czwartek, 27 lipca 2017

Bigos orientalny z boczniakami czyli rzecz o tańszych zamiennikach

Kolejna odsłona przepisu z boczniakami, którymi się chwaliłem niedawno, przy okazji tego jak pięknie mi obrodziły.
Ten bigos to hit tego roku ze względu na strukturę pekińskiej kapusty, która jest tak miękka, że imituje młodą kapustę. która jest tylko w sezonie i bywa droga. Oczywiście to tylko zamiennik nie oryginał więc tylko imituje. To dalej nie będzie smakowało jak nasza rodzima (o ile możemy tak nazwać) kapusta. Tak jak głąb tej kapusty imituje pędy bambusa (stary numer w "chińskich" barach). 

Jeśli chodzi o zamienniki, to mamy w tej kwestii bogate tradycje z czasów kiedy niektórych produktów żywnościowych brakowało, a niestety wiedzieliśmy o ich istnieniu. W tych czasach gospodynie domowe wykazywały się nie lada fantazją, że o szefach kuchni nie wspomnę.

To nie jedyny hit ostatniego czasu jeśli chodzi o orientalne zamienniki. Ostatnio bardzo popularne stały się chińskie giełdy, na których można kupić prawie wszystko. Dzięki globalizacji rozsypał się plan, w myśl którego danie ludziom pieniędzy spowoduje większą konsumpcję, a co za tym idzie napędzi gospodarkę. Tak by było gdyby pieniądze wydawane były na miejscu, nawet jeśli na alkohol :)
Jeśli chodzi o same zakupy to ostudzę nieco ten entuzjazm. Wiem, że ogrom gadżetów spory, aż w oczach się mieni i wszystko chcemy mieć. Głównym problemem jest brak ochrony. Oczywiście istnieje ona w wersji podstawowej tj. kupujący otrzymuje zapłatę dopiero kiedy otrzymamy towar, jednakże sprzedawca  nie dostanie pieniędzy tylko wtedy, kiedy ewidentnie dostaniemy nie to co zamawialiśmy. Jeśli np. dostaniemy koszulkę zrobioną z plastiku, ale na metce będzie napisane, że jest z bawełny, w praktyce będzie to potraktowane tak, jakby było z bawełny :) Czasem sprzedawca mówi, żeby mu towar odesłać, ale wartość przesyłki jest wyższa niż sam towar, więc odpuszczamy. Możemy mu wystawić negatywa, ale to nie jest dla niego problem, bo takiego sklepu i tak nie będzie za tydzień :) Względnie bezpieczne są te, które mają dużo opinii.
Jeśli chodzi o podróbki, to o zasadności ich kupowania niech każdy zadecyduje już sam, natomiast są rzeczy które warto kupić. Na pewno jest takich sporo, ale z mojego doświadczenia wynika, że są to małe narzędzia, mała elektronika i to co każdy kucharz lubi najbardziej czyli przybory kuchenne. Do legendy przeszły już noże z japońskiej stali VG10 sprzedawane między innymi przez znaną szwedzką sieć handlową. Niestety już wycofane, bo cena była na poziomie całego zestawu "noży kuchennych", przez co nie cieszyły się zainteresowaniem gawiedzi. Cudzysłów nie jest tu przypadkowy.
Plus jest taki, że wychodzi bardzo tanio, bo koszt przesyłki jest darmowy. Minus i to ogromny, że dostarczane jest przez Pocztę Polską, skostniałą instytucję o baaaardzo ograniczonej odpowiedzialności, z usług której staram się już nie korzystać w ogóle.

Składniki:
- kapusta pekińska
- boczniaki
- przyprawa 5 smaków
- koncentrat pomidorowy



Wykonanie:
Boczniaki kroimy w kostkę i podsmażamy. Kapustę również kroimy, dodajemy do boczniaków i dusimy. Doprawiamy do smaku i dodajemy trochę koncentratu pomidorowego.

Kapusta pekińska jest bardziej delikatna niż ta nasza. Jeśli zostaną Wam resztki nie dawajcie jej chomikowi, bo może się to dla niego źle skończyć. Mojemu rozsadziło jelita i to dosłownie.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Bieszczady - wyprawowe jedzenie - peas pudding i kaszotto

Plan był ciekawy, wyruszyć z Ustrzyk w godzinach porannych, dojść na Halicz, stamtąd z górki do Bukowca i przespać się pod wiatą. Potem powrót wzdłuż granicy i znów wiata. Tyle teorii. Jak to zwykle w życiu bywa, nie wszystko poszło tak jak planowaliśmy. Zwłaszcza, jak się opiera na niewiarygodnych źródłach, ale po kolei.

Pierwszą noc w Ustrzykach, oczywiście Górnych, spędziliśmy w Białym Hoteliku. To takie baaardzo klimatowe, przypominające schronisko miejsce, które ma wszystko czego trzeba, łącznie z przemiłą właścicielką :) No i tuż przy szlaku czerwonym. Wzięliśmy nasze wielkie plecaki ze wszystkim, czego będziemy potrzebowali na 3 dni i w drogę. Lekko nie było, ale trasa obliczona była na 6-8 godzin i tyle było do wytrzymania z takim balastem.
Pogoda dopisywała więc widoki przednie. Dla takich warto się męczyć.


Odbiliśmy trochę, aby zdobyć Tarnicę, czyli najwyższy szczyt polskich Bieszczad. Gdzie obskoczyły nas małe motyle :)


Kolejny punkt Halicz czyli gdzieś tam.


Po drodze przystanek na skałce i widok na Tarnicę, z której zeszliśmy.


Po drodze jeszcze trochę lokalnej zwierzyny :)


Na Haliczu przerwa na chałwę i idziemy szukać naszej ścieżki. Ta ścieżka jest na mapach google, a co najważniejsze była na mojej mapie analogowej, tylko w terenie jej nie było. Nie było też drugiej, ani trzeciej. Pomimo kluczenia i zawracania. Gratuluję wydawnictwu Expressmap tak wspaniałych kartografów, którzy sobie wysysają dane z palca. Jeszcze bardziej będę im gratulował jak dowiem się o jakimś zgonie z tego powodu. Chyba, że jest to element skomplikowanej strategii obronnej kraju, jak to powiedziała nasza kolejna gospodyni -  Mapy są dla szpiegów. 

Żebyśmy wiedzieli, że przyjdzie nam zrobić trasę turystyczną, to jak wielu turystów na szlaku, byśmy się modnie ubrali i zabrali małe plecaki, także wkurzeni opracowaliśmy plan B. Tym planem było Wołosate i schronisko, a Bukowiec będzie następnego dnia. Był jeszcze jeden problem. Balast na plecach po 10 h marszu (doliczając nieudane próby znalezienia ścieżki) zaczynał być odczuwalny, więc zdecydowaliśmy przynajmniej się najeść. Znaleźliśmy dobre miejsce, blisko strumienia i tam postanowiliśmy przygotować posiłek. U mnie było to kaszotto jaglane. Idea była taka, żeby nie trzeba było długo gotować, a najlepiej w ogóle :)

Składniki:
- płatki kaszy jaglanej
- suszone pieczarki
- suszona włoszczyzna
- wysuszony groszek konserwowy (opcjonalnie)


Wykonanie:
Wszystko mieszamy i zalewamy wrzącą wodą. Jeśli chcemy dodać groszku to musimy wcześniej dodać go do wody, żeby zdążył nabrać wody. Samo zalanie go wodą nie wystarczy, aby napęczniał. Groszek możemy sobie wysuszyć wcześniej w piekarniku, lub specjalnym do tego celu urządzeniu.


Myśleliście, że nieistniejące ścieżki to koniec niespodzianek? Na mapie było również nieistniejące schronisko. Na szczęście przygarnęła nas miejscowa pani, która skutecznie zgasiłaby zapał każdego, kto chciałby się tam przeprowadzić. Rano, dzięki temu, że jak to powiedziała  - dzień wcześniej wypiła sobie piwko - pojechaliśmy z nią do sklepu jej samochodem, dzięki czemu mogliśmy sprowadzić nasz środek transportu bez konieczności straty czasu na marsz z Wołosatego do Ustrzyk. Tym bardziej, ze marsz po asfalcie to żadna atrakcja.

Nadszedł czas na właściwy cel naszego wypadu. Chyba najmniej uczęszczany szlak do źródeł Sanu. Dokładnie to czego szukam w górach - spokój :) A jeśli już ktoś ma go zakłócić to ewentualnie naturalni mieszkańcy :)


Bukowiec to taka wioska która najpierw została całkowicie wysiedlona, a potem zrównana z ziemią za pomocą materiałów wybuchowych. Zostały tylko drobne ślady. Połowa krzyża, reszta pewnie na złomie.


Jedyne co tak naprawdę zostało to cmentarz i ruiny cerkwi, wraz z chrzcielnicą.


Szlak jest naprawdę dziki i mało uczęszczany, ale bardzo malowniczy. Wiadomo, że każdy mostek poprawia atrakcyjność szlaku :)


Po drodze spotkaliśmy sporo czarnych (tak, on jest czarny tylko teraz złożył skrzydła :)) motyli Apatura iris , które upodobały sobie moje spodnie. napotkane w zimie, według góralskich legend zwiastowałyby zgon. Skojarzenie ze śmiercią nie jest przypadkowe. Oprócz żałobnych barw, które przybiera, motyl ten żywi się substancjami powstającymi na zgniłych organizmach.
Jako, że było lato, zgon nastąpił, ale odwracalny :)


Następne w kolejności - Sianki. Kiedyś był to wielki ośrodek sportów zimowych, łącznie z torem saneczkowym i skocznią narciarską, a teraz ... no cóż, już nie jest, delikatnie mówiąc. Tu ruiny dworu Stroińskich z zasypanym wejściem do piwnicy, co by nikt nie wchodził.


No i grobowiec hrabiostwa. Tak przy okazji. Wiecie, że w Polsce nie było takich tytułów? (tak wiem, że przewodniczącym ZSP jest hrabia, ale to też dla mnie kuriozalne ) Kto i za co nadał to tej rodzinie pozostawiam do spekulacji :)


W końcu źródło. Jest i ono. 


W drodze powrotnej spotkaliśmy straż graniczną, która za pomocą przyjacielskiej pogawędki, sprawdziła czy wszyscy mówimy po polsku. Widoki też niczego sobie.


I kolejna noc w Białym Hoteliku. Tym razem na obiad peas pudding.

Składniki:
- groch łuskany
- papryka wędzona


Wykonanie:
Groch moczymy i gotujemy. Suszymy np. w piekarniku i mielimy na pył. Dodajemy wędzonej papryki i innych ulubionych przypraw. Możemy to zabrać ze sobą wszędzie Kiedy potrzebujemy, zalewamy tylko wrzącą wodą.

Wieczorem relaks przy lokalnych trunkach. Tak oto czarny motyl przepowiedział przyszłość. Nie moją na szczęście :)


W drodze powrotnej jeszcze Sanok i wystawa poświęcona Beksińskiemu, o którym większość osób usłyszało najpierw przy okazji jego śmierci, a cała reszta przy okazji ubiegłorocznego filmu. Oto jego mądrości kulinarne, które wisiały w zrekonstruowanej pracowni.

A także "wagina pośród chmur" czyli słynny pomnik czynu rewolucyjnego w Rzeszowie. Nie wiem o jaką rewolucję chodzi, ale jak na niego patrzę to myślę, że seksualną :)


Reasumując. Jako, że Bieszczady sa specyficzne to i turystów jest coraz mniej, bo młodzież woli spędzać czas na smartfonach, a nie w dzikim terenie, a jak już jada w góry, to żeby było tam wi-fi, to wygrywa ekonomia i z bazami noclegowymi coraz gorzej. Łatwych asfaltowych szlaków gdzie można zaprezentować swój drogi sprzęt jak na wybiegu (vide -Morskie Oko) tez nie ma, wiec wszyscy zainteresowani takim czymś już odpadają. Miejsc na nowobogackie rozrywki (czytaj narciarstwo) brakuje, także poza sezonem ruch mniejszy. Z drugiej strony też nikt nic nie robi żeby  turystów było coraz więcej. Często można było spotkać rodziców, którzy chcieliby zarazić swoje dzieci zajawką na Bieszczady, ale co z tego skoro schroniska zlikwidowane. Dobrze, że są ładniejsze wiaty, tylko szkoda że jest na nich zakaz przebywania po zmroku. Nie wiem jak się to ma do ich funkcji ochronnej. Ogólnie panuje tam swoisty dualizm, bo z jednej strony nie chcemy turystów włóczykijów, bo nie zostawiają dutków, a z drugiej strony nie ma infrastruktury dla tych dutkowych. Na szczęście jest jeszcze sporo miejsc dzikich, które znam (np. Łupków) i do takich pewnie wybiorę się następnym razem, ale najpierw niech się lato skończy, bo góry latem to nie dla mnie. Teraz był wyjątek, żeby się lepiej na dworze spało :) Natomiast, ze względu na ilość przeróżnej zwierzyny, którą spotkałem, duży plus.

wtorek, 11 lipca 2017

Tarta z boczniaków podgrzana w samochodzie

W związku z tym, że zebrałem całkiem pokaźne zbiory boczniaków w tym roku, dam Wam tutaj kilka przepisów z wykorzystaniem , oto pierwszy z nich. Tarty to takie francuskie wynalazki, których korzenie sięgają XV wieku i był to w tym czasie szczyt finezji jeśli chodzi o tamtejsza kuchnię. Do tego momentu w zasadzie tylko piekło się tam wielkie kawałki mięsa natarte ziołami, ale przyjechała Włoszka - Kaśka Medycejska i zrobiła tam wielką awanturę o jedzenie. Oprócz tego, że wprowadziła tam całkiem sporo nowych składników, to zaczęła zmieniać zwyczaje kulinarne, czego efektem był sposób podawania mięsa. Od teraz podawali również pokrojone i zapieczone w cieście. Z czasem powstawały różne wersje tego dania, nie tylko bazujące na cieście drożdżowym, ale i kruchym oraz francuskim. Rozwinęły się również nadzienia. Z czasem zaczęły być nawet słodkie. 
Postanowiłem przygotować najprostszą formę czyli na cieście francuskim. Najprostszą pod warunkiem, że ciasto kupicie gotowe, a nie będziecie robić go samemu, co przy tych cenach i dostępności jest bardzo dobrym rozwiązaniem. 
Abstrahując od tego, że tarty, generalnie, są spoko, to jeszcze idealnie sprawdzają się w podróży, ze względu na zwartą konstrukcję. Ostatnio miałem taką sytuację, że musiałem gdzieś wyjechać i potrzebowałem coś zjeść na miejscu, a dostęp do ciepłych posiłków miałem ograniczony. Postanowiłem wziąć ze sobą porządny kawałek, upieczonej wcześniej, tarty, którą podgrzałem za pomocą źródła energii odnawialnej jaką jest słońce. Zrobiłem to starym sposobem, za pomocą którego ludzie czasem próbują upiec psy, rzadziej dzieci, czyli zostawiłem za szybą w samochodzie na dobrze nasłonecznionym parkingu. Po dwóch godzinach, czyli akurat wtedy , kiedy jej potrzebowałem, była gorąca. Natomiast godzina też by wystarczyła.

Składniki:
- boczniaki
- cebula
- kwaśne jabłka
- majeranek
- mąka
- ciasto francuskie



Wykonanie:
Boczniaki kroimy w kostkę. Jabłka obieramy i kroimy na podobne kawałki. Cebulę też obieramy, ale idealnie, przynajmniej dla mnie, będą tu półplatserki. Wszystko razem podsmażamy i dodajemy majeranku. Dosypujemy mąki, zasmażamy i dolewamy trochę wody, zeby wszystko było gęste, ale spójne. Tzn żeby nam się raczej lało, a nie sypało :)
Ciasto układamy w foremce. Przysypujemy, suchymi ziarnami fasoli, żwirem , czy czego tam używamy, aby podczas pieczenia nie napuchło za mocno. Pieczemy od 10 do 15 minut w temperaturze 200 stopni Celsjusza. Jak się ładnie zarumieni, Zdejmujemy obciążenie, nakładamy farsz, zmienijszamy temperaturę do ok 170 stopni i wkłądamy na kolejne 15 minut. Zimna też jest spoko :)

środa, 5 lipca 2017

Tunnbrödsrulle

Ostatnio przy okazji rankingu na najciekawsze uliczne dania, wśród których jest też grillowany oscypek, dowiedziałem się o istnieniu bardzo ciekawego szwedzkiego dania jakim jest Tunnbrödsrulle. To taki jakby hot-dog, ale w tradycyjnym wydaniu, bo z jednej strony podany w konfiguracji, do której w tej części świata jesteśmy przyzwyczajeni czyli ziemniaki plus warzywa, ewentualnie inne dodatki, a po drugie Tunnbröd, płaski chleb, używany do tego dania, to jedna z najstarszych form pożywienia. Znana zresztą na całym świecie. Szwedzi są w ogóle bardzo tradycyjni, czego przykładem jest jedno z najważniejszych dla nich świąt - Midsommar, czyli pogańska tradycja, która nie poddała się wpływom religii nowożytnych. Obchodzone jest w najbliższy najdłuższej nocy w roku weekend.

Na przygotowanie tego dania złożyło się kilka czynników:
  • sam pomysł jest bardzo ciekawy
  • jest środek sezonu grillowego
  • jak widać na załączonym obrazku, na działce urosła sałata

  • jest to dobry sposób na wykorzystanie ziemniaków, które pozostały z obiadu
  • ze względu na małą popularność tych języków w Polsce, skandynawskie dania mają bardzo egzotyczne nazwy (Swoją drogą, ostatnio, podczas imprezy, dowiedziałem się od Szwedów, że całkiem dobrze to wymawiam. Znacznie lepiej niż oni Grzegorz Brzęczyszczykiewicz :) )


Jedyne co musimy wcześniej przygotować, to placki. Ja zrobiłem mocno przysmażone naleśniki, a właściwie przypieczone, bo zasadniczo smażenie odbywa się na tłuszczu, a na mojej patelni takowego nie było :)

składniki:
- jakieś parówki
- mąka
- woda
- ugotowane ziemniaki
- musztarda
- ketchup
- cebula
- sałata



Wykonanie:
Z mąki i wody robimy ciasto naleśnikowe, z którego następnie smażymy cienkie duże placki. Ważne żeby były mocno przysmażone.
Ziemniaki ugniatamy z małą ilością wody i musztardy.
Cebulę i parówki przypiekamy na grillu.
Do środka naleśnika kładziemy najpierw pogniecione ziemniaki, na to parówki oraz cebulę,  przyozdabiamy pokrojoną sałatą i polewamy ketchupem. Zwijamy w rulon i możemy zawinąć dół w folię aluminiową żeby nam się nie rozpadło. A nawet jest to wskazane :)


Skandynawskie lato 2017
Skandynawskie lato 2017


piątek, 30 czerwca 2017

Grill inaczej czyli danie preriowe

W dzieciństwie oglądałem dużo westernów. Scenariusze były różne, ale często pojawiał się schemat, w którym za pomocą jednego lub większej ilości super wyszkolonych bohaterów dobro zwycięża. Miałem przez to nieco zaburzony obraz rzeczywistości. Teraz jestem starszy i wiem, że rzeczywistość bardziej przypomina tą z filmu Brimstone niż z Siedmiu wspaniałych. W każdym razie nieodłącznym elementem wielu filmów, był posiłek w terenie. W odróżnieniu od tych w miastach, gdzie podstawą była whiskey, potrawy w plenerze zazwyczaj opierały się na fasoli popijanej kubkiem kawy. O kawie był nawet cały odcinek serialu Lucky Luke. W odróżnieniu do samej postaci Lucky Luka, fasola wydaje się akurat być bardzo prawdopodobna, gdyż na terenie obu Ameryk występuje naturalnie.
Co prawda idea angielskiego śniadania istnieje od średniowiecza, kiedy zwyczajowo jedzono tam dwa posiłki dziennie (oczywiście nie na dworach :) ), rano i wieczorem, przez co śniadania musiały być bardziej treściwe, to sama fasola chyba przywędrowała później. Nie dlatego, że wcześniej w Europie jej nie znano, bo czasem trafiała tu z Bliskiego Wschodu, ale dlatego, że po zorganizowaniu połączeń handlowych między starym na nowym światem, stała się bardziej popularna.
Potrawa, którą zaprezentuję to kuchnia fusion, która łączy styl brytyjski i amerykański. Jako, że Ameryka jest wypadkową Wielkiej Brytanii, tak i to danie będzie miało wiele cech wspólnych. o prawda legenda Muhlenberga ma na ten temat inne zdanie, ale to nie pierwsza legenda, w którą się fajnie ludziom  wierzy, tak jak te ze wspomnianych wcześniej westernów.
W każdym razie chciałem pokazać nieco inne zastosowanie grilla niż tylko położenie czegoś na ruszt.
Z racji tego, że kawiarka ma aluminiowe dno, które szybko się nagrzewa, spokojnie możecie przyrządzić nawet kawę.
To przepis konkursowy więc użyłem fasoli określonej marki, gdzie agronomowie Bonduelle selekcjonują ziarna do siewu oraz pomagają rolnikom wybrać właściwy czas siewu, właściwy sposób pielęgnacji oraz właściwy czas zbiorów. Agronomowie tak dobierają ten czas, aby warzywa były odpowiednio dojrzałe, ale nie przejrzałe.

Składniki
- puszka fasolki po brytońsku
- chleb tostowy
- kawa



Wykonanie:
Fasolę otwieramy lekko i umieszczamy pomiędzy rozgrzanymi węglami. I czekamy, aż ma, się mocno podgrzeje.
Kawiarkę z kawą umieszczamy na ruszcie tak aby plastikowa rączka nie znajdowała się nad źródłem ciepła.
Chleb tostowy kładziemy na kratce i przypiekamy z obu stron. Tylko trzeba go dobrze pilnować, bo szybko się przypala.



Bonduelle - od 25 lat z Wami

czwartek, 22 czerwca 2017

Nie marnuj jedzenia, czyli śmieciowe jedzenie koło wysypiska

Filmik nakręcony na okoliczność mojego wykładu o foodsharingu, który odbędzie się dziś o 17:30 w gliwickiej księgarni Mercurius.
Razem z prostym przepisem, rzecz jasna.




piątek, 16 czerwca 2017

Penne al pesto (z pokrzywy)

Jak już ostatnio pisałem, od czasu do czasu, jak niemal każdy mieszkaniec większego miasta, odwiedzam markety. Tam oprócz odczuć negatywnych, o których pisałem już ostatnio, które spotykają mnie w okolicy półek z napisem "PRZECENA" trafiają mi się również inspiracje. Ostatnio pisałem o tym jak zostałem zainspirowany do stworzenia greckiego dania Arakas Latheros, a tym razem opiszę jak przechadzając się pomiędzy lodówkami z gotowymi daniami do odgrzania wpadłem na kolejny pomysł. 
Znalazłem makaron z pesto. Cena - znacznie przekraczająca faktyczną wartość. Tym bardziej, że składniki na pesto możecie zebrać sobie sami. 
O właściwościach pokrzywy oraz jej przydatności do użycia w kuchni słyszał pewnie każdy z Was, w mniejszym, bądź większym stopniu. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie trafiła na łamy mojego bloga. Zdarzyło się to dzięki temu, że spotkałem podobne danie w markecie po wygórowanej cenie, oraz dlatego, ze kolega z treningów, powiedział, że ma nadmiar pokrzyw na treningu.
Postanowiłem przygotować danie o ładnie brzmiącej nazwie penne al pesto. Nie mylić z pene, bo to drugie to narząd rozrodczy osobnika płci męskiej.

Składniki:
- makaron penne
- pokrzywy
- olej



Wykonanie:
Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu.
Pokrzywę parzymy wrzątkiem, miksujemy z olejem, a po wszystkim mieszamy z makaronem.

środa, 7 czerwca 2017

Arakas Latheros

Od czasu do czasu, a nawet przerwy między tymi czasami są mniejsze, zważywszy na fakt, że mam takowy koło miejsca pracy, odwiedzam duże markety. Tam czasem dostaję inspirację niczym znany z filmów detektywistycznych cios w podstawę czaszki. Zazwyczaj spływa na mnie w okolicy miejsca, w którym wyłożone są artykuły o zbliżającym się końcu zdatności do spożycia. To znaczy zaraz po tym jak przejdzie mi złość. Oj, a jest na co się złościć. jest tylko jedna grupa ludzi, która irytuje mnie bardziej niż ci, zazwyczaj podeszłego wieku, którzy zastawiają wózkiem całą półkę i rozpychają się łokciami. Są to ci, którzy podnoszą towary do wglądu a następnie ODRZUCAJĄ (sic!) je na półkę, tak aby następny w kolejce otrzymał już towar gorszej jakości.

W przypadku tych pierwszych pozostaje mi tylko solidaryzować się z młodym Beksińskim (przy czym nie we wszystkich kwestiach:) ), a tym drugim szczerze życzę, aby wielka Godzilla kiedyś podniosła takiego, wzgardziła i równie energicznie odrzuciła na swoje miejsce.

Niemniej jednak, od czasu do czasu, przy czym tu odcinki czasowe są dłuższe, inspirują mnie rzeczy z górnej półki. Przedstawię Wam teraz pierwszy z nich (za tydzień będzie drugi).

Arakas Latheros, bo o nim mowa znalazłem na półce z towarami bardzo luksusowymi. Pochodzi z Grecji. Historycy do tej pory się sprzeczają czy to tam, czy może na bliskim wschodzie leżą fundamenty europejskiej kultury :) Mała puszka tego dania kosztowała ponad 10 zł. Także każdy z Was może sobie, dzięki mnie, podarować teraz odrobinę luksusu. Nie dziękujcie :)

Przy okazji, że to wpis konkursowy, to mała ciekawostka. Jak podaje na stronie konkursu producent:
Warzywa są dokładnie nadzorowane przez agronomów, od nasiona po gotowy produkt.
Co pozwala mieć nadzieję, że ten groszek nie był barwiony :)



Składniki:
- cebula
- ziemniaki
- marchewka
- groszek konserwowy - użyłem Bonduelle, bo to wpis konkursowy
- koncentrat pomidorowy


Wykonanie:
Ziemniaki, marchewkę i cebulę obieramy. Cebulę kroimy w półplasterki i wrzucamy na rozgrzany olej. Dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki i pokrojoną w plasterki marchewkę. Dolewamy trochę wody i dusimy pod przykryciem na małym ogniu. Dosypujemy groszku, dolewamy koncentratu i jeszcze chwilę dusimy.


Bonduelle - od 25 lat z Wami


wtorek, 30 maja 2017

Obsypunki z grilla

O tym jak to miasto Konin zmarnowało swoją szansę na to, żeby być jednym z bardziej znanych polskich miast, nie wykorzystując faktu, że historia znanej i lubianej prezerwatywy, pisałem już w poprzednim poście. Pozostaje mieć nadzieję, że wykorzysta kiedyś szansę daną mu od losu.
O kulinarnych zastosowaniach prezerwatyw również pisałem dawno temu, przy okazji wyzwania, które przede mną wtedy postawiono. 

W każdym razie powiat koniński to nie tylko Konin, i tak w jego bezpośredniej okolicy znajdują się również inspirujące miejsca o dużym znaczeniu kulinarnym. Oprócz polskiej stolicy marketingowego power play - Lichenia, która mnie osobiście nie inspiruje kulinarnie do niczego, są jeszcze dwa miasteczka jak Ślesin i Skulsk. Wykształciły swoją odmianę kuchni, która nazwę wzięła od Ochweśników, czyli handlarzy dewocjonaliami. Niemal tak wytrawnymi jak słynny Sanderus z powieści Henryka Sienkiewicza - Krzyżacy, który sprzedawał takie rzeczy jak: "kopyto osiołka, na którym odbyła się ucieczka do Egiptu, które znalezione było koło piramid [...]pióro ze skrzydeł archanioła Gabriela, które podczas Zwiastowania uronił", a nawet "olej, w którym poganie św. Jana chcieli usmażyć — i szczebel z drabiny, o której się śniło Jakubowi — i łzy Marii Egipcjanki, i nieco rdzy z kluczów św. Piotra…"

Skulsk był wtedy tak wielkim ośrodkiem produkcji świętych obrazów jak teraz okolice Szczecina są największym ośrodkiem produkcji imitacji niemieckich pamiątek z czasów II wojny światowej. Ochweśnicy byli dość specyficznym środowiskiem, delikatnie mówiąc, z wykształcona własną gwarą będącą mieszanką rosyjskiego, niemieckiego, czeskiego, polskiego i jidisz, a której część słów przedostała się później do grypsery. Oprócz tego zajmowali się też sprzedażą "lekarstw".

Kuchnia też była odpowiednia dla tej grupy czyli, tanio, prosto i wysokokalorycznie. Część elementów tej kuchni już kiedyś robiłem pod innymi nazwami, ale ten bardzo mi się spodobał. No i idealne na grilla.
Oczywiście w formie flaka możemy użyć wielu rzeczy, ale folia spożywcza jest najtańsza i najprostsza w obsłudze. Tylko piec w niej nie możemy :)

Składniki:
- ziemniaki
- cebula
- majeranek
- mąka (opcjonalnie)
- kasza gryczana (opcjonalnie)
- folia spożywcza



Wykonanie:
Ziemniaki trzemy na miazgę i odsączamy sok. Dodajemy trochę pokrojonej w drobną kostkę i podsmażonej cebuli. Możemy dodać trochę mąki, ale zasadniczo trzyma się to dzięki skrobi. Możemy dodać trochę ugotowanej kaszy gryczanej, żeby było ciekawsze w smaku. Na koniec zasypujemy słuszną ilością majeranku i dobrze mieszamy.
Rozwijamy folię, nakładamy 3 łyżki masy i zawijamy tak dobrze jak byśmy owijali Laurę Palmer lub Medeleine Ferguson, z ostatnio modnego serialu Twin Peaks. Całość wrzucamy do wrzątku i gotujemy godzinę. Na drugi dzień rozwijamy i kładziemy ruszt grilla. Idealne z ogórkiem kiszonym i oczywiście bułką POZNAŃSKĄ :)


poniedziałek, 22 maja 2017

Weekend z kulturą brazylisjką czyli zawody, Bolo de milho i Acaraje

W miniony weekend wybrałem się do Konina. Powodów było kilka. Swego czasu bardzo dużo podróżowałem po Polsce. Byłem w bardzo wielu miejscach, ale z jakiegoś powodu, w Koninie nigdy nie byłem. Najważniejszym jednak powodem, niczym w słynnej anegdotce z Napoleonem i armatami był Puchar Polski w Brazylijskim Jiu-Jitsu. Jedna z największych tego typu imprez w kraju.

Z moim jiu jitsu to jest tak, że pewnego pięknego dnia wymyśliłem sobie, że warto uprawiać jakiś sport. Teraz mała dygresja, która wiele wyjaśni. Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej mieliśmy lekcje WF-u. W praktyce wyglądały one tak, że zmęczony życiem i zapijający swoje smutki w alkoholu wuefista w myśl zasady, zarobić, ale się nie narobić, zazwyczaj wpuszczał nas na szkolne boisko, rzucał między nas piłkę i kazał się zajmować samymi sobie. Nie ukrywam, że nie byłem na tych lekcjach zbyt aktywny, dlatego, że bieganie za workiem nigdy mnie nie interesowało i to delikatnie mówiąc. Cieszył mnie fakt, że obecnie podczas treningów spotykam uznanych sportowców, którzy mieli tak samo :) Kiedy Ministerstwo Edukacji, po którejś tam olimpiadzie wymyśliło sobie, że dostaniemy więcej lekcji WF, aby w przyszłości mieć lepsze wyniki sportowe, to dostaliśmy 3 godziny dodatkowo biegania za workiem. Od czasu do czasu, z racji programu, były organizowane inne zajęcia połączone ze sprawdzianami. Tu kolejna dygresja. Mieliśmy kolegę. Był nieco inaczej zbudowany od nas, a co za tym idzie, niekoniecznie nadawał się do wszystkich sportów. Może najlepiej z klasy pchałby kulą, może podnosił sztangę, a może dobrze by walczył w sumo. Tego się jednak nie dowiemy. Dlaczego? bo ograniczony nauczyciel wolał go puścić ze wszystkimi w bieg na 2 km, w którym przybiegł ostatni, po to, żeby wszyscy się z niego śmiali. Przy inicjatywie samego nauczyciela, rzecz jasna. 
Do czego zmierzam. Aktywność fizyczna jest bardzo ważna, a przekrój sportów, obecnie ogromny. Niech każdy znajdzie coś dla siebie. Nie muszą to być formy rywalizacji. Mogą to być górskie spacery lub jazda na rowerze. Nie trzeba być w tym zaraz najlepszym (choć tak by było idealnie :) ). Grunt, żeby być w tym konsekwentnym i bardzo to lubić. Ja akurat sobie wymyśliłem turystykę górską i sporty walki. Początkowo był to boks tajski, ale ze względu na kontuzję miednicy, musiałem z niego zrezygnować. Na ten moment moja aktywność w tym sporcie to licencja do sędziowania walk. Potem padło na BJJ i bardzo sobie chwale taką aktywność fizyczną, a nie inną :)
Dalej nie lubię biegać za workiem, tej czy innej wielkości :)

W każdym razie do rzeczy. Zamelinowaliśmy się w bardzo fajnym schronisku młodzieżowym, z którego widać było jedną z atrakcji tego miasta czyli tzw. "Titanic".


Rano pojechałem zobaczyć słynne zielnik ( w formie malowideł ściennych) Jana Zamełki, który pochodził z tych okolic, oraz ufundował pierwszą w Polsce katedrę anatomii i botaniki lekarskiej. Tyle, że nie tutaj, ale w Krakowie :)


Choć tak właściwie Konin jest znany głównie z dwóch rzeczy. Najstarszego znaku drogowego w Polsce z XII wieku oraz tego, że urodził się tam wynalazca lateksowej prezerwatywy Julius Fromm. Dziwię się, że miasto nie poszło w tą stronę. Bardzo ubolewam, że nie mogłem kupić żadnej pamiątki z tym związanej. Oczywiście chodzi mi o dedykowane pamiątki, a nie paczka "gum" w aptece. Jestem pewien, że nie ja jeden. Myślę, że dla tego miasta byłby to strzał w dziesiątkę, a póki co to kolejna, choć jeszcze nie zmarnowana szansa. Święto prezerwatywy - to by było coś !


Co do samych zawodów. Tym razem poszło mi znacznie gorzej niż poprzednio, dlatego moja stała gadka o każdym kto startuje jako zwycięzcy będzie mniej wiarygodna, ale na to przekładają się statystyki w postaci stosunku startujących do startujących. Jest to naprawdę ogromne przedsięwzięcie logistyczne, bo trzeba sobie wszystko poorganizować, fizyczne, bo trzeba włożyć wysiłek w treningi, a niejednokrotnie w zbijanie wagi, psychiczne, żeby sobie z tym wszystkim poradzić, a potem jeszcze wyjść do walki na środku sali, gdzie oczy znajomych lub nieznajomych skierowane są na was, że o obawą nie wspomnę. Także jak jak poradziliście sobie z tym wszystkim to już jesteście zwycięzcami. Potem trzeba tylko zwyciężyć drugi raz :)

Bolo de milho

Z tej okazji przygotowałem dla całej ekipy brazylijskie ciasto Bolo de milho. Kuchnia z tego regionu nie jest zbyt wyszukana, bo to pozostałości portugalskie z silnymi wpływami prostej kuchni indiańskiej i niewolniczej. 

Składniki:
(na prostokątną blachę)
- 3 puszki kukurydzy
- 3 szklanki mąki kukurydzianej
- 2 szklanki cukru
- szklanka oleju
- 3 szklanki wody
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżki octu

Tylko nie pytajcie jak mi się udało namówić słynnych celebrytów do tego żeby zaprezentowali moje ciasto :)


W każdym razie na zdjęciu Paweł Bańczyk- zdobywca dwóch złotych medali (w swojej kategorii oraz open czyli tam gdzie bije się każdy z każdym) oraz jego partnerka (celebryci nie mają dziewczyn ani konkubin, tylko partnerki życiowe :) ) Sonia, zresztą też utytułowana :)

Wykonanie:
Kukurydzę odsączamy i miksujemy. Dodajemy mąkę, wodę, olej oraz cukier i dobrze mieszamy. Na koniec dodajemy ocet, mieszamy i dodajemy proszek do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do około 180 stopni i po godzinie możemy sprawdzić patyczkiem czy jest gotowe. Pamiętajcie, że to nie biszkopt. Ono wyjdzie bardzo zbite.

Acarajé

Na drugi dzień wypadałoby się zregenerować po wysiłku. Wybór padł na bardzo ciekawe brazylijskie danie Acaraje. Nieprzypadkowo. Jest to danie pochodzące z zachodniej Afryki, które przypłynęło do Brazylii wraz z niewolnikami. Tradycyjnie było przygotowane dla mężczyzn, którzy wracali z wielkich bitew.
Technicznie rzecz biorąc, to taki odwrotny burger. Burger to taki kotlet zamknięty w bułce. Tu jest bułka zamknięta w fasolowym kotlecie. Co prawda zmielona bułka, ale zawsze.

Składniki:
- puszka fasoli
- szklanka mąki kukurydzianej
- cebula
- stare pieczywo
- wiórki kokosowe
- przecier pomidorowy


Wykonanie:
Fasolę oddzielamy od wody, mielimy i mieszamy z mąką, wodą po fasoli oraz drobno pokrojoną cebulą. Formujemy spore kulki i smażymy na głębokim oleju. 
Bułkę rozdrabniamy i moczymy. Mieszamy z wiórkami kokosowymi i odrobiną koncentratu. 
W usmażonych kulkach robimy szczeliny i ładujemy do nich farsz z bułki.

Przy tej okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy mnie na ten sport zajawili, wszystkim z którymi przyszło mi go uprawiać oraz trenerowi, który pomimo tego, że nie podchodzę do tego sportu jak niektórzy jego wychowankowie, ma do mnie dużo cierpliwości :), a także służył mi  ogromnym wsparciem na zawodach.