sobota, 7 grudnia 2019

Rozgrzewające denary

Dziś pierwszy weekend miesiąca, więc pojechałem na targ staroci do Bytomia. O samym targu jak i kategoriach bywalców pisałem tutaj. Niestety, z uwagi na niską temperaturę, wystawiających było znacznie mniej. Kupujących zresztą też. Tylko "komandosów" było relatywnie więcej, tzn. było ich pewnie tyle samo, ale z uwagi na mniejszą frekwencję, byli bardziej widoczni. 
Na przeciwko targu jest parking, który został zrobiony na skarpie, a konkretniej to chyba nawet na hałdzie, niestety ktoś sobie uzurpował prawo do inkasowania pieniędzy za jego użytkowanie. Dlaczego napisałem "uzurpował"? Dlatego, że teren nie jest w żaden sposób oznaczony jako płatny, wyskakuje tylko jakiś pan z partyzanta, a jak się protestuje to dzwoni po kolegów. Stąd mam pewne wątpliwości na temat legalności tego procederu. Na szczęście już 50 m dalej jest prawie równie wielki plac do parkowania, zupełnie darmowy :)
W każdym razie z uwagi nie tylko na to, że pojechałem o tej porze roku na targ, na którym miałem zamiar spędzić trochę czasu, ale także na to, że zaczęły się mrozy i nieprzyzwyczajony organizm odczuwa je znacznie boleśniej niż będzie to robił za dwa tygodnie postanowiłem przygotować danie rozgrzewające. Spojrzałem na listę produktów rozgrzewających, na której była soczewica i płatki owsiane, a także takie oczywiste rzeczy jak ostra papryka oraz czosnek i postanowiłem przygotować danie o nazwie denary.
Nazwa wzięła się z ich kształtu, ale dukaty, a zwłaszcza talary już były zarezerwowane, a z uwagi na to, gdzie powszechnie była używana soczewica, tj. w Starożytnym Rzymie, nazwałem je zgodnie z nazwą waluty tam obowiązującej. Dodatkowo soczewica jest również symbolem monet według wielu przesądów.

Składniki:
- soczewica zielona
- płatki owsiane
- czosnek granulowany
- ostra papryka


Wykonanie:
Soczewice gotujemy i odsączamy.. Płatki owsiane zalewamy małą ilością wrzącej wody. Miksujemy razem z przyprawami. Układamy placki na blaszce i wkładamy do piekarnika (180 stopni/20 min)


czwartek, 28 listopada 2019

Kōhīmēkā Ramen - czyli ramen z ekspresu

Ostatnio podczas publicznego wystąpienia w Szczecinie obiecałem, że będzie przepis na ramen z ekspresu do kawy. Miałem trochę problem, bo nie mam takiego przelewowego ekspresu jak w przydrożnych barach na amerykańskich filmach, ale się okazało, że moja mama ma, a tak się złożyło, że ostatnio ją odwiedziłem. 
Na temat historii ramen pisałem więcej tutaj, dlatego nie będę się powtarzał. Dodam tylko jak jeść ramen, zgodnie z radami zawartymi w kultowym filmie dla rameno żerców - Tampopo.
  •  najpierw jemy pałeczkami makaron, wciągamy i siorbiemy patrząc się na miskę
  • jedząc makaron bierzemy pałeczką jakiś kawałek warzywa
  • zapijamy bulionem prosto z miski 3 razy
Żeby zrobić ramen w ekspresie musimy użyć takich składników, które będą smaczne niedogotowane, gdyż warzywa nie będą nam się gotować, a będą raczej zblanszowane.

Składniki:
- makaron instant
- brokuł
- por
- grzyby suszone
- kapusta pekińska

Makaron wkładamy do dzbanka, a warzywa, pokrojone wcześniej, do koszyka na kawę.


Uruchamiamy ekspress i czekamy aż makaron spuchnie.


Mieszamy wszystko razem i podajemy w miseczkach. Mama miała takie specjalne, które co starsi czytelnicy powinni pamiętać sprzed 30 lat :)



niedziela, 24 listopada 2019

Nadmorskie frytki po kenijsku

Z uwagi na uwarunkowania prawne, jak i kulturowe, niedziela stała się takim dniem, w którym można albo zrobić coś na co nie było czasu w ciągu tygodnia, np. zrobić małe prace remontowe, albo odpocząć. Ja nie mam ostatnio nic poważnego do zrobienia, więc zasadniczo odpoczywam. Czasem aktywnie, jadąc na jakąś małą wyprawę, czasem wyjątkowo pasywnie przyjmując do głowy serie obrazów połączonych z dźwiękiem zwane filmami. Względnie aktywno-pasywnie, uprawiając, zgłębiany ostatnio przez federacje sportowe - e-sport.
Każda z tych form wymaga odpowiedniej kuchni. Na temat tego co jem kiedy spędzam czas aktywnie pisałem nie raz i możecie sobie to znaleźć klikając opcję "w podróży" w menu znajdujące się po prawej stronie.
Ten nieaktywny sposób, z uwagi na towarzyszące mu dobrodziejstwa dziesiątej muzy, skupia się na wszelkich formach małych przekąsek. Jedną z bardziej popularnych są frytki. Znalazłem kiedyś informację na temat tego, w jaki sposób przygotowuje się je w Kenii. Często wrzucam przepisy przy okazji moich podróży, ale nie zanosi się żebym kiedykolwiek wyjechał do Kenii, gdyż nie leży ona na liście państw, które mam do zwiedzenia w pierwszej kolejności, a nawet gdy wyczerpię tą listę, to katastrofa klimatyczna będzie już na takim etapie, że raczej Kenia przyjedzie do mnie. Dlatego zrobię wpis przy okazji innej podróży.
Czekałem na ten wpis do momentu, w którym będzie zimno, żeby poczuć się podczas mrozu jak w słonecznej Afryce :) Dodatkowym bodźcem był wyjazd nad polskie morze, gdzie wpasowały się tam idealnie.
Jeden i najważniejszy powód, to to, że zasadniczo nad polskim morzem mamy do czynienia właśnie z taką kuchnią, czyli fast food, a już prawie zupełnie nie regionalną. Ja niespecjalnie lubię spędzać wakacje nad morzem, ale zdarzało mi się być w basenie Morza Śródziemnego i co mi się tam spodobało, to dania regionalne. Regionalne dania spotkałem nawet w Niemczech nad Morzem Północnym, mimo, że ten kraj nie słynie z jakiejś wyszukanej kuchni. Jak to wygląda nad polskim morzem? Słabo. Niektóre małe miejsca próbują kombinować robiąc wyszukane dania ze śledzia, ale zasadniczo mamy do czynienia z głęboko mrożoną rybą, a do wyboru mamy nawet te, które nie żyją w Bałtyku, obtoczoną w ciężkim cieście, smażoną na głębokim oleju, czyli dokładnie to co możemy zjeść niemal w każdej turystycznej miejscowości w kraju. Dlaczego polskie morze to festiwal słabej jakości jedzenia, kiczu i chińskiego plastiku, łącznie z plastikowymi naczyniami? Odpowiedź nie jest prosta. Znacie dylemat naukowy jako czy kura? Tu jest podobnie. Jestem ciekaw, którą opcja do was przemawia. Zasadniczo jest to spowodowane popytem. I teraz:
  • restauratorzy gotują takie dania, jakie życzą sobie turyści, a przyjeżdżają głównie tacy, którzy tęsknią za kebabem ewentualnie schabowym z surówką. Ci bardziej świadomi kulinarnie nie przyjeżdżają nad polskie morze, dlatego nie ma sensu gotować dla kogoś kto i tak tego nie doceni i chce taką kuchnie, do jakiej jest przyzwyczajony.
  • turyści, którzy wybierają inne morza, nie przyjeżdżają właśnie dlatego, że to co widzą nad polskim morzem nie spełnia ich oczekiwań
Ja oczywiście obstaję za jedną z opcji, ale nie będę mówił, którą :)

Oczywiście jest też trochę tak, że są to ziemie odzyskane, a co za tym idzie ludzie żyją tu stosunkowo krótko, dlatego ewentualna kultura kulinarna nie zdążyła się wykształcić, a lata PRL-u wcale nie pomogły.
W każdym razie wybrałem się specjalnie na plaże, która w listopadzie jest prawie pusta, bo nawet słynne parawany nie są w stanie uchronić nikogo przed niską temperaturą. Frytki włożyłem w kieszonkę z folii aluminiowej, abym mógł je zjeść na ciepło. Ciepłe i ostre, idealne na temperaturę bliską 0, z wiatrem znacznie pogarszającym jej odczuwalność. 
Składniki:
- ziemniaki
- cebula
- czosnek
- chilli
- imbir
- curry


Curry chwilę podsmażamy i dodajemy drobno pokrojoną cebulę. Smażymy do miękkości i dodajemy wyciśnięte ząbki czosnku, chilli i imbir. Chwilę smażymy, ale nie za długo, żeby nie spalić dodatków. Dodajemy koncentratu pomidorowego, trochę wody i chwilę dusimy.
Ziemniaki obieramy, kroimy na frytki i smażymy. Mieszamy z przygotowanym wcześniej sosem.

piątek, 15 listopada 2019

Pańszczyźniane całki z kaszą

Dawno, dawno temu w Europie, w tym w Polsce, istniał dość specyficzny system społeczny oparty na hierarchii. Polegało to w skrócie na tym, że jedni mieli więcej praw od innych, co zaowocowało tym, że jedni twierdzili, że drudzy są ich własnością. Kiedy ci drudzy protestowali, pierwsi skutecznie ich do tego przymuszali. Przymuszanie kończyło się często śmiercią, zwłaszcza, że do XVIII wieku zabicie chłopa nie podlegało karze. Oczywiście chłop był użyteczny, więc nie można było przesadzić z zabijaniem, bo nie byłoby komu pracować, niemniej jednak dalej istnieją spory, który system zabił więcej osób, feudalizm, czy coś co było jego naturalną konsekwencją - komunizm, nawet jeśli ten drugi miał większy przyrost ofiar w krótszym czasie.
Są oczywiście tacy, którzy twierdzą, że pańszczyzna nie trwała cały tydzień i w pozostałe dni chłop mógł sobie nieźle dorobić i pewnie jeszcze mógł sobie nazbierać na wakacje w Bułgarii, dlatego tym bardziej dziwi dlaczego od czasu do czasu chłopi się buntowali i np. wieszali na jednej szubienicy szlachcica, plebana, psa i Żyda, uznając ich za jedno i to samo :) Z czego ci dwaj ostatni oberwali przez przypadek. Jestem pewien, że wszyscy orędownicy tej teorii, jak i tych jak dobrze pracowało się dzieciom w XIX wiecznych fabrykach, bo dzięki temu mogły sobie odłożyć pieniądze na Playstation, bardzo chętnie wcieliliby się w taką rolę, żeby sobie dorobić na Passata.
Oczywiście kiedy zniesiono pańszczyznę, część chłopów chciała powrotu tego systemu, ale głównie dlatego, że nie wyobrażali sobie jak można żyć inaczej. To jak z więźniem, który wychodzi po 25 latach więzienia i nie radzi sobie na wolności.
Zobaczmy co o pańszczyźnie mówi moje kulinarne źródło. Źródła to sprawa poważna. Kiedy piszecie publikację naukową, to żeby była uznana, musicie przeprowadzić odpowiednie, uznane przez naukowców badania. Dobrą metoda nie jest analiza ilości wyników w wyszukiwarce internetowej, ale dobrą jest np. analiza materiałów źródłowych, tudzież posiłkowanie się publikacjami osób, które do takich źródeł się odwołują. Kiedy przedstawiacie jakąś tezę, to w dobrym tonie jest się jakimś źródłem podeprzeć, żeby nie wyjść na ignoranta. Niektórym taki poziom bardzo przeszkadza, bo nie mogą przeforsować jakiś niestworzonych historii, ale to tylko argument za tym, żeby trzymać się takiego poziomu. 
Skoro o materiałach źródłowych mowa, to tu chciałbym przytoczyć fragment moich ulubionych zeszytów, z których biorę wiedzę na temat nawyków żywieniowych w XIX wieku - Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej Tom VIII.

W publikacji dotyczącej jednej wsi na Mazowszu możemy przeczytać.
Dawniej jak była pańszczyzna i mieli większą biedę aniżeli teraz, to drobną marchew, pasternak, ćwikłę i rzepę suszyli na zimę. Marchew dzieci gryzły i miały uciechę, ćwikłę kwasili na barszcz, albo tak na ocet napić się, pasternak zaś gotowali na pośnik to jest na wilię, z pęcakiem, a rzepę z kaszą jaglaną. Rzepy suszyli najwięcej nawet umyślnie siali ją na św. Annę na ugorze, żeby mieć drobną do suszenia. Takie suszone rzepki nazywali: całki albo całecki.
Zainspirowało mnie to do stworzenia dania. Zdjęcie z pracy, bo w końcu wpis o pańszczyźnie :)

Składniki:
- kasza jaglana
- rzepa
- zioła, które były wtedy powszechnie używane - lubczyk, koper.


Wykonanie:
Rzepę kroimy w kostkę, wrzucamy wraz z kaszą jaglaną do garnka, a następnie zalewamy wodą. Gotujemy, dolewając ewentualnie wody, jeśli wszystko zostało wchłonięte lub konsystencja nas nie zadowala. Doprawiamy ziołami.

środa, 6 listopada 2019

Purée wyprawowe w Pieninach

Parafrazując, powiedziałbym nawet bardzo mocno parafrazując, jeden ze słynniejszych cytatów Hamleta:
Picie w Szczawnicy, czy szczanie w piwnicy, oto jest pytanie.
Taka idea przyświecała wyjazdowi, tym bardziej, że wyjazd był logistycznym wyzwaniem, gdyż w jednym mieście miały się spotkać różne osoby podróżujące różnymi środkami transportu, w tym samym czasie, w celu kontynuowania podróży samochodem. Mi przypadł pociąg i to było właśnie słabe ogniwo w naszym planie. W zasadzie to sprawa oczywista, ale jako ktoś kto rzadko jeździ pociągami, zupełnie zapomniałem, że jest to powszechne, a mianowicie pierwszy pociąg się ... spóźnił :) Skoro pierwszy się spóźnił to i nie było możliwości zdążyć na drugi. Na szczęście zgodnie z manifestem Agile, udało się zmienić miejsce zbiórki.

Plan był taki:
  • przyjazd do Szczawnicy 
  • noc w schronisku pod Bereśnikiem
  • dojście żółtym szlakiem do Łącka
  • przejazd z Łącka do Krościenka
  • dojście na 3 Korony
  • noc w schronisku
  • zejście do Szczawnicy
Do pierwszego schroniska wchodziliśmy po ciemku, za to z samego rana czekały nas niezłe widoki. Zawsze powtarzałem, ze Tatry dobrze podziwia się z odległości :)


Żółty szlak to typowa beskidzka droga przez las. O tej porze roku usłany pomarańczowymi liśćmi z odrobiną śniegu. Do pierwszego skrzyżowania ludzi brak. Nagle zabrakło oznaczeń. Są za to ścięte drzewa. Prawdopodobnie zostało ścięte to na której był znak :) Efekt wybór nieodpowiedniej drogi. Nic się nie stało, bo wioska w środku niczego, bez zasięgu telefonów, w której są 4 domy też ma swój urok.Niestety takich znaków jak ten, nie było za dużo :)



Jako, że filozofia Agile towarzyszy nam od początku, nie było problemem wybrać nową trasę. Tak pokrętnymi drogami znaleźliśmy się w końcu w Krościenku. Teraz tylko, po ciemku rzecz jasna, dojście do Trzech Koron. No i najważniejsze - patrzeć pod nogi!


Tutaj obiadokolacja. Co prawda jest zimno i rzeczy w plecaku się nie psują tak łatwo, ale trzeba mieć na uwadze, że jednak w schroniskach jest ciepło, o ile nie jest to Chatka Puchatka ;), więc proszki rządzą, przy okazji dbając o bilans składników odżywczych. Tu wjechały orzechy. Jabłka z kolei miały rozbujać ten nudny smak :) Połączenie składników zgodne z kryterium zarówno regionalnym, jak i sezonowym :)

Składniki:
- puree ziemniaczane instant
- orzechy włoskie (w tym roku nie było ich tyle jak rok wcześniej, ale też sporo)
- suszone jabłka pokrojone w kostkę


Do wrzątku wsypujemy puree. Mieszamy, dodajemy orzechy i jabłka i jeszcze raz mieszamy.

Z uwagi na porę roku, a także obecność gór, nie trzeba było wcześnie wstawać, żeby załapać się na wschód słońca.


Jeśli chodzi o widoki, to tutaj już zdecydowanie inaczej. Abstrahując od głównej gwiazdy - Trzy Korony, uważanej przez niektórych turystów za najwyższy szczyt Pienin


to są tam bardzo ładne trasy, co niestety, jak i to, że w ich okolice można podjechać samochodem jest ich wadą, jeśli wiecie o czym mówię ;)





Orzechowe love


Owoce jesieni

Owoce jesieni

czwartek, 31 października 2019

Pieczone trufle kanadyjskie z czosnkiem niedźwiedzim i kapusta w sosie chrzanowym

Ostatnio wracając domu przez kawałek zieleni zauważyłem wyjątkowo rzucające się w oczy wysokie kwiaty, które lubią sobie rosnąć pod płotami. Spieszyłem się i nie miałem przy sobie odpowiedniego wyposażenia, dlatego tylko wyrwałem jeden sprawdzając czy interesujący mnie towar znajduje się w korzeniach. Wynik był pozytywny, więc postanowiłem wybrać się na łowy. 
Z racji tego, że polowanie przypadło na porę poobiednią, a pora poobiednia to pora po pracy, z kolei dość szybko robi się ciemno, dlatego oprócz worka, do którego będę wkładał moje zdobycze i rękawiczek, musiałem się również zaopatrzyć w latarkę czołową. Nie wiem czy fakt, iż przechodzący przez skwer ludzie jakoś często wybierali drogę koło mnie zawdzięczam temu, że z uwagi na porę myśleli, że robię coś nielegalnego, czy może brali mnie za wariata, a może jedno i drugie. Chciałbym, naprawdę chciałbym, żeby któremuś chodziło o poszerzenie swoich horyzontów, ale spotkanie kogoś przy takiej okazji jest tak trudne, jak to określił David McCallum w filmie Mosquito Squadron - "Jak splunięcie prosto w oko oficerowi lotnictwa z okna przejeżdżającego ekspresu :) W każdym razie nakopałem tego całą torbę i postanowiłem jakoś przyrządzić. Zdecydowałem najprościej jak się da, upiec. Żeby przełamać smak, postanowiłem podać z czerwoną kapustą.
Zaniosłem to dzisiaj do pracy żeby poszerzyć horyzonty współpracowników, dlatego zdjęcie z zakładowej stołówki.

Składniki:
- bulwy topinamburu aka trufli kanadyjskich aka karczochów jerozolimskich
- czosnek niedźwiedzi
- kapusta czerwona 
- chrzan tarty
- ocet


Wykonanie:
Topinambur obieramy, co zajmie nam pewnie sporo czasu, polewamy olejem i wkładamy do piekarnika nastawionego do poziomu 180 stopni Celsjusza na około 20 minut. Posypujemy czosnkiem niedźwiedzim.
Kapustę trzemy, dodajemy chrzanu i trochę octu.

czwartek, 24 października 2019

Frito pie

Dzisiaj przypada amerykański Dzień Jedzenia. Nie będziemy się specjalnie skupiać na samej "Ameryce", co raczej na genezie powstania tego dnia. Po II Wojnie Światowej koncerny żywieniowe starały się wprowadzić do amerykańskich (i nie tylko) domów jedzenie, które do tej pory było produkowane dla wojska. Na jedzeniu przetworzonym marża była znacznie większa niż na półproduktach, także było się o co starać. Na początku ze słabym skutkiem. Co prawda masowe zatrudnianie się przez kobiety zaczęło się trochę wcześniej, jednak ten trend w pewnym tempie postępował.  Kiedy kolejne kobiety chciały wyjść z roli gospodyń domowych, doprowadzało to, delikatnie mówiąc do pewnych nieporozumień w rodzinie. Producenci żywności uważający tradycyjne gotowanie za największa przeszkodę, doskonale wiedzieli do której części uczuć się zgłosić i zaczęli przedstawiać gotowanie jako czynność stresującą, przestarzałą, a nawet jako formę niewolnictwa. W dodatku dostarczyli produkt, który zapracowana kobieta mogła przygotować swojemu mężowi w mgnieniu oka, a nawet on, nie posiadając specjalnych zdolności mógł zrobić sobie sam. Tak w latach 70-tych jedzenie w paczkach, czy innych pojemnikach, trafiło do domów. Był tylko jeden problem - koncerny nie gotują tak jak w domu. Nie wierzycie? Spójrzcie na skład :) W dodatku to jedzenie wcale nie było tanie. W ramach przeciwdziałania temu co spowodowała industrializacja przemysłu żywieniowego, czyli niezdrowym trendom odżywiania, wprowadzono Dzień Jedzenia, który przypadał na 24 października. Problem był taki, że ten dzień musiał się mierzyć z "biznesem" dysponującym wielką kasą, dlatego obchody nie trwały długo i już kilka lat później o nim zapomniano. 
W 2011, kiedy problem chorób spowodowanych złą dietą stał się tak poważny, że skala jego mogła zagrozić rynkowi pracy i sile nabywczej konsumentów przez ich znaczną redukcję, przypomniano sobie o tym dniu i obchodzi się go do dziś. Jako, że USA od lat mówi ludziom jak mają żyć, obchodzimy tego dnia również Światowy Dzień Walki z Otyłością, co trochę świadczy o specyficznym poczuciu humoru :)

Danie, które dziś Wam zaserwuję, to kwintesencja tamtejszej kuchni. Indiańska podstawa w sztucznej torbie z średnio zdrowymi przekąskami. Średnio, bo jednak te kukurydziane są trochę zdrowsze od chipsów ziemniaczanych :)

Składniki:
- puszka czerwonej fasoli
- koncentrat pomidorowy
- kukurydza konserwowa
- paczka nachosów
- chilli


Wykonanie:
Fasolę wlewamy do garnka wraz z zalewą, dodajemy koncentratu oraz kukurydzy i gotujemy. Dodajemy chilli.
Paczkę nachosów rozcinamy wzdłuż dłuższej krawędzi i dodajemy przygotowany wcześniej, jeszcze ciepły sos.

środa, 16 października 2019

Kurdyjski sawer

Ja powiem szczerze nie byłem nigdy w Kurdystanie, ale znalazłem to danie na blogu pewnej Kurdyjki, który zafascynował mnie tym, że pokazuje proste potrawy, czyli takie, jakie naprawdę jedzone są w tej części świata w przeciętnym domostwie, a nie takie jakie byłyby ewentualnie serwowane w restauracjach. 
Nie ukrywam, że do napisania tego postu zainspirowały mnie wydarzenia ostatnich dni, ale od początku. Jakiś czas temu w Syrii wybuchła wojna. Zasadniczo nikt specjalnie się tym nie interesował, ale większość usłyszała o tej wojnie przy okazji wiadomości o uchodźcach, którzy mieli, wjechać do naszego kraju i zburzyć niespotykany w pozostałych częściach Europy klerykalizm i zastąpić go właściwie podobnym tworem, ale swoją wersją. Dodatkowo, jak jest wojna, to są prowadzone działania wojenne. Czasem wybiegają poza tereny zmilitaryzowane. Słyszeliście kiedyś o polskim oddziale Armii Krajowej - Zagra Lin? To takie specjalne komando do przeprowadzania zamachów na terenach wroga. No cóż. To nie jedyna ekipa, która ma takie pomysły, bo, jeden z tworów, który powstał podczas wojennej zawieruchy wojennej w Syrii, tzw. ISIS, również miało takie pomysły i postanowili zorganizować kilka zamachów na terenie Europy, którą uważają za wroga.  To drugi aspekt wojny w Syrii, o którym na pewno słyszałeś, drogi czytelniku. Dlaczego ostatnio o nim nie słyszysz? Bo wspomniani wyżej Kurdowie, przy pomocy USA i Francji, po prostu, że się tak młodzieżowo wyrażę, zaorali, ISIS - Państwo Islamskie, wybijając lub więżąc jego bojowników. Wytłuc to jedno, ale wypadałoby przedsięwziąć działania prewencyjne, dlatego poszli o krok dalej, krzewiąc wyjątkowo postępowe jak na te tereny idee, tym samym osłabiając pozycję fundamentalistów. I każdy myślał, że już koniec, ale...
Całą sytuację popsuła, kilka dni temu, Turcja, która od jakiegoś czasu jest bardzo bliska ideologicznie z ISIS, z którymi zresztą prowadziła interesy i rozpoczęła na terenie kontrolowanym przez Kurdów czystki etniczne, przy pełnym poparciu Al-Kaidy (to ci od World Trade Center). Stało się tak dlatego, że dotychczasowi sojusznicy Kurdów - USA, olali sprawę i pojechali do siebie. Dlaczego o tym piszę, drogi czytelniku lub droga czytelniczko, skoro stronie na tym blogu od polityki? Ponieważ istnieje tu prosta zależność pomiędzy silnymi Kurdami, a bezpieczeństwem każdego z nas, czyli, są Kurdowie, nie ma ISIS. Nie ma ISIS, nie tyle, że nie ma zamachów, bo przykład Breivika pokazuje, że nawet u nas świrów nie brakuje, ale na pewno jest mniej. Tym bardziej, że siły tureckie uwolniły też spora ilość bojowników ISIS, narażając europejczyków na kolejne zamachy. A bezpieczny ja, to kolejne przepisy, bezpieczny Ty czytelniku lub czytelniczko, to więcej odbiorców mojego bloga :)
Wojna kosztuje. Skąd Turcja ma kasę na realizowanie swojej polityki? Z wczasów All inclusive - to taka kulinarna rozrywka, której nigdy nie zrozumiem :)

Składniki:
- kasza bulglur
- cabula
- przecier pomidorowy


Wykonanie:
Cebulę podsmażamy. Dodajemy kaszy i jeszcze chwilę smażymy. Dolewamy wody, dodajemy koncentratu i gotujemy aż zmięknie, ewentualnie dolewając wody. 

czwartek, 10 października 2019

Gruzińska łódź podwodna

Zważywszy jaka była forma kanapek w PRL oraz ich rola, utarło się, że kanapka - kawałek pieczywa z dodatkami, nie może być pełnoprawnym, a już w ogóle wykwintnym daniem. No chyba, że jest to pizza, ale o Włochach, jako geniuszach marketingu pisałem już wiele razy. 
Inaczej rzecz ma się w pozostałych zakątkach świata i tak np. w takich Stanach Zjednoczonych Ameryki wczoraj był dzień poświęcony kanapce, którą nazywają łodzią podwodną, z angielskiego submarine. Z takich kanapek słynie pewna znana w Polsce sieciówka, która ma to nawet w swojej nazwie :) Skąd ta nazwa? Spójrzcie na taką kanapkę, potem na łódź podwodną i znów na kanapkę. Jak dalej nie wiecie czemu, to przyglądajcie się dalej.
W Gruzji mają taką sałatkę - pchali, z tym, że dość osobliwie podaną. Są to różne warzywa zmielone z orzechami. Właściwie jesteśmy tu ograniczeni własną wyobraźnią, bo możemy ją zrobić z bardzo wielu składników, a i podać ją możemy na rozmaite sposoby. Od podania w pojemniku, przez rozsmarowane na pieczywie, po ulepione kulki. 
Postanowiłem ją wykorzystać do zrobienia mojej wersji kanapki, tym bardziej, że Gruzja, mimo tego, że leży nad morzem, nie ma w swoim posiadaniu okrętów podwodnych.

Składniki:
- buraki
- fasola szparagowa zielona
- szpinak świeży
- orzechy (najlepiej włoskie)
- ocet
- półbagietka



Wykonanie:
Buraki gotujemy i miksujemy z orzechami. Dodajemy trochę octu i formujemy kulki.
Fasolkę gotujemy, a szpinak parzymy wrzątkiem. Miksujemy razem z orzechami i oczywiście odrobiną octu.
Bułkę kroimy wzdłuż, smarujemy masą zieloną, wkładamy czerwone kulki i jeśli nie jest dla Nas wystarczająco kwaśne, możemy dodać musztardy.

piątek, 4 października 2019

Kania à la schabowy

Według wierzeń ludowych Kania, to piękna dziewica pod postacią ptaka, która porywała małe dzieci nęcąc je smakołykami. Może dlatego ta czubajka dostała taką nazwę, gdyż jest bardzo smaczna. Tego nie wiem. Wiem na pewno, że jeśli na biologii zapytają kogokolwiek o kwestię doboru naturalnego, to kania jest tego najlepszym przykładem. Właściwie nie tylko sama kania co fakt, że ludzie potrafią pomylić z nią muchomora sromotnikowego. Teraz wygooglujcie sobie jak wygląda kania oraz jak wygląda muchomor sromotnikowy i już będziecie wiedzieć o co chodzi z tym doborem naturalnym.
Danie, które postanowiłem przygotować, jest genialne w swojej prostocie. Celowo nazwałem je "à la schabowy", a nie "schabowy z kani", żeby nawet najwięksi malkontenci nie mieli się do czego przyczepić. Schabowy bowiem, to kotlet ze schabu, natomiast à la schabowy, wskazuje na sposób przygotowania, czyli bardzo podobny.

Składniki:
- kapelusze kani
- mąka 


Wykonanie:
Kanie moczymy godzinę w wodzie. Spowoduje to, że różni najdrobniejsi mieszkańcy lasu opuszczę zakamarki pomiędzy jej blaszkami. Do tego trochę nam nasiąknie wodą, dzięki czemu bardzo łatwo będzie nam się ją obtaczało w mące. Kiedy obtoczymy ją całą, smażymy z dwóch stron, aż będzie rumiana.