało się przeżyć i to w taki sposób, żeby można było równie wspaniałomyślnie przeżyć kolejny. Po rewolucji agrarnej podstawą żywienia były płody rolne. Wierzono, że aby zapewnić sobie dobre plony w nadchodzącym roku trzeba przygotować wieczerzę z owych właśnie. Stąd tradycja spożywania produktów zbożowych. 
Ze zwyczajami ile tych dań ma być bywało różnie. Jedni twierdzili, że 12, tyle co miesięcy, bo w końcu to początek roku. Inni, że nieparzyście przy czym sama ilość zależała od bogactwa właściciela. Ja dam 6, a konkretnie 5 plus napój, bo to blog kryzysowy, a to właśnie 5 potraw jadano w najbiedniejszych domach.

Jako, że jest to najstarsze święto znane ludzkości, znacznie starsze niż wszelkie mitologie, z powodzeniem może być świętowane przez każdego, nawet jeśli jedna czy inna grupa uzurpuje sobie do tego prawo.

Tyle tytułem wstępu, ale przejdźmy do meritum. Dlaczego Mikołaj jest czerwony, a właściwie czerwony z białymi detalami? Po pierwsze mamy tu pewien często powtarzający się błąd. Święty Mikołaj, patron piwowarów i piratów, którego dzień obchodzimy 6 grudnia, czyli gość w stroju biskupa z atrybutem w postaci krzywej laski, to zupełnie inna postać niż ta, która przynosi prezenty pod choinkę. Nawet w wielu chrześcijańskich tradycjach w wigilię prezenty przynosi chrześcijański Aniołek, czy Dzieciątko, ewentualnie staropolski Gwiazdor. Wiele osób wierzy w mit, że tego czerwonego jegomościa z Laponii wymyśliła Coca-Cola. Nic bardziej mylnego, ale po kolei.
Przede wszystkim ta firma upubliczniła tą grafikę w 1930 roku, a jegomościa w tym stroju można odnaleźć spokojnie na XIX wiecznych pracach. No to skąd ten czerwony kolor? Tu kłaniają się najnowsze badania amerykańskich antropologów.

Kojarzycie tradycje zostawiania pustego miejsca przy stole? Wierzono, że ktoś z naszych przodków przyjdzie i zasiądzie z nami do wieczerzy. Pozostał jeden problem. Jak go zobaczyć. W tym celu spożywano różne specyfiki. Tak, zanim chrześcijańska kultura uzurpowała sobie monopol na wizje, które uzyskiwano tylko w wyniku zbawienia, czymś normalnym było spożywanie psychodelików.  Antropolodzy tak tłumaczą zwyczaje świąteczne.
  • Mikołaj - ludy północy chciały mieć pewne doznania, niestety przeciętny człowiek nie miał zbyt wielkiej wiedzy na ten temat. Każda wioska miała jednak kogoś takiego, kto miał. Był to szaman, który przygotowywał magiczne grzyby i tego dnia odwiedzał domy rozdając im tego typu prezenty.
  • Strój mikołaja - są teorie, że szaman nosił czerwoną skórę jelenia, jednak część badaczy bezpośrednio odnosi się do ubarwienia muchomora czerwonego
  • Prezenty pod choinką - w tajdze muchomory rosły pod świerkami
  • Bombki na choince - muchomory trzeba było spreparować dlatego były wieszane na drzewach po to, aby je wysuszyć
  • Wejście przez komin - problemem na północy było to, że czasem potrafiło nawalić naprawdę dużo śniegu. Wykopywane tunel, aby można było się wydostać z domu. Tym samym tunelem, którym wychodził też dym z ogniska, szaman przychodził z prezentami.
  • Renifery - zaobserwowano, że renifery jedzą te grzyby. Dopiero niedawno odkryto, że doskonale wiedzą co robią, ale dawno temu wierzono, że skoro człowiek ma poczucie latania, to pewnie renifery mają podobnie. Ponad to, po zjedzeniu grzyba, mogło się wydawać, że wędrujące na horyzoncie renifery naprawdę latają.
W związku z tym menu w tym roku, będzie oparte na grzybach, oczywiście nie halucynogennych, choćby dlatego, że przeczytałem wyniki tych badań całkiem niedawno, kiedy już nie ma muchomorów w lesie. Natomiast już wiecie dlaczego grzyby są tak istotnym elementem wigilijnej uczty.

Zdjęcie wyjazdowe, dlatego inny wystrój.


Barszcz czerwony z makaronem

Barszcz z małym białym makaronem wygląda jak muchomór :)

Składniki:
- włoszczyzna
- buraki
- makaron
- ocet
- makaron małe muszelki

Wykonanie:
Włoszczyznę gotujemy do miękkości. Dodajemy buraki, Możemy zetrzeć, żeby się szybciej ugotowały. Dodajemy trochę octu, aby kolor był odpowiedni. Są świry, które badają to z papierkiem lakmusowym, ale wystarczy, że barwa Wam się zgadza "na oko". Oczywiście octu z umiarem.
Makaron gotujemy wg przepisu na opakowaniu.

Pierogi z kapustą i grzybami.

Tu odeślę do mojego starego przepisu tutaj.

Soczewica po brytańsku

Wielu z Was jadło pewnie fasolkę po bretońsku. Zasmucę Was. W Bretonii takowej nie jedzą. Co innego w Brytanii. Wiem, że ten błąd językowy był bardzo przyjemny, bo Bretonia w przeciwieństwie do Brytanii słynie z luksusowej kuchni, dzięki czemu mieliśmy poczucie, że jemy coś naprawdę luksusowego, ale niestety.
Część wierzeń ludowych mówi, że jedzenie soczewicy na początku roku, ze względu na to, że jej nasiona przypominają monety, gwarantuje bogactwo w przyszłym roku, a jako, że w naszej kulturze to pieniądze są najważniejsze, nawet, a powiedziałbym zwłaszcza tam gdzie mówi się, że nie, soczewica to znak naszych czasów.

Składniki:
- soczewica
- cebula
- grzyby suszone
- koncentrat pomidorowy

Wykonanie:
Soczewicę gotujemy razem z suszonymi grzybami. Dodajemy podsmażoną cebulę, grzyby i koncentrat pomidorowy.


Naleśniki z pieczarkami

Jako, że znajduje się we francuskojęzycznej części świata, zrobiłem danie na styl francuski. Taka kuchnia fusion. 

Składniki:
- mąka
- pieczarki
- natka pietruszki

Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto i smażymy z niego naleśniki.
Pieczarki kroimy w plasterki i podsmażamy. Dodajemy do nich pokrojonej natki i takim farszem nadziewamy naleśniki. Forma zawijania dowolna :)

Pierniki grzybki

Składniki:
- 1,5 szklanki mąki
- pół szklanki cukru
- 1/3 szklanki oleju
- 1/4 szklanki wody
- pół łyżeczki sody oczyszczonej
- łyżeczka cynamonu
- 1/4 łyżeczki pieprzu

Wykonanie:
Ugniatamy razem, rozwałkowujemy wycinamy kształty w formie grzybów i pieczemy w nagrzanym piekarniku do 180 stopni jakieś 5- 10 min. Ja jeszcze ozdobiłem kolorowym lukrem, żeby wyglądały jak muchomory :)


Piwo

Jestem teraz w Belgii, gdzie piwowarstwo jest tak istotnym elementem życia, że cech piwowarów ma swój gmach na rynku w Brukseli, więc grzechem byłoby nie wypić belgijskiego piwa. Jest zbożowe i wprowadza w stan upojenia więc wszystko się zgadza :)


Boże Narodzenie 2019 wytrawnie
Boże Narodzenie 2019 na słodko
Wegańskie Boże Narodzenie 2019

piątek, 13 grudnia 2019

Biscuits and gravy

Jedzenie jest tak istotną częścią naszego życia, że ma swoje dni tak samo jak inne ważne zjawiska. Jutro przypada dzień biscuits and gravy. Czyli tak technicznie, po naszemu, ciastek w sosie :) Danie pochodzi z południa USA i ma podobno szkocki rodowód, co z punktu widzenia przepisów znajdujących się na tej stronie stanowi pewną rekomendację :) Jest to kolejne danie z mojego ulubionego antytrendu - smutne jedzenie w pracy, ale jako, że jutro nie pracuję, postanowiłem wrzucić go dziś. 
Dziś natomiast mamy piątek trzynastego, podobno pechowy dzień. Abstrahując od faktu, że zarówno w mitologii nordyckiej jak i mitologii chrześcijańskiej, kiedy jest 13 osób na imprezie, to ta trzynasta zawsze przysporzy dużo problemów, dlatego liczba ta jest uznawana za co najmniej nie przychylną, ale sama tradycja piątku trzynastego ma się podobno wywodzić z czystek, które w 1307 roku zostały przeprowadzone na rosnącym w siłę Zakonie Templariuszy. Zakon miał wielu wpływowych dłużników, w tym króla Francji i Papieża, więc, jak to, podobno, mawiał najsłynniejszy Gruzin Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili - Jest człowiek, jest problem. Nie ma człowieka, nie ma problemu, tak i tu eliminacja zakonu skutkowała eliminacją długów. Wielki mistrz przeklął zarówno króla jak i papieża i tamci wkrótce zmarli. Resumując, jeśli nie macie nic wspólnego z władzą królewską, albo z kościołem, nie macie się czego bać :)
W Polsce trzynasty, a konkretnie grudzień, ma dodatkowe znaczenie, gdyż wybuchł wtedy stan wojenny, a wtedy przedstawienie tej daty w kodzie literowym ACAB (All Cops Are Bastards), nabiera dodatkowego znaczenia :)

Składniki:
- mąka
- margaryna
- pieczarki



Wykonanie:
Margarynę ugniatamy z mąką w stosunku szklanka mąki na łyżkę margaryny. Żeby nam się dobrze gniotło dodajemy trochę wody, ale naprawdę niewiele. Formujemy kółka i pieczemy je jakieś 15-20 min w nastawionym do 180 stopni piekarniku.
Pieczarki kroimy w plasterki i smażymy. Zasypujemy odrobiną mąki i trochę podsmażamy. Dolewamy cały czas wody, cały czas mieszając, aż uzyskamy odpowiednią konsystencję. 

sobota, 7 grudnia 2019

Rozgrzewające denary

Dziś pierwszy weekend miesiąca, więc pojechałem na targ staroci do Bytomia. O samym targu jak i kategoriach bywalców pisałem tutaj. Niestety, z uwagi na niską temperaturę, wystawiających było znacznie mniej. Kupujących zresztą też. Tylko "komandosów" było relatywnie więcej, tzn. było ich pewnie tyle samo, ale z uwagi na mniejszą frekwencję, byli bardziej widoczni. 
Na przeciwko targu jest parking, który został zrobiony na skarpie, a konkretniej to chyba nawet na hałdzie, niestety ktoś sobie uzurpował prawo do inkasowania pieniędzy za jego użytkowanie. Dlaczego napisałem "uzurpował"? Dlatego, że teren nie jest w żaden sposób oznaczony jako płatny, wyskakuje tylko jakiś pan z partyzanta, a jak się protestuje to dzwoni po kolegów. Stąd mam pewne wątpliwości na temat legalności tego procederu. Na szczęście już 50 m dalej jest prawie równie wielki plac do parkowania, zupełnie darmowy :)
W każdym razie z uwagi nie tylko na to, że pojechałem o tej porze roku na targ, na którym miałem zamiar spędzić trochę czasu, ale także na to, że zaczęły się mrozy i nieprzyzwyczajony organizm odczuwa je znacznie boleśniej niż będzie to robił za dwa tygodnie postanowiłem przygotować danie rozgrzewające. Spojrzałem na listę produktów rozgrzewających, na której była soczewica i płatki owsiane, a także takie oczywiste rzeczy jak ostra papryka oraz czosnek i postanowiłem przygotować danie o nazwie denary.
Nazwa wzięła się z ich kształtu, ale dukaty, a zwłaszcza talary już były zarezerwowane, a z uwagi na to, gdzie powszechnie była używana soczewica, tj. w Starożytnym Rzymie, nazwałem je zgodnie z nazwą waluty tam obowiązującej. Dodatkowo soczewica jest również symbolem monet według wielu przesądów.

Składniki:
- soczewica zielona
- płatki owsiane
- czosnek granulowany
- ostra papryka


Wykonanie:
Soczewice gotujemy i odsączamy.. Płatki owsiane zalewamy małą ilością wrzącej wody. Miksujemy razem z przyprawami. Układamy placki na blaszce i wkładamy do piekarnika (180 stopni/20 min)


czwartek, 28 listopada 2019

Kōhīmēkā Ramen - czyli ramen z ekspresu

Ostatnio podczas publicznego wystąpienia w Szczecinie obiecałem, że będzie przepis na ramen z ekspresu do kawy. Miałem trochę problem, bo nie mam takiego przelewowego ekspresu jak w przydrożnych barach na amerykańskich filmach, ale się okazało, że moja mama ma, a tak się złożyło, że ostatnio ją odwiedziłem. 
Na temat historii ramen pisałem więcej tutaj, dlatego nie będę się powtarzał. Dodam tylko jak jeść ramen, zgodnie z radami zawartymi w kultowym filmie dla rameno żerców - Tampopo.
  •  najpierw jemy pałeczkami makaron, wciągamy i siorbiemy patrząc się na miskę
  • jedząc makaron bierzemy pałeczką jakiś kawałek warzywa
  • zapijamy bulionem prosto z miski 3 razy
Żeby zrobić ramen w ekspresie musimy użyć takich składników, które będą smaczne niedogotowane, gdyż warzywa nie będą nam się gotować, a będą raczej zblanszowane.

Składniki:
- makaron instant
- brokuł
- por
- grzyby suszone
- kapusta pekińska

Makaron wkładamy do dzbanka, a warzywa, pokrojone wcześniej, do koszyka na kawę.


Uruchamiamy ekspress i czekamy aż makaron spuchnie.


Mieszamy wszystko razem i podajemy w miseczkach. Mama miała takie specjalne, które co starsi czytelnicy powinni pamiętać sprzed 30 lat :)



niedziela, 24 listopada 2019

Nadmorskie frytki po kenijsku

Z uwagi na uwarunkowania prawne, jak i kulturowe, niedziela stała się takim dniem, w którym można albo zrobić coś na co nie było czasu w ciągu tygodnia, np. zrobić małe prace remontowe, albo odpocząć. Ja nie mam ostatnio nic poważnego do zrobienia, więc zasadniczo odpoczywam. Czasem aktywnie, jadąc na jakąś małą wyprawę, czasem wyjątkowo pasywnie przyjmując do głowy serie obrazów połączonych z dźwiękiem zwane filmami. Względnie aktywno-pasywnie, uprawiając, zgłębiany ostatnio przez federacje sportowe - e-sport.
Każda z tych form wymaga odpowiedniej kuchni. Na temat tego co jem kiedy spędzam czas aktywnie pisałem nie raz i możecie sobie to znaleźć klikając opcję "w podróży" w menu znajdujące się po prawej stronie.
Ten nieaktywny sposób, z uwagi na towarzyszące mu dobrodziejstwa dziesiątej muzy, skupia się na wszelkich formach małych przekąsek. Jedną z bardziej popularnych są frytki. Znalazłem kiedyś informację na temat tego, w jaki sposób przygotowuje się je w Kenii. Często wrzucam przepisy przy okazji moich podróży, ale nie zanosi się żebym kiedykolwiek wyjechał do Kenii, gdyż nie leży ona na liście państw, które mam do zwiedzenia w pierwszej kolejności, a nawet gdy wyczerpię tą listę, to katastrofa klimatyczna będzie już na takim etapie, że raczej Kenia przyjedzie do mnie. Dlatego zrobię wpis przy okazji innej podróży.
Czekałem na ten wpis do momentu, w którym będzie zimno, żeby poczuć się podczas mrozu jak w słonecznej Afryce :) Dodatkowym bodźcem był wyjazd nad polskie morze, gdzie wpasowały się tam idealnie.
Jeden i najważniejszy powód, to to, że zasadniczo nad polskim morzem mamy do czynienia właśnie z taką kuchnią, czyli fast food, a już prawie zupełnie nie regionalną. Ja niespecjalnie lubię spędzać wakacje nad morzem, ale zdarzało mi się być w basenie Morza Śródziemnego i co mi się tam spodobało, to dania regionalne. Regionalne dania spotkałem nawet w Niemczech nad Morzem Północnym, mimo, że ten kraj nie słynie z jakiejś wyszukanej kuchni. Jak to wygląda nad polskim morzem? Słabo. Niektóre małe miejsca próbują kombinować robiąc wyszukane dania ze śledzia, ale zasadniczo mamy do czynienia z głęboko mrożoną rybą, a do wyboru mamy nawet te, które nie żyją w Bałtyku, obtoczoną w ciężkim cieście, smażoną na głębokim oleju, czyli dokładnie to co możemy zjeść niemal w każdej turystycznej miejscowości w kraju. Dlaczego polskie morze to festiwal słabej jakości jedzenia, kiczu i chińskiego plastiku, łącznie z plastikowymi naczyniami? Odpowiedź nie jest prosta. Znacie dylemat naukowy jako czy kura? Tu jest podobnie. Jestem ciekaw, którą opcja do was przemawia. Zasadniczo jest to spowodowane popytem. I teraz:
  • restauratorzy gotują takie dania, jakie życzą sobie turyści, a przyjeżdżają głównie tacy, którzy tęsknią za kebabem ewentualnie schabowym z surówką. Ci bardziej świadomi kulinarnie nie przyjeżdżają nad polskie morze, dlatego nie ma sensu gotować dla kogoś kto i tak tego nie doceni i chce taką kuchnie, do jakiej jest przyzwyczajony.
  • turyści, którzy wybierają inne morza, nie przyjeżdżają właśnie dlatego, że to co widzą nad polskim morzem nie spełnia ich oczekiwań
Ja oczywiście obstaję za jedną z opcji, ale nie będę mówił, którą :)

Oczywiście jest też trochę tak, że są to ziemie odzyskane, a co za tym idzie ludzie żyją tu stosunkowo krótko, dlatego ewentualna kultura kulinarna nie zdążyła się wykształcić, a lata PRL-u wcale nie pomogły.
W każdym razie wybrałem się specjalnie na plaże, która w listopadzie jest prawie pusta, bo nawet słynne parawany nie są w stanie uchronić nikogo przed niską temperaturą. Frytki włożyłem w kieszonkę z folii aluminiowej, abym mógł je zjeść na ciepło. Ciepłe i ostre, idealne na temperaturę bliską 0, z wiatrem znacznie pogarszającym jej odczuwalność. 
Składniki:
- ziemniaki
- cebula
- czosnek
- chilli
- imbir
- curry


Curry chwilę podsmażamy i dodajemy drobno pokrojoną cebulę. Smażymy do miękkości i dodajemy wyciśnięte ząbki czosnku, chilli i imbir. Chwilę smażymy, ale nie za długo, żeby nie spalić dodatków. Dodajemy koncentratu pomidorowego, trochę wody i chwilę dusimy.
Ziemniaki obieramy, kroimy na frytki i smażymy. Mieszamy z przygotowanym wcześniej sosem.

piątek, 15 listopada 2019

Pańszczyźniane całki z kaszą

Dawno, dawno temu w Europie, w tym w Polsce, istniał dość specyficzny system społeczny oparty na hierarchii. Polegało to w skrócie na tym, że jedni mieli więcej praw od innych, co zaowocowało tym, że jedni twierdzili, że drudzy są ich własnością. Kiedy ci drudzy protestowali, pierwsi skutecznie ich do tego przymuszali. Przymuszanie kończyło się często śmiercią, zwłaszcza, że do XVIII wieku zabicie chłopa nie podlegało karze. Oczywiście chłop był użyteczny, więc nie można było przesadzić z zabijaniem, bo nie byłoby komu pracować, niemniej jednak dalej istnieją spory, który system zabił więcej osób, feudalizm, czy coś co było jego naturalną konsekwencją - komunizm, nawet jeśli ten drugi miał większy przyrost ofiar w krótszym czasie.
Są oczywiście tacy, którzy twierdzą, że pańszczyzna nie trwała cały tydzień i w pozostałe dni chłop mógł sobie nieźle dorobić i pewnie jeszcze mógł sobie nazbierać na wakacje w Bułgarii, dlatego tym bardziej dziwi dlaczego od czasu do czasu chłopi się buntowali i np. wieszali na jednej szubienicy szlachcica, plebana, psa i Żyda, uznając ich za jedno i to samo :) Z czego ci dwaj ostatni oberwali przez przypadek. Jestem pewien, że wszyscy orędownicy tej teorii, jak i tych jak dobrze pracowało się dzieciom w XIX wiecznych fabrykach, bo dzięki temu mogły sobie odłożyć pieniądze na Playstation, bardzo chętnie wcieliliby się w taką rolę, żeby sobie dorobić na Passata.
Oczywiście kiedy zniesiono pańszczyznę, część chłopów chciała powrotu tego systemu, ale głównie dlatego, że nie wyobrażali sobie jak można żyć inaczej. To jak z więźniem, który wychodzi po 25 latach więzienia i nie radzi sobie na wolności.
Zobaczmy co o pańszczyźnie mówi moje kulinarne źródło. Źródła to sprawa poważna. Kiedy piszecie publikację naukową, to żeby była uznana, musicie przeprowadzić odpowiednie, uznane przez naukowców badania. Dobrą metoda nie jest analiza ilości wyników w wyszukiwarce internetowej, ale dobrą jest np. analiza materiałów źródłowych, tudzież posiłkowanie się publikacjami osób, które do takich źródeł się odwołują. Kiedy przedstawiacie jakąś tezę, to w dobrym tonie jest się jakimś źródłem podeprzeć, żeby nie wyjść na ignoranta. Niektórym taki poziom bardzo przeszkadza, bo nie mogą przeforsować jakiś niestworzonych historii, ale to tylko argument za tym, żeby trzymać się takiego poziomu. 
Skoro o materiałach źródłowych mowa, to tu chciałbym przytoczyć fragment moich ulubionych zeszytów, z których biorę wiedzę na temat nawyków żywieniowych w XIX wieku - Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej Tom VIII.

W publikacji dotyczącej jednej wsi na Mazowszu możemy przeczytać.
Dawniej jak była pańszczyzna i mieli większą biedę aniżeli teraz, to drobną marchew, pasternak, ćwikłę i rzepę suszyli na zimę. Marchew dzieci gryzły i miały uciechę, ćwikłę kwasili na barszcz, albo tak na ocet napić się, pasternak zaś gotowali na pośnik to jest na wilię, z pęcakiem, a rzepę z kaszą jaglaną. Rzepy suszyli najwięcej nawet umyślnie siali ją na św. Annę na ugorze, żeby mieć drobną do suszenia. Takie suszone rzepki nazywali: całki albo całecki.
Zainspirowało mnie to do stworzenia dania. Zdjęcie z pracy, bo w końcu wpis o pańszczyźnie :)

Składniki:
- kasza jaglana
- rzepa
- zioła, które były wtedy powszechnie używane - lubczyk, koper.


Wykonanie:
Rzepę kroimy w kostkę, wrzucamy wraz z kaszą jaglaną do garnka, a następnie zalewamy wodą. Gotujemy, dolewając ewentualnie wody, jeśli wszystko zostało wchłonięte lub konsystencja nas nie zadowala. Doprawiamy ziołami.

środa, 6 listopada 2019

Purée wyprawowe w Pieninach

Parafrazując, powiedziałbym nawet bardzo mocno parafrazując, jeden ze słynniejszych cytatów Hamleta:
Picie w Szczawnicy, czy szczanie w piwnicy, oto jest pytanie.
Taka idea przyświecała wyjazdowi, tym bardziej, że wyjazd był logistycznym wyzwaniem, gdyż w jednym mieście miały się spotkać różne osoby podróżujące różnymi środkami transportu, w tym samym czasie, w celu kontynuowania podróży samochodem. Mi przypadł pociąg i to było właśnie słabe ogniwo w naszym planie. W zasadzie to sprawa oczywista, ale jako ktoś kto rzadko jeździ pociągami, zupełnie zapomniałem, że jest to powszechne, a mianowicie pierwszy pociąg się ... spóźnił :) Skoro pierwszy się spóźnił to i nie było możliwości zdążyć na drugi. Na szczęście zgodnie z manifestem Agile, udało się zmienić miejsce zbiórki.

Plan był taki:
  • przyjazd do Szczawnicy 
  • noc w schronisku pod Bereśnikiem
  • dojście żółtym szlakiem do Łącka
  • przejazd z Łącka do Krościenka
  • dojście na 3 Korony
  • noc w schronisku
  • zejście do Szczawnicy
Do pierwszego schroniska wchodziliśmy po ciemku, za to z samego rana czekały nas niezłe widoki. Zawsze powtarzałem, ze Tatry dobrze podziwia się z odległości :)


Żółty szlak to typowa beskidzka droga przez las. O tej porze roku usłany pomarańczowymi liśćmi z odrobiną śniegu. Do pierwszego skrzyżowania ludzi brak. Nagle zabrakło oznaczeń. Są za to ścięte drzewa. Prawdopodobnie zostało ścięte to na której był znak :) Efekt wybór nieodpowiedniej drogi. Nic się nie stało, bo wioska w środku niczego, bez zasięgu telefonów, w której są 4 domy też ma swój urok.Niestety takich znaków jak ten, nie było za dużo :)



Jako, że filozofia Agile towarzyszy nam od początku, nie było problemem wybrać nową trasę. Tak pokrętnymi drogami znaleźliśmy się w końcu w Krościenku. Teraz tylko, po ciemku rzecz jasna, dojście do Trzech Koron. No i najważniejsze - patrzeć pod nogi!


Tutaj obiadokolacja. Co prawda jest zimno i rzeczy w plecaku się nie psują tak łatwo, ale trzeba mieć na uwadze, że jednak w schroniskach jest ciepło, o ile nie jest to Chatka Puchatka ;), więc proszki rządzą, przy okazji dbając o bilans składników odżywczych. Tu wjechały orzechy. Jabłka z kolei miały rozbujać ten nudny smak :) Połączenie składników zgodne z kryterium zarówno regionalnym, jak i sezonowym :)

Składniki:
- puree ziemniaczane instant
- orzechy włoskie (w tym roku nie było ich tyle jak rok wcześniej, ale też sporo)
- suszone jabłka pokrojone w kostkę


Do wrzątku wsypujemy puree. Mieszamy, dodajemy orzechy i jabłka i jeszcze raz mieszamy.

Z uwagi na porę roku, a także obecność gór, nie trzeba było wcześnie wstawać, żeby załapać się na wschód słońca.


Jeśli chodzi o widoki, to tutaj już zdecydowanie inaczej. Abstrahując od głównej gwiazdy - Trzy Korony, uważanej przez niektórych turystów za najwyższy szczyt Pienin


to są tam bardzo ładne trasy, co niestety, jak i to, że w ich okolice można podjechać samochodem jest ich wadą, jeśli wiecie o czym mówię ;)





Orzechowe love


Owoce jesieni

Owoce jesieni