poniedziałek, 22 maja 2017

Weekend z kulturą brazylisjką czyli zawody, Bolo de milho i Acaraje

W miniony weekend wybrałem się do Konina. Powodów było kilka. Swego czasu bardzo dużo podróżowałem po Polsce. Byłem w bardzo wielu miejscach, ale z jakiegoś powodu, w Koninie nigdy nie byłem. Najważniejszym jednak powodem, niczym w słynnej anegdotce z Napoleonem i armatami był Puchar Polski w Brazylijskim Jiu-Jitsu. Jedna z największych tego typu imprez w kraju.

Z moim jiu jitsu to jest tak, że pewnego pięknego dnia wymyśliłem sobie, że warto uprawiać jakiś sport. Teraz mała dygresja, która wiele wyjaśni. Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej mieliśmy lekcje WF-u. W praktyce wyglądały one tak, że zmęczony życiem i zapijający swoje smutki w alkoholu wuefista w myśl zasady, zarobić, ale się nie narobić, zazwyczaj wpuszczał nas na szkolne boisko, rzucał między nas piłkę i kazał się zajmować samymi sobie. Nie ukrywam, że nie byłem na tych lekcjach zbyt aktywny, dlatego, że bieganie za workiem nigdy mnie nie interesowało i to delikatnie mówiąc. Cieszył mnie fakt, że obecnie podczas treningów spotykam uznanych sportowców, którzy mieli tak samo :) Kiedy Ministerstwo Edukacji, po którejś tam olimpiadzie wymyśliło sobie, że dostaniemy więcej lekcji WF, aby w przyszłości mieć lepsze wyniki sportowe, to dostaliśmy 3 godziny dodatkowo biegania za workiem. Od czasu do czasu, z racji programu, były organizowane inne zajęcia połączone ze sprawdzianami. Tu kolejna dygresja. Mieliśmy kolegę. Był nieco inaczej zbudowany od nas, a co za tym idzie, niekoniecznie nadawał się do wszystkich sportów. Może najlepiej z klasy pchałby kulą, może podnosił sztangę, a może dobrze by walczył w sumo. Tego się jednak nie dowiemy. Dlaczego? bo ograniczony nauczyciel wolał go puścić ze wszystkimi w bieg na 2 km, w którym przybiegł ostatni, po to, żeby wszyscy się z niego śmiali. Przy inicjatywie samego nauczyciela, rzecz jasna. 
Do czego zmierzam. Aktywność fizyczna jest bardzo ważna, a przekrój sportów, obecnie ogromny. Niech każdy znajdzie coś dla siebie. Nie muszą to być formy rywalizacji. Mogą to być górskie spacery lub jazda na rowerze. Nie trzeba być w tym zaraz najlepszym (choć tak by było idealnie :) ). Grunt, żeby być w tym konsekwentnym i bardzo to lubić. Ja akurat sobie wymyśliłem turystykę górską i sporty walki. Początkowo był to boks tajski, ale ze względu na kontuzję miednicy, musiałem z niego zrezygnować. Na ten moment moja aktywność w tym sporcie to licencja do sędziowania walk. Potem padło na BJJ i bardzo sobie chwale taką aktywność fizyczną, a nie inną :)
Dalej nie lubię biegać za workiem, tej czy innej wielkości :)

W każdym razie do rzeczy. Zamelinowaliśmy się w bardzo fajnym schronisku młodzieżowym, z którego widać było jedną z atrakcji tego miasta czyli tzw. "Titanic".


Rano pojechałem zobaczyć słynne zielnik ( w formie malowideł ściennych) Jana Zamełki, który pochodził z tych okolic, oraz ufundował pierwszą w Polsce katedrę anatomii i botaniki lekarskiej. Tyle, że nie tutaj, ale w Krakowie :)


Choć tak właściwie Konin jest znany głównie z dwóch rzeczy. Najstarszego znaku drogowego w Polsce z XII wieku oraz tego, że urodził się tam wynalazca lateksowej prezerwatywy Julius Fromm. Dziwię się, że miasto nie poszło w tą stronę. Bardzo ubolewam, że nie mogłem kupić żadnej pamiątki z tym związanej. Oczywiście chodzi mi o dedykowane pamiątki, a nie paczka "gum" w aptece. Jestem pewien, że nie ja jeden. Myślę, że dla tego miasta byłby to strzał w dziesiątkę, a póki co to kolejna, choć jeszcze nie zmarnowana szansa. Święto prezerwatywy - to by było coś !


Co do samych zawodów. Tym razem poszło mi znacznie gorzej niż poprzednio, dlatego moja stała gadka o każdym kto startuje jako zwycięzcy będzie mniej wiarygodna, ale na to przekładają się statystyki w postaci stosunku startujących do startujących. Jest to naprawdę ogromne przedsięwzięcie logistyczne, bo trzeba sobie wszystko poorganizować, fizyczne, bo trzeba włożyć wysiłek w treningi, a niejednokrotnie w zbijanie wagi, psychiczne, żeby sobie z tym wszystkim poradzić, a potem jeszcze wyjść do walki na środku sali, gdzie oczy znajomych lub nieznajomych skierowane są na was, że o obawą nie wspomnę. Także jak jak poradziliście sobie z tym wszystkim to już jesteście zwycięzcami. Potem trzeba tylko zwyciężyć drugi raz :)

Bolo de milho

Z tej okazji przygotowałem dla całej ekipy brazylijskie ciasto Bolo de milho. Kuchnia z tego regionu nie jest zbyt wyszukana, bo to pozostałości portugalskie z silnymi wpływami prostej kuchni indiańskiej i niewolniczej. 

Składniki:
(na prostokątną blachę)
- 3 puszki kukurydzy
- 3 szklanki mąki kukurydzianej
- 2 szklanki cukru
- szklanka oleju
- 3 szklanki wody
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżki octu

Tylko nie pytajcie jak mi się udało namówić słynnych celebrytów do tego żeby zaprezentowali moje ciasto :)


W każdym razie na zdjęciu Paweł Bańczyk- zdobywca dwóch złotych medali (w swojej kategorii oraz open czyli tam gdzie bije się każdy z każdym) oraz jego partnerka (celebryci nie mają dziewczyn ani konkubin, tylko partnerki życiowe :) ) Sonia, zresztą też utytułowana :)

Wykonanie:
Kukurydzę odsączamy i miksujemy. Dodajemy mąkę, wodę, olej oraz cukier i dobrze mieszamy. Na koniec dodajemy ocet, mieszamy i dodajemy proszek do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do około 180 stopni i po godzinie możemy sprawdzić patyczkiem czy jest gotowe. Pamiętajcie, że to nie biszkopt. Ono wyjdzie bardzo zbite.

Acarajé

Na drugi dzień wypadałoby się zregenerować po wysiłku. Wybór padł na bardzo ciekawe brazylijskie danie Acaraje. Nieprzypadkowo. Jest to danie pochodzące z zachodniej Afryki, które przypłynęło do Brazylii wraz z niewolnikami. Tradycyjnie było przygotowane dla mężczyzn, którzy wracali z wielkich bitew.
Technicznie rzecz biorąc, to taki odwrotny burger. Burger to taki kotlet zamknięty w bułce. Tu jest bułka zamknięta w fasolowym kotlecie. Co prawda zmielona bułka, ale zawsze.

Składniki:
- puszka fasoli
- szklanka mąki kukurydzianej
- cebula
- stare pieczywo
- wiórki kokosowe
- przecier pomidorowy


Wykonanie:
Fasolę oddzielamy od wody, mielimy i mieszamy z mąką, wodą po fasoli oraz drobno pokrojoną cebulą. Formujemy spore kulki i smażymy na głębokim oleju. 
Bułkę rozdrabniamy i moczymy. Mieszamy z wiórkami kokosowymi i odrobiną koncentratu. 
W usmażonych kulkach robimy szczeliny i ładujemy do nich farsz z bułki.

Przy tej okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy mnie na ten sport zajawili, wszystkim z którymi przyszło mi go uprawiać oraz trenerowi, który pomimo tego, że nie podchodzę do tego sportu jak niektórzy jego wychowankowie, ma do mnie dużo cierpliwości :), a także służył mi  ogromnym wsparciem na zawodach.

wtorek, 16 maja 2017

Focaccia na grillu

Korzystając z ładnej pogody, postanowiłem trochę poeksperymentować i przygotować focaccię metodą barbecue, która niejednokrotnie jest mylona z grillowaniem. Jeśli napiszę, że istnieje pomiędzy jedną, a drugą subtelna różnica, to skłamię. Grillowanie to proces, że się tak wyrażę, agresywny i szybki, na otwartym źródle ognia czy co najmniej mocnego żaru, podczas gdy BBQ to metoda powolna, polegająca na przygotowaniu jedzenia za pomocą obiegu ciepła i dymu w zamknięciu. Postanowiłem zrobić coś podobnego kładąc foremkę z ciastem na ruszt tuż nad rozgrzanymi węglami i wszystko przykryć specjalną pokrywą.

Sama foccacia pochodzi z Włoch. Tzn. kiedy została wymyślona, to jeszcze włochy nie były włochami, co nie zmienia faktu, że była spożywana przez Etrusków, zamieszkujących tereny, które obecnie są Włochami. Ostatecznie lud ten został zromanizowany, a Rzymianie, typowo dla swojej cywilizacji, wchłonęli zdobycze cywilizacyjne podbitego narodu. Sam wypiek był lekko zmodyfikowaną wersją znanych na całym świecie podpłomyków, czyli płaskich placków. No, może nie lekko, bo istotnym składnikiem były drożdże, które miały zwiększyć objętość ciasta. Sama idea zwiększania objętości ciasta została wymyślona po drugiej stronie basenu Morza Śródziemnego przez Fenicjan, czyli lud zamieszkujący tereny obecnie będące teatrem działań wojennych, tych czy innych. Później, tak jak rzymska armia, rozlało się to po Europie.

Nazwa pochodzi od rzymskich słów panis focacius. Panis to chleb, a focacius to palenisko na środku pomieszczenia używane do przygotowywania potraw. W luźnym skojarzeniu - ognisko domowe. Co daje focaccii wyjątkowy rodzinny charakter, prawie jak w obecnych czasach grill na działce przy akompaniamencie brzdęku butelek, w których jest coś, co tylko umownie nazywamy piwem :)

Niektórzy powiedzą, że to taka pierwsza pizza i mają trochę racji :)

Składniki:
- mąka
- olej
- drożdże
- woda
- rozmaryn
- pomidory
- cebula


Wykonanie:
Małą ilość drożdży rozpuszczamy w małej ilości wody, dosypujemy mąki, trochę rozmarynu oraz dolewamy trochę oleju i tyle wody, aby można było ugnieść ciasto. Należy dobrać takie proporcje, aby ciasto było miękkie, ale nie kleiło się do rąk.
Rozpalamy grilla. Kiedy węgle będą dobrze rozżarzone, wkładamy ciasto do foremki, kładziemy ją na ruszt i całość przykrywamy pokrywą. Po 45 minutach kładziemy na to plasterki pomidora, przykrywamy i czekamy jeszcze około 30 minut. Na koniec zdejmujemy pokrywę i na goły ruszt kładziemy plasterki cebuli, Grillujemy z dwóch stron i kładziemy na focaccię.

środa, 10 maja 2017

Jadłodzielnia - z czym to się je? - wywiad

Zapraszam wszystkich do zapoznania się z ciekawą inicjatywą foodsharingu (z ang. dzielenie się jedzeniem), która idealnie wpisuje się w ideę kuchni kryzysowej. Jej zaawansowaną formą są Jadłodzielnie (nie mylić z jadłodajniami). Zdarzyło mi się poznać osobiście współtwórcę toruńskich Jadłodzielni, który zgodził się na wywiad. Zobaczcie co miał do powiedzenia na temat tej zacnej inicjatywy.

Zaczniemy zupełnie standardowo. Powiedz kilka słów o sobie. Co porabiasz na co dzień itp.

Pracuje na własny rachunek,mam hurtownię opakowań i napojów.
Udzielam się też trochę społecznie. Organizuję u siebie na osiedlu dla dzieciaków, darmowe wydarzenia w ramach Podwórkowego Domu Kultury.
Prowadzę Fanshop podczas meczów hokeja w Toruniu, jestem członkiem współzałożycielem Polskiego Fanclubu Ocelari Trinec.
No i jestem współinicjatorem toruńskich Jadłodzielni.

Powiedz nam na czym polega Twoja inicjatywa.

Utworzyliśmy w Toruniu ,jak do tej pory dwie Jadłodzielnie. Miejsce bezpłatnej wymiany niezagospodarowanego jedzenia. Korzystać może każdy bez względu na status społeczny. Naszą misją i celem jest ograniczenie marnowania jedzenia, przede wszystkim przez osoby prywatne.

Skąd taki pomysł?

Z Sylwią Kowalską, która jest radną miejską, spotkaliśmy się jakiś czas temu i stwierdziliśmy ,że warto coś zrobić z jedzeniem,którego masę się marnuje. Znaleźliśmy na fejsie info o Jadłodzielniach w Warszawie , skontaktowaliśmy się z dziewczynami z Wa-wy. I praktycznie w ciągu trzech tygodni od decyzji ogarnęliśmy pierwszą toruńską Jadłodzielnię na targowisku Manhattan. Cały ruch ma swoje początki w Niemczech i pomysł przywędrował od naszych zachodnich sąsiadów. 

Co różni Jadłodzielnie od Banków Żywności czy ośrodków dla biednych?

Z Jadłodzielni mogą korzystać osoby prywatne.Zarówno "dawcy" i "biorcy". Każdy może przynieść jedzenie i każdy może je zabrać wg potrzeb. To jest uzupełnienie "oferty"Banków Żywności,które działają z dużymi firmami -sklepy,instytucje itd. Jedzenie od Banku Żywności może otrzymać tylko organizacja, która może je dostarczyć potrzebującym. W przypadku Jadłodzielni nie potrzeba żadnych kwitów - jesteś głodny czy nie z różnych przyczyn czegoś nie kupiłeś to możesz przyjść i się poczęstować. Ludzie przynoszą własne potrawy,zaprawy czy to co im zalega w szafkach czy lodówce.

Jadłodzielnia przy ulicy Waryńskiego w Toruniu.


Podstawowe pytanie, które jest zawsze zadawane: Kto za to płaci?

Box pod Jadłodzielnie na Manhattanie mamy za free, na podstawie umowy użyczenia. Stowarzyszenie handlowców podchwyciło pomysł i dali go nam za darmo.Płacimy tylko za prąd, z własnej kasy. Na UMKa, gdzie jest druga Jadłodzielnia dedykowana tylko dla studentów miejsce mamy również za free.Koszty prądu pokrywa uniwersytet.

W związku z tym, że moje miasto szczyci się tym, że całkiem dobrze mu idzie finansowo, panuje (nie bez przyczyny) powszechne przekonanie, że nie ma co liczyć na wsparcie inicjatyw, które nie wypracowują zysku. Ja póki co próbuję co najwyżej rozkręcić półki na jedzenie przy śmietnikach, bo jadłodzielnie to dla mnie kosmos. jak to jest u Was jeśli chodzi o wsparcie władz lokalnych?

Nie korzystamy i chyba nie chcemy korzystać w Toruniu ze wsparcia miasta. Siłą tego ruchu i inicjatywy wg mojej oceny jest właśnie w tym,że jest oddolna. Bez zbędnych kwitów,organizacji , biurokracji i wszystkiego tego co może stłamsić spontaniczność i niesamowitą frajdę. Wiem,że w innych miastach ludzie,którzy w tej chwili chcą zakładać Jadłodzielnie zwracają się o pomoc do władz lokalnych. My jednak tego nie robimy.

Jaki jest oddźwięk ludzi?

Niesamowity! Jest sporo osób,które przywożą jedzenie i je zostawiają i cała masa osób,które korzystają z Jadłodzielni. Uratowaliśmy masę jedzenia i to jest fajne.Każdy dorzuca swoją cegiełkę.

Ostatnio w ogóle jet chyba wzrost świadomości jeśli chodzi o marnowanie żywności?

Rzeczywiście , w tej chwili więcej się o tym mówi i coraz więcej robi w tej sprawie.Powstają Jadłodzielnie w różnych miastach, akcje Zawieszony posiłek czy rozdawanie jedzenia bezdomnym przez zwykłych ludzi -  a nie instytucje.I to jest bardzo pozytywne.W Poznaniu w jednej ze szkół dzieciaki z nauczycielami zbierają kanapki do kartonu w szkole i głodne dzieci mogą korzystać.Jeszcze dużo pracy przed nami,ale jest lepiej.

Czy nie myśleliście, aby wejść we współpracę ze sklepami, może niekoniecznie z wielkopowierzchniowymi, ale mniejszymi?

Tak,myślimy o tym.Szczególnie jeśli chodzi o małe sklepy osiedlowe. Duże zazwyczaj mają podpisane umowy z Bankami Żywności. Na zjeździe w Toruni będziemy nad tym pracować.Chcemy doprowadzić do zmian w naszym prawie.Tak,żeby każdy sklepikarz mógł oddać żywność bez obawy o podatek od darowizny itp.

Gdyby ktoś chciał założyć w swoim mieście taką instytucję, jakie rady byś mu dał? Jakie są największe trudności.

Podstawa jest lokal.Najlepiej,żeby nie generował kosztów- żeby był za free.Potem ogarnięcie lodówki,starych półek czy regałów i już.
Służymy pomocą i radą,a także materiałami informacyjnymi.
Nasz numer 886 100 120 lub facebook Jadłodzielnia Foodsharing Toruń. Dziewczyny z Warszawy również służą pomocą.


Chciałbyś dodać coś od siebie?

Zanim zacząłem działać w ruchu foodsharingowym, nie zdawałem sobie sprawy z ilości marnowanego jedzenia  i z ilości głodnych ludzi wokół. Warto założyć takie miejsce u siebie w mieście.
Działajcie. Jedzcie, dzielcie się i częstujcie !!!

wtorek, 2 maja 2017

Słowacki Raj i dwa dania górskie - clafoutis i kasza ze skwarkami

Jedź do Raju, mówili, będzie jak w raju, mówili :)

Na Słowacki Raj czaiłem się już dawno temu, jeszcze kiedy czasy dla turystów z Polski były lepsze, tzn. przed wprowadzeniem Euro :) Jakby ktoś nie wiedział, to jest to inwestycyjny majstersztyk. Z bezużytecznych i nudnych szlaków, w niezbyt ciekawych górach zrobiono miejsce, w które każdy chce przyjeżdżać, aby poczuć dreszczyk emocji. W końcu, w związku z tym, że nie mam też tam jakoś specjalnie daleko, nadszedł ten dzień. Przyjechaliśmy w piątek wieczorem, żeby w sobotę rano zameldować się na jednym z ciekawszych szlaków - Sucha Bela. Jak się potem okazało, wyszliśmy tam w dobrym czasie.

Zważywszy, że ostatnio dużo padało i meteorolodzy zapowiadali powtórkę z 1997 roku Sucha Bela nie była w cale sucha :) Co miało też swój urok, bo zamiast bezmyślnie iść do przodu, trzeba było kombinować jak przejść z jednego suchego miejsca na drugie. 
Pamiętacie film o przygodach Agenta 007 pod tytułem "Żyj i pozwól umrzeć"? Ten w którym dziewczynę bonda grała Jane Seymour znana szerszej publiczności jako Dr. Quinn? Była tam taka scena w której Roger Moore skakał po krokodylach. Tak właśnie wyglądało to na szlaku.
 

Po drodze spotykaliśmy ludzi, którzy mimo, że szlak jest jednokierunkowy, wracali. Ostrzegali, co prawda przed czymś, ale nie do końca zrozumiałem o co chodzi. Wspominali coś o wodzie, ale kiedy trzeci raz zamoczyłem buty, przestało to być dla mnie problemem. Doszliśmy w końcu do słynnych Wodospadów. Pierwszym problemem było już dojście do drabiny której podstawa była pod wodą. Kilka dorzuconych kamieni załatwiło tą sprawę.


Kolejny wodospad zwiększył swoje rozmiary po opadach i obejmował swoim rażeniem następną z drabinek. Na samej górze znaleźliśmy główną przeszkodę, która powodowała, że ludzie wracali. Drzewo się obsunęło, spadło na kładkę i ją złamało. Przy okazji zrywając też łańcuchy. Kładka się trzęsła i trzymała się tylko na kilku śrubkach. W tym momencie się zastanawialiśmy czy iść po zepsutej kładce, czy schodzić po drabinie, które nie do końca była dostosowana do tego, by poruszać się po niej w dół. Z pomocą przyszedł strażnik leśny, który powiedział, że kładka musi wytrzymać. Oczywiście trzęsła się dalej tak samo, ale jakoś się udało :)


Później było trochę więcej wody :)


I jeszcze więcej wody :) Jeśli uważacie, że macie super buty, które nie przemakają, to była okazja to zweryfikować :) Jedyne, które nie przemakają to te wymyślone przez firmę Aigle. Przy pokonywaniu tej przeszkody ważne było, aby pogodzić się z tym, że jest mokro i nie spieszyć się, gdyż panika mogłaby doprowadzić do wypadku.


Potem już było trochę lepiej, ale dalej mokro.


Na zakończenie szlaku, można było zjeść obiad. Na tą okazję przygotowałem clafoutis. Jest to idealne jedzenie, które można przygotować sobie wcześniej. Oryginalnie clafoutis to deser z owoców, tak i ja zrobiłem, tyle, że nie z tych słodkich :)

Składniki:
- groszek konserwowy
- fasola czerwona z puszki
- mąka
- woda
- proszek do pieczenia


Wykonanie:
Groszek i fasolę wrzucamy do miski. Zasypyjemy mąką i dolewamy wody. Chodzi o to, żeby ciasto służyło zaledwie jako lepik, czyli żeby nie dominowało. Dodajemy pół łyżeczki proszku do pieczenia i mieszamy. Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy pół godziny.

Wieczorem trzeba było się rozgrzać. Idealny do tego był lokalny trunek TATRATEA. To, jak sama nazwa wskazuje, nalewka herbaciana, ale występuje w wielu ciekawych smakach. Mój ulubiony zbójnicki, czyli zioła z malinami. Moc - 72% :)


Tego dnia poznaliśmy Roberta z Rzeszowa, który jest mistrzem w wyrabianiu domowych alkoholi i dowiedzieliśmy się od niego, że Sucha Bela została zamknięta :) Innymi słowy, byliśmy jednymi z niewielu osób, które pokonały ten szlak w takich warunkach.

Na drugi dzień poszliśmy na kolejny ciekawy szlak. Właściwie sztandarowy, jeśli chodzi o Słowacki Raj, czyli Przełom Hornadu. Trasa idzie wzdłuż rzeki i jak to zwykle przy okazji rzek bywa, widoki są bardzo ciekawe. Z uwagi na to, że zmoczyłem wysokie buty, ubrałem niskie podejściówki, z nieco cieńszą podeszwą, co, w mojej ocenie, przy chodzeniu po klamrach, ze względu na lepsze wyczucie, miało się sprawdzić lepiej niż gruba podeszwa.


Płynąc kajakiem, można zwiedzić jeszcze więcej.


Natomiast nie oszukujmy się, większość osób przyjeżdża tam w innym celu. Główną atrakcją tego szlaku jest sposób jego pokonywania. Prawdziwym problemem są jednak ludzie, którzy nie do końca są gotowi na takie przygody. Zabawa zaczyna się wtedy, kiedy idziecie za kimś takim, ten ktoś zaczyna panikować, wy musicie się zatrzymać i stoicie przytuleni do skały, na małym kwadraciku nad przepaścią, co nie jest dla was naturalną pozycją, więc też jest niekomfortowe. Niestety, z uwagi na to, że ludzi było dużo, nie zawsze można było sobie pozwolić na to, aby iść po tym samemu.


Od czasu do czasu następowała zmiana strony brzegu za pomocą równie urokliwych mostów linowych.


W końcu w okolicy młynu można było spokojnie zjeść. Na zdjęciu kanapki z jednym z moich ulubionych dodatków :) Myślę, że poznajecie tą roślinę :) Do tego coś, co jest fenomenem w byłej Czechosłowacji. Cola lana z kija. 


Idziemy dalej i wchodzimy na teren, przed którym wisi ostrzeżenie o spadających drzewach :) Co potwierdza ten widok.


Na szlaku też trafiliśmy jedno, całkiem świeże.


Skręciliśmy w stronę ruin klasztoru z XIII wieku i po drodze jeszcze taki punkt widokowy. Dla takich chwil warto się zmęczyć.


Po szlaku czas na jakiś pożywny obiad. Tym razem wersja wędrówkowa. Kiedy idziecie w góry, nigdy nie wiecie, gdzie traficie. Czasem wrzątek jest jedynym na co możecie liczyć. Również wtedy kiedy macie ze sobą kuchenkę, warto nie marnować czasu i gazu na długie gotowanie. W tym celu bardzo dobrze sprawdza się znana miłośnikom twórczości Janusza Christy, kasza gryczana ze skwarkami. Tyle, że sojowymi :) Dlaczego sojowe? Bo granulat sojowy przygotowuje się bardzo szybko, a przy tym jest stosunkowo bogatym źródłem wartości odżywczych. Kasza oczywiście nie cała, tylko w płatkach.

Składniki:
- płatki kaszy gryczanej
- granulat sojowy
- przyprawa prażona cebula.


Wykonanie:
Kaszę mieszamy z granulatem i zalewamy wrzątkiem. Doprawiamy cebulą. Silikonowe, poręczne, składane pojemniki ustępują tylko jedną rzeczą aluminiowych. Nie da się w nich gotować :)

W drodze powrotnej zajechaliśmy na Zamek Spiki z XI wieku, który jest uznawany za jedną z największych budowli tego typu w Europie. Powiem szczerze, że jak na taką atrakcję, to dojazd i wskazówki dojścia, mogłyby być lepiej oznaczone.


Oczywiście zwiedziłem zamkową kuchnię.


A także mini kuchnię w sali tortur, w której przygotowywano różne ciekawe "zupy" :)


No to miejsce odfajkowane. Choć pewnie tam kiedyś (nie za szybko) wrócę, bo zostało mi jeszcze Kysel i Sokół. Tym razem będę szukał noclegu w Podlesoku, który jest centrum towarzyskim, a nie w oddalonych o kilka km Hrabusicach, w których i tak nic nie ma :)

sobota, 15 kwietnia 2017

Kohlrabi Tikki

W okresie świątecznym zawsze dużo podróżuje, dlatego, aby zachować ciągłość wpis i zdjęcie prosto z drogi. Nie będę się specjalnie rozpisywał, tylko załatwimy to szybko :) Na tapecie idealne danie na drogę, nie tylko samochodem, ale i innymi środkami transportu, bez stresu, że wprowadzimy dyskomfort w życie współtowarzyszy podróży. 
Jest to również ciekawe danie przy okazji walki z marnowaniem jedzenia, bo ze składników, że tak napiszę, z odzysku. Pochwalę się również, że zaangażowałem się do innej akcji związanej z walką z marnowaniem jedzenia. Foodsharing. Jakby ktoś chciał się dowiedzieć więcej to zapraszam do linku poniżej:
Danie niby indyjskie, ale składniki napływowe. Amerykańskie ziemniaki i europejska kalarepa. Do tego curry.
Przy okazji usłyszałem ostatnio, że niektórzy nie jedzą curry, ani innych orientalnych przypraw z powodów religijnych. Moi Drodzy, jeśli Wasza religia nie zabrania Wam jedzenia ziemniaków, które pochodzą od ludów szamanistycznych, to curry też nie powinno być problemem :) Ot, taka mała refleksja przy okazji pogańskiego zwyczaju z jajkami i tępionego przez kościół polewania wodą :)

Składniki
- ziemniaki (najlepiej tzw. "wczorajsze")
- kalarepa
- szczypiorek
- bułka tarta
- chili
- curry




Wykonanie: 
Ugotowane ziemniaki i kalarepę w stosunku 1:2 tłuczemy na miazgę. Dodajemy trochę bułki tartej, żeby nam się to ładniej związało, do tego dodatki smakowe, czyli chili, szczypiorek i curry. Formujemy małe placki i smażymy.

sobota, 8 kwietnia 2017

Naleśniki z pastą an z ostrym sosem czyli nic się nie marnuje

O paście an już kiedyś pisałem. To taka pasta z czerwonej fasoli na słodko. Oczywiście to co Wam zaprezentuję jest jej bardzo uproszczoną wersją za którą dostałbym porządny ochrzan nie tylko od Tokue, sympatycznej bohaterki filmu pod tytułem An, który został w wyjątkowy sposób przetłumaczony na język polski - Kwiat wiśni i czerwona fasola, ale i od przeciętnego Japończyka. Jako, że w okolicy nie ma ich za wielu, mogę sobie na takie coś pozwolić. Powiem szczerze, że jadłem kiedyś oryginalną wyprodukowaną przez prawdziwą Japonkę z krwi i kości i smakowała podobnie :)
Fasola czerwona ma to do siebie, że niedogotowana jest trująca, dlatego bardzo popularna jest ta w puszkach. Czerwona zalewa jest bardzo często wyrzucana, ale nie tym razem, bo marnowanie to zło!
Przy tej okazji chciałbym Was zapoznać z projektem Food sharing Śląsk, w którym mam okazję uczestniczyć. Oto ling do strony:
To chyba już ostatnie naleśniki tej wiosny.

Składniki:
- mąka
- czerwona fasola w puszczce
- cukier
- olej
- chili


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego smażymy cienkie naleśniki.
Fasolę miksujemy z cukrem i odrobiną oleju na gładką pastę.
Zalewę od fasoli słodzimy i gotujemy, aż zgęstnieje. Dodajemy chili.
Pastę wkładamy do naleśników, które formujemy w rulony. Polewamy pikantnym sosem z zalewy.

piątek, 31 marca 2017

Masala dosa

Daleko na wschodzie jest taka informatyczna oraz kinematograficzna potęga i nazywa się Indie. Swego czasu ten kraj zasłynął tym, że pewien (prawdopodobnie) Włoch, którego nikt nie chciał słuchać w Portugalii, więc musiał  popłynąć pod hiszpańską banderą, chciał odkryć do niego lepszą drogę, a zamiast tego trafił do Ameryki, choć jeszcze wtedy myślał, że to Indie. Mało tego, to się jeszcze nie nazywało Ameryka :) Zapoczątkowało to największą falę migracji w ostatnim czasie. Może nie tak ogromną jak ta z udziałem Słowian, którzy przybyli z nad Wołgi, lub ta z udziałem Aryjczyków którzy przyszli z Indii (tak, nie z Niemiec :) ) i doszli prawie do Bałkanów, ale też całkiem spora :) To nie jedyna sytuacja, podczas której możemy mówić o powiązaniach pomiędzy Ameryką, a Indiami. W wyniku tej śmiałej wyprawy na Półwysep Indyjski trafiły ziemniaki. 
Ostatnio moi fani zaczęli się upominać o przepisy z tym, jakże istotnym dla walki z głodem na świecie, hmm... warzywem(?), dlatego postanowiłem znaleźć danie, w którym ziemniak/kartofel/pyra (niepotrzebne skreślić) będzie odgrywał bardzo istotną rolę, jak i takie, które wpasuje się w mój wiosenny cykl na temat naleśników. 
Jak już pisałem, naleśnik jest jednym z najstarszych dań. Ten, według historyków, pochodzi z 1 wieku naszej ery (Nadzienie, siłą rzeczy powstało kilkaset lat później :) ). Sam sposób przygotowywania jest arcyciekawy. Wymaga, co prawda, duże czasu na przygotowanie, ale takiego, który nie wymaga od nas żadnej aktywności. Ja osobiście jestem zauroczony. Abstrahując od tego, że jest to idealna alternatywa dla osób będących na tej czy innej diecie, to przede wszystkim takie naleśniki są zdecydowanie bardziej pożywne. Dla mnie jako sportowca lubiącego w dodatku podróżować, ich wartości odżywcze oraz praktyczna forma są nieocenione. Osobiście użyłem soczewicy, ale równie dobrze można użyć innych nasion - fasola, groch, bób. Do czego kiedyś, z pewnością, wrócę na łamach tego bloga :)
Pieprz ziołowy, którego użyłem, najbardziej przypomina mi mieszankę przypraw, która zazwyczaj jest używana do tego dania w oryginale. Zgodnie z geografią smaków zaadoptowałem je na nasze warunki, prawie jak Anglicy curry :) Danie konkursowe, także trzymajcie kciuki :)

Składniki:
- ryż
- czerwona soczewica
- ziemniaki
- cebula
- pieprz ziołowy


Wykonanie:
Soczewicę mieszamy z ryżem w stosunku 1 do 1 i zalewamy wodą. Zostawiamy na noc lub na dzień. Po tym czasie wody powinno być znacznie mniej, bo nasiona powinny ją wchłonąć. Dolewamy jej tyle, aby zrównała się z poziomem suchych składników i wszystko dobrze miksujemy. Jeśli poprzednio zostawiliśmy na dzień, to teraz odstawiamy to na noc, jeśli wcześniej leżało przez noc, to analogicznie :) W każdym razie po tym czasie powinny się na tej masie pojawić bąbelki. Tak przygotowane ciasto wylewamy na patelnię i smażymy cienkie naleśniki. Ciasto będzie dość gęste, dlatego musimy je rozprowadzić po powierzchni.
Nadzienie jest bardzo proste i dość powszechne w naszym kraju. Ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę. Gotujemy.
Cebulę również obieramy i też kroimy w kostkę tylko znacznie drobniejszą. Smażymy.
Do ugotowanych ziemniaków dodajemy cebulę i pieprz ziołowy. Wkładamy nasze nadzienie do naszych naleśników dosa i zawijamy, albo składamy.


piątek, 24 marca 2017

Kimchi jeon i marchew po koreańsku

Kolejne wiosenne naleśniki. Tym razem wersja koreańska z tamtejszą kiszoną kapustą (lub z innym tajnym składnikiem, ale o tym w dalszej części wpisu), którą robi się bardzo prosto. Najprostszy sposób, to wymieszać poszatkowaną kapustę pekińską z sosem sojowym i ostrą papryką, a niektórzy mieszają tylko z papryką. Zamknąć w słoikach i czekać, aż będzie kwaśna.
Nie tak dawno temu, bo pod koniec XIX wieku, kiedy w Korei nie żyło się najlepiej część jej ludności wyemigrowała na tereny, które były wtedy pod kontrolą Rosji. Kiedy na początku XX wieku Japonia zajęła Koreę przerabiając ich kobiety na niewolnice seksualne, ta liczba znacznie wzrosła. Z racji tego, że mieli z Rosją wspólnego wroga - Japonię - jakoś im się żyło.\

I tak im się żyło, aż przyszła rewolucja październikowa, a za nią niejaki Iosif Wissarionowicz Dżugaszwili, znany szerszej publiczności jako Józek Stalin. Jak wiadomo gość uważał, że otaczają go wrogowie. Z tego samego powodu przy pomocy niejakiego Gienka Luszkowa postanowił deportować prawie 200 tys. Koreańczyków do centralnej Azji. Mieli tam ogromny problem ze zdobyciem swoich tradycyjnych składników. W ten sposób kimchi dodawane do jeon zastępowane były kiszonymi ogórkami, a jeśli chodzi o jedzenie na surowo, to powstała marchew po koreańsku. Potrawa ta na dobre zadomowiła się w kuchni byłego ZSRR, o czym nie raz się przekonałem :)

Składniki:
- kimchi (lub ogórki kiszone jeśli robimy w rosyjskiej wersjii)
- mąka
- marchewki
- ocet 
- chilli


Wykonanie:
Kimchi mieszamy z mąką i dodajemy trochę wody, aby powstało nam jednolite gęste ciasto. Formujemy placki i smażymy na patelni z dwóch stron.
Marchewkę trzemy na tarce i delikatnie podsmażamy i dodajemy chilli i octu do smaku.Trzymamy chwilę na ogniu i podajemy. Możemy podać ciepłe, ale najlepiej smakuje zimna, "przegryziona".

Kuchnia rosyjska


sobota, 18 marca 2017

Jianbing guozi

Z okazji zbliżającej się wiosny, co da się odczuć dzięki podwyższonej temperaturze, kolejne naleśniki, Tym razem chińskie. 
Legenda głosi, że danie pochodzi z czasu Epoki Trzech Królestw. To taki okres najbardziej znany przez graczy gier video. W każdym razie żołnierze stracili woki podczas bitwy, a jeść było trzeba. Dowódca wymyślił, że zrobi się ciasto z mąki i wody, a następnie usmaży się na tarczach. 
Wersja, którą przedstawię pochodzi z Tiencinu. Za nadzienie służy pieczony na głębokim cieście paluch, a wszystko podane z sosem chilli.
To danie tez idzie na konkurs, także zobaczymy :)

Składniki:
- mąka
- soda oczyszczona
- olej
- woda 
- cukier
- chilli
- ocet 
- mąka ziemniaczana
- szczypiorek


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego smażmy na patelni cienkie naleśniki.
Do pozostałej części mąki dodajemy trochę wody oraz oleju i wyrabiamy ciasto. Dodajemy sody oczyszczonej w proporcjach płaska łyżeczka na szklankę mąki. Ugniatamy, formujemy długie paluchy i smażymy na głębokim oleju.
Do połowy szklanki wody dodajemy trochę octu, cukru i chilli, aby uzyskać satysfakcjonujący nas smak. Gotujemy. W drugiej połówce rozrabiamy dwie łyżeczki mąki ziemniaczanej i tak powstałą miksturę dolewamy do gotującego się sosu cały czas mieszając. Chwilę później powinno być gęste.
Naleśnika smarujemy sosem, posypujemy pokrojonym szczypiorkiem, kładziemy palucha i zawijamy.



piątek, 10 marca 2017

Wielkie oszustwo

Wiecie jaka jest różnica, a przynajmniej jaka powinna być różnica pomiędzy blogiem, a serwisem kulinarnym? Blog to taki jakby pamiętnik, na którym chwalimy się co ugotowaliśmy, a co za tym idzie, co do zasady, wrzucamy tam prawdziwe potrawy. Inaczej ma to miejsce na profesjonalnych portalach kulinarnych, gdzie jeśli już jest to w ogóle jedzenie, to zazwyczaj nie nadaje się do spożycia, bo albo jest tylko niedogotowane, albo nafaszerowane różnymi dziwnymi chemicznymi wspomagaczami wizualnymi. Można wiele pisać o wikolowych kroplach, tortach z kartonem w środku czy o malowanym pastą do butów mięsie. Może kiedyś. Dziś wspomnę o lodach. Lody pewnie każdy jadł i widział, że nie zachowują swojego stanu skupienia przez cały czas. Dodatkowo czynniki zewnętrzne przyspieszają przemianę ze stanu stałego do ciekłego. Teraz wyobraźcie sobie fotografa, który układa kompozycję złożoną z lodów w dobrze oświetlonym studio, a właściwie pomyślcie ile czasu miałby na zrobienie zdjęcia :) Oni wiedzą dokładnie ile, dlatego rolę lodów na fotkach pełni często puree ziemniaczane. Tak powstała moja inspiracja.

Ten przepis powstał specjalnie na konkurs kulinarny, do którego banerek znajdzie się pod wpisem. W naszych głowach mamy zakodowane pewne schematy. Widzimy obrazek i od razu nasuwa nam się jakieś skojarzenie. Na przykład kiedy mamy do czynienia z daniem w kolorze niebieskim, spodziewamy się czegoś słodkiego. Tym bardziej kiedy coś wygląda dokładnie jak słodycze. Jeśli dostaniemy inny bodziec niż ten którego się spodziewaliśmy następuje coś co w anglosaskim świecie nazywa się mindf..k. Z wiadomych przyczyn nie będę tego tłumaczył dosłownie i zgodnie ze szkołą polskich tłumaczy związanych z branżą filmową, nazwę to po prostu wielkie oszustwo. Połączenie smaków dobrane zgodnie z ideą food pairing. Papryka i kawa komponuje się z groszkiem, z tym, że dodane do naleśników mogłoby zgorzknieć.

Czyli tak. Podstawiacie znajomym pod nos i patrzycie na reakcję :)
Składniki:
- mąka
- woda
- kawa
- ziemniaki
- groszek konserwowy
- papryka w proszku
- skrobia ziemniaczana


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego następnie smażymy cienkie naleśniki.
3 ugotowane ziemniaki miksujemy z puszką groszku.
Parzymy kawę. 2 czubate łyżeczki na szklankę wrzątku. Zlewamy z nad fusów i gotujemy. Dodajemy słuszną porcję słodkiej papryki. 2 łyżeczki skrobi rozpuszczamy w połowie szklanki zimnej wody. Dolewamy do gotującej się kawy i energicznie mieszamy. 
Naleśnik składamy na pół. Na wierzch kładziemy dwie gałki groszkowego puree i dekorujemy kawowo - paprykowym sosem.