piątek, 14 grudnia 2018

Wołowan ziemniaczany

Co do zasady, kiedy dyskutujemy na jakiś temat, albo kiedy wysuwamy jakieś odważne tezy, dobrze mieć przygotowane do tego jakieś materiały źródłowe. Przy czym, co do zasady, publicystyka lub memy internetowe, nie są materiałem źródłowym. Może kiedyś będą, ale najwcześniej za 500 lat :) Przede wszystkim dlatego, że taki dowód to, żaden dowód, ale też dlatego, że się nie ośmieszycie. Najlepszym materiałem źródłowym są książki, przy czym wartościowe w tej kwestii są raczej te, które nie zostały wydane przez jakieś małe wydawnictwa specjalizujące się w spiskach i mitologiach, a raczej wyspecjalizowane wydawnictwa naukowe. Tak właśnie dotarłem do tego dania.
W całym polskim internecie nie ma w ogóle o nim wzmianki. Co do samego czasownika wołować, też nie wiadomo co oznacza. Tzn. może i ktoś to wie, ale ja nie mogłem znaleźć jego znaczenia.  Wiem, że potrawa nie ma nic wspólnego z wołowiną, chyba, że kształt krowiego placka. Myślę sobie, że ta potrawa musi mieć rodowód wschodni, ale nie mówię tu o wschodnim brzegu Wisły, ale raczej wschodnim brzegu Buga. Być może jakiś czytelnik z tamtego regionu zweryfikuje to co tutaj napisałem, gdyż bardziej od tego, żeby mieć rację wolę nie żyć w błędzie :)
Skąd zatem wziąłem to danie, mając na uwadze to, żeby się nie ośmieszyć? Z materiałów źródłowych, a konkretnie z książki kucharskiej z 1988 roku wydanej przez Państwowe Wydawnictwo Rolnicze i Leśne.  
Właściwie podam Wam przepis na samą podstawę, a wypełnienie, to już możecie sobie zrobić jakie tylko chcecie.

Składniki:
- ziemniaki
- mąka
- farsz


Wykonanie:
Ziemniaki gotujemy, studzimy i gnieciemy. Dodajemy trochę mąki i ugniatamy masę. Przepis podaje, żeby wrzucić ją do tutki cukierniczej i najpierw wycisnąć podstawę, a następnie ścianki, ale ja poradziłem sobie tak, że położyłem spłaszczoną kulę na blaszce i zrobiłem wgłębienie za pomocą denka od szklanki. NIE BRZEGU JAKBYM WYCINAŁ OBWARZANKI, TYLKO DENKIEM :)
Możecie położyć we wgłębienie jakiś farsz, a następnie włóżcie to do nagrzanego do 180 stopni Celsjusza piekarnika na jakieś 20 minut. 
335 lat ziemniaka na polskiej ziemi

335 lat ziemniaka na polskiej ziemi


sobota, 8 grudnia 2018

Hash browns

Danie z okazji akcji ziemniaczanej organizowanej na agregatach blogów kulinarnych.
Coś pomiędzy rösti a plackami ziemniaczanymi. Pomiędzy, bo rösti robi się z ziemniaków ugotowanych, a z kolei ziemniaki na placki są drobniej starte i pomieszane często z mąką.
Podczas gdy pierwsze wzmianki o rösti pochodzą z XVI wieku, pierwsze wzmianki o hash browns pochodzą z końca XIX wieku, jakoby miało być serwowane w najlepszych nowojorskich hotelach. Na dobre, czyli dla większości społeczeństwa rozpowszechniło się w latach pięćdziesiątych XX wieku, kiedy stało się daniem śniadaniowym w przydrożnych motelach. Dla mnie to kolejny ciekawy i prosty sposób przygotowania ziemniaków, który możemy podać z dowolnym sosem.

Składniki:
- ziemniaki


Wykonanie:
Ziemniaki obieramy i kroimy na tarce o grubych oczkach. Wrzucamy do wody, żeby wypłukać skrobię. Mieszamy, wylewamy wodę i powtarzamy zabieg. Wrzucamy do durszlaka i czekamy aż obcieknie z wody. Kładziemy ziemniaki na patelnię i czekamy aż się przypieką od spodu. Jak już będą brązowe, przewracamy po kawałku na drugą stronę i podsmażamy do tego samego etapu co poprzednią stronę, czyli do brązowości - jak sama nazwa wskazuje.

335 lat ziemniaka na polskiej ziemi

335 lat ziemniaka na polskiej ziemi

piątek, 30 listopada 2018

Domowe Rice-A-Roni

Każdy lubi jeść. Oczywiście, zaraz będą głosy w stylu -JA NIE, ale to w statystyce nie ma żadnego znaczenia. Idąc dalej. Czy wiecie jakie jaka jest najczęstsza odpowiedź na pytanie - KTO TO UGOTUJE? Od czasów starożytnych zawsze ta sama - znowu - JA NIE :) Zresztą tą zasadę można odnieść do każdej czynności.
Co możemy w takiej sytuacji zrobić? Biorąc pod uwagę, że nie ma w okolicy takich ludzi jak ja, którzy to lubią.
Scenariusz A - ktoś mądrzejszy namawia tego bardziej naiwnego. Może to zrobić za pomocą różnych kwestii motywacyjnych, zazwyczaj robi się to za pomocą przeróżnych mitologii lub ewentualnie sag o herosach.
Scenariusz B - zlecamy taką pracę komuś innemu odpowiednio go za to wynagradzając.

Skupmy się na drugim scenariuszu. Ludzie w takich społeczeństwach jak amerykańskie coraz więcej pracują, dzięki czemu mają mniej czasu na gotowanie. Teoretycznie mają też więcej pieniędzy, choć to nie jest takie proste, bo gdyby ilość zarobionych pieniędzy byłaby wprost proporcjonalna do włożonej pracy, to XIX-wieczni górnicy byliby magnatami :) Ta część, która ma trochę więcej szczęścia, dysponuje takim budżetem, że może zlecać to w restauracjach. Druga część, też by chciała zlecić, ale na restauracje specjalnie ich nie stać. Mogą to za to zlecić naukowcom i fabrykom. Z takim właśnie produktem wyszła firma Pepsi rozszerzając swój asortyment z napojów na jedzenie. Tak powstało Rice-A-Roni.
Z racji tego, że nigdy nie byłem za oceanem o tym daniu usłyszałem od znanego amerykańskiego komika Georga Carlin'a, w którym podczas swojego krótkiego występu zastanawia się dlaczego Amerykanie myślą, czego wyrazem jest slogan God Bless America, że są jacyś wyjątkowi w oczach Boga. Bardziej wyjątkowi niż ich wrogowie wierzący w tego samego itp. Jedną z przyczyn jakie wskazuje, to przeświadczenie, że Bóg bardziej lubi Amerykę bo mają 18 smaków Rice-A-Roni. To było dawno bo teraz jest ich 25. Tak więc skoro to danie jest tak wyjątkowe, musiałem je przygotować w najprostszej wersji. Tym bardziej, że podrobienie go jest znacznie prostsze niż flagowego napoju tej firmy :)

Przy okazji zrobiłem sobie zdjęcie z dolarem, bo wyrosłem z pokolenia, które dolary uznawało za symbol luksusu. To nie jest tylko dolar. Niejaki Steven Spielberg powiedział kiedyś:
Po co płacić dolara za zakładkę do książki, skoro można użyć dolara jako zakładki.
Dlatego mój dolar, dzięki japońskiej sztuce Origami, jest złożony w zakładkę. Przy okazji popisuję się, zupełnie jak ci wszyscy, którzy robią sobie zdjęcia na tle wynajmowanych regałów lub, o zgrozo, na tle fototapety z takowymi, że czytam książki. Dzięki temu wzrasta moja samoocena. 

Składniki:
- ryż
- makaron spaghetti
- cebula
- papryka słodka w proszku
- czosnek granulowany


Wykonanie:
Makaron łamiemy na 4 lub 5 części. Cebulę kroimy drobno w kostkę. Podsmażamy wszystko chwilę z ryżem i dodajemy trochę wody, cały czas mieszając, żeby się wchłonęła. Jak się wchłonie to dodajemy jeszcze trochę i mieszamy. Czynności powtarzamy dotąd, aż wszystko będzie miękkie. Dosypujemy przypraw i jemy. Idealne do pracy :)

czwartek, 22 listopada 2018

Do czego inspirują mnie dzieci, czyli makaron ze śmietaną i jabłkiem

Moje kontakty z dziećmi można uznać za pewien rodzaj zimnej wojny :) Nie mam (a przynajmniej nikt się do mnie w tej sprawie nie zgłosił :)), mieć nie mam zamiaru, przy czym nie wiem czy bardziej dlatego, że tak bardzo kocham swojego ewentualnego potomka, że nie chcę go wysyłać na ten świat, czy po prostu uważam, że ten świat na moje dziecko nie zasługuje :) Jest jeszcze trzecia możliwość. Po tym jak sam, w wyniku eksperymentowania z amunicją, jako dziecko dorobiłem się rany postrzałowej (mam kawałek metalu w przedramieniu), nie wiem czy świat jest gotowy na moje dzieci :)
Unikam sytuacji, w której musiałbym takiego osobnika gościć z tego samego powodu, dla którego nie mam kota, dzięki czemu mogę wszystko zostawić na wierzchu, bo mój pies nie sięga tak wysoko:) Jeśli już takowego goszczę lub goszczę u takowego, to pozostajemy w chłodnych relacjach. W myśl tej zasady ośmiolatka, z którą, z racji pewnej funkcji pozostaję mam jakieś tam kontakty powiedziała mi ostatnio, że nie chce jej się ze mną gadać, bo i nie ma o czym :) Także widzicie, że to działa w dwie strony :)  Nie uważam, ponad to, żeby była na mnie nałożona święta jakaś święta misja w tej dziedzinie, tylko dlatego, że ktoś kiedyś myślał w ten sposób. Jak pisał znany rosyjski hrabia Lew Tołstoj:
Najczęściej spotykani konserwatyści — to młodzi ludzie. Młodzi ludzie, którym chce się żyć, ale którzy nie myślą i nie mają czasu pomyśleć o tym, jak trzeba żyć, i dlatego wybierają sobie za wzór to życie, które było.
Ja miałem czas pomyśleć i to właśnie wymyśliłem :) W przeciwieństwie do przedszkolanek, które miały mnie pod opieką, ja nie udaję, że lubię dzieci :)
Co nie zmienia faktu, że jednak jestem osobą otwartą i wszelkie objawy dyskryminacji tylko ze względu na wiek są mi obce. Jako taki, bywa, że zostaję zainspirowany przez dzieci. W pracy wykorzystujemy zasadę five why. Na czym ona polega? Pewnie nie raz dziecko zadało wam pytanie a dlaczego? Po czym kiedy odpowiedzieliście, dostajecie kolejne - A dlaczego? Jest to bardzo dobra metoda rozwiązywania problemów. Dotąd pytamy, a dlaczego, aż znajdziemy prawdziwe źródło problemu. Cała idea rozmowy z wyimaginowanymi przyjaciółmi również jest zaczerpnięta od dzieci. Jedni mówią w pracy do gumowej kaczki (dosłownie), a przez mówienie dostają natchnienia, a inni doznają ukojenia.
Ostatnio byłem w sklepie. Zazwyczaj kiedy spotykam tam dzieci, to nie spotyka mnie z ich strony nic miłego. Albo mnie któryś kopnie, albo pomyli z ojcem, a kiedy odkryje pomyłkę, zaczyna płakać i naraża moją empatię na próbę, albo wpadnie pod nogi, ze względu na ograniczone pole widzenia.  Natomiast ostatnio jedne dziecko zostało źródłem inspiracji, kiedy mówiło do mamy, że chce makaron ze śmietaną i z jabłkami. Myślę sobie - O! tego jeszcze u mnie nie było, a że jabłka, w wyniku największego urodzaju od dekad są w końcu tańsze od bananów, postanowiłem to zrobić. 

Tak moi drodzy, Tak wygląda jedzenie, które nosi się do pracy. To mówię wszystkim tym, którzy nie korzystają w pracy z cateringu, stołówki, diet przynoszonych pod drzwi itp. Gourmet pełną gębą :) Kolor jeszcze lepszy, bo jabłka oksydowały :)

Składniki:
- makaron
- jakaś śmietana
- jabłka


Wykonanie:
Makaron gotujemy według opisu na opakowaniu.
Jabłka trzemy na tarce o grubych oczkach tzw. na zapałkę.
Mieszamy wszystko razem, dodając śmietany.

czwartek, 15 listopada 2018

Medaliony ze szwedzkiej sieciówki z okazji dnia sprzątania lodówki

Z lodówką, zwłaszcza w zakładach pracy, gdzie jest wspólna, a zarazem nikogo jest taki problem, że pewne produkty chowają się przed nami w obawie, że zostaną zjedzone. Kiedy nie można ich już zjeść, chowają się jeszcze bardziej w obawie przed wykluczeniem społecznym. Niestety potem umierają, a zawsze jeśli ktoś umiera schowany i nie zostanie odkryty na czas, dostarcza on niemiłych wrażeń najbliższemu otoczeniu. Po to właśnie wymyślono dzień sprzątania lodówki, który wypada na 15 listopada, aby takich wrażeń było jak najmniej.
Taki dzień, nawet nie tylko raz w roku, ale nawet raz w miesiącu, a w idealnym świecie i raz w tygodniu, powoduje, że mniej jedzenia się marnuje. My mamy więcej pieniędzy, a podpalacze wysypisk mniej pracy.
Postanowiłem wyczyścić lodówkę i zużyć brokuła, który zmieniał swoją barwę. Podobnie jak na mojej głowie nie pojawiają się włosy siwe, tylko srebrne, tak i brokuł zaczął przybierać barwę złotą. 
Ostatnio byłem w sklepie znanej szwedzkiej sieci handlowej, która ma również rozwinięte zaplecze gastronomiczne dla swoich klientów. Co prawda słynie głównie z hot-dogów i pulpetów, ale zauważyłem tam też coś, co jest tam zawsze, czyli medaliony z brokuła i ziemniaków. Nie znam dokładnego przepisu, ale postanowiłem zrobić coś podobnego. 
Nie wiem czy to się klasyfikuje do kuchni skandynawskiej, ale spróbujemy :)

Składniki:
- ziemniaki
- brokuł



Wykonanie:
Ziemniaki i brokuł gotujemy. Ze względu na różny czas dochodzenia, robimy to w osobnych garnkach. Ziemniaki tłuczemy, dodajemy pokrojonego brokuła i mieszamy. Powinien być do tego specjalny przyrząd, który robi nam eleganckie krążki o prostym rencie, ale ja takiego nie mam, dlatego ulepiłem ręcznie. 
Wkładamy do nagrzanego piekarnika do poziomu 150 stopni Celsjusza i pieczemy jakieś 20-30 min.


Kuchnia skandynawska 2018

czwartek, 8 listopada 2018

Lapskaus

Kolejne danie, które, sam nie wiem, czy zauroczyło mnie swoją prostotą, czy egzotyczną nazwą. Tym razem z Norwegii. Ten jeden z bogatszych krajów świata, jest znany szerokiej publiczności jako kierunek emigracji wykwalifikowanych robotników. Wymyślono tam spinacze biurowe, ale o tym akurat nikt nie wie :) 
Mnie dodatkowo (uwaga trochę prywatnej dygresji :) ) kojarzy się z czym innym. Tak się złożyło, że na zakończenie mojej kariery studenckiej napisałem książkę naukową, zwaną pracą magisterską. Tematem tej pracy były zależności pomiędzy terroryzmem, a gospodarką - w obie strony :) Jako, że postanowiłem pracę napisać sam, przeczytałem wiele publikacji i materiałów na ten temat, a nawet Koran, zresztą niesamowicie nudna książka, jak wszystkie tego typu mitologie, które nie zostały przełożone na ludzki język za pomocą takich autorów jak np. Parandowski. Koniec wstępu/dygresji (niepotrzebne skreślić), przejdźmy do rzeczy. 
Norwegia kojarzy mi się z całkiem sporych rozmiarów (77 osób) i, to muszę przyznać, z perspektywy kogoś kto naukowo zajmował się tematem, bardzo dobrze zaplanowanym zamachem terrorystycznym. Sytuacja o tyle ciekawa, że w kraju, w którym od czasów wojny zginęło tylko 10 policjantów, nikt nie był na coś takiego przygotowany, przy okazji psując tezę, że każdy terrorysta to muzułmanin, gdyż sprawca Anders Breivik nie ukrywał swojego chrześcijańskiego sposobu życia. Mnie, który sporo publikacji na ten temat pochłonął, to osobiście nie zdziwiło, bo agresywnych fundamentalistów możemy znaleźć nawet u buddystów, ale opinię publiczną wychowaną na memach internetowych, jak najbardziej. Po całym zamachu, a konkretnie obserwując pobyt sprawcy w więzieniu, Norwegia stała się pośmiewiskiem, w niektórych kręgach, jakoby niezbyt surowo traktuje więźniów. Można się śmiać, ale tylko do momentu, aż porównamy sobie odsetek więźniów, którzy ponownie wracają za mury więzienia.
Norwegia słynie również z tego, że w czasie II Wojny Światowej, znajdowała się tu fabryka ciężkiej wody, która gdyby nie została poważnie uszkodzona, mogłaby odmienić losy tego konfliktu, przyspieszając niemieckie badania nad bombą atomową i teraz świat mógłby wyglądać jak w słynnej powieści Philipa. K. Dicka - Człowiek z Wysokiego Zamku. Piszę o tym dlatego, że danie, które zaprezentuję wygląda jak typowa kuchnia niemiecka :)

Składniki:
- ziemniaki
- marchewka
- cebula
- jakieś parówki


Wykonanie:
Ziemniaki, marchewkę i cebulę podsmażamy na oleju, a następnie dodajemy trochę wody i dusimy pod przykryciem, aż zmiękną. Dodajemy pokrojone parówki i jeszcze chwilę dusimy. 


Kuchnia skandynawska 2018

piątek, 2 listopada 2018

Pannukakku

Tym razem kuchnia z kraju, co do którego, niektórzy twierdzą, że takowy nie istnieje - Finlandii. Pisałem już o tym tutaj. Fińskie dania są bardzo atrakcyjne, gdyż proste dania mają tam świetne nazwy.
Finlandia słynie również z wódki a właściwie jej ciekawego zastosowania. Wiem, że wielu z Was teraz myśli o tej sztandarowej z nazwą kraju, ale nie o tą mi chodziło. Kiedy podczas agresji sowieckiej na Finlandię okazało się, że stosunek czołgów tych pierwszych do drugich był 100 do 1, trzeba było znaleźć jakieś rozwiązanie. Okazało się, że czołgi niekoniecznie dobrze radzą sobie z ogniem, zwłaszcza tym, który łatwopalny płyn rozprowadza po szczelinach. Mocny alkohol, którego produkcja jest tak tania, że rząd musiał wprowadzić akcyzę, żeby można było dać w ogóle jakąś cenę, nadawał się do tego celu znakomicie. 
Technicznie rzecz biorąc pannukakku to naleśnik, tylko grubszy i pieczony. Złośliwi twierdzą, że Finowie wymyślili go, żeby nie marnować tłuszczu na smażenie, aczkolwiek ja dodaję trochę oleju. O dziwo, pieczony naleśnik, pomimo braku spulchniaczy, nie jest w środku zbity, a całkiem napompowany.
Naleśnik, jak to naleśnik, możecie jeść z czymkolwiek, ale ja chciałem po ichniemu, z dżemem z borówek brzusznic. W sklepie jest bardzo drogi, ale ja miałem domowej roboty z nazbieranych owoców w lesie.

Składniki:
- mąka
- woda
- olej


Wykonanie:
Z wody i z mąki robimy ciasto naleśnikowe. Wlewamy do foremki, a ją samą umieszczamy w nagrzanym do 150 stopni Celsjusza piekarnika. Piecze się to całkiem długo. U mnie to ok 50 minut, ale po 30 minutach polecam sprawdzać patyczkiem. 



Kuchnia skandynawska 2018


piątek, 26 października 2018

Kasza po wolkańsku

Wolkan to planeta z uniwersum Star Trek, o którym więcej pisałem tutaj. W wyniku wielkiej wojny, która niemal doprowadziła do eksterminacji, Wolkanie się opamiętali i postanowili wdrożyć pewien styl życia, który wymagał od nich pozbycia się wszelkich emocji i kierowania się tylko zasadami logiki. Co jest istotne z kulinarnego punktu widzenia, mieszkańcy tej planety są wegetarianami.
Jaka jest geneza tego przepisu? Najbardziej rozpoznawalnym Wolkaninem był Spock, który był jedną z najbardziej charakterystycznych postaci w Oryginalnej Serii Star Trek. Tak się złożyło, że Leonard Nimoy, który urodził się w rodzinie żydowskiej. Jednym z ciekawszych dań kuchni żydowskiej z Europy wschodniej, które dzięki książce kucharskiej wydanej w USA szybko przeszło do mainstreamu jest kasha varnishkes. Co znaczy kasza, to raczej nikt nie ma wątpliwości. Varnishkes z kolei to rodzaj makaronu - farfalle. Sam Nimoy bardzo lubił to danie, natomiast zwykł jadać je trochę inaczej:

Danie jest szczególnie smaczne, podawane z pieczonym sosem pieczeniowym. Jeśli chcesz pozostać tradycyjnym wolkańskim wegetarianinem, możesz zrobić brązowy grzybowy sos i użyć go zamiast tamtego.
Ostatnio nazbierałem całkiem sporo grzybów, które jak się okazuje, rosną nawet kilkadziesiąt metrów pod powierzchnią ziemi, dlatego postanowiłem przyrządzić właśnie taką wersję. Nie mogłem jej nazwać varnishkes, bo użyłem innego makaronu :)

Składniki:
- makaron fusilli
- grzyby
- cebula
- kasza gryczana
- mąka


Wykonanie:
Cebulę obieramy i kroimy w kostkę. Podsmażamy na patelni z pokrojonymi grzybami. Dodajemy trochę mąki, i mieszamy. Dolewamy powoli wodę, cały czas mieszając, aż zrobi się nam gęsty sos.
Kaszę i makaron gotujemy według przepisów na opakowaniu.
Wszystko mieszamy i zajadamy ze smakiem :)

U+1F596

poniedziałek, 15 października 2018

Szwedzki czwartkowy obiad i miasto z kamienia

Tak się złożyło, że poleciałem ostatnio do Sundsvall na północy Szwecji. Oczywiście nie prywatnie tylko służbowo, bo poza tym, że miasto jest zagłębiem szwedzkich firm IT, to turystycznie nie jest zbyt obleganym kierunkiem. Tak jak w przypadku wielu moich podróży, staram się wycisnąć z każdej destynacji ile można i szukam w niej ciekawych miejsc, jak i liznąć trochę obcej kultury głównie kulinarnej. Tak było i tym razem.

Dlaczego Sundsvall nazywane jest miastem z kamienia? Do pewnego momentu było jak wiele tego typu skandynawskich osad drewniane, ale po kolejnym wielkim pożarze postanowili zbudować domy z bardziej praktycznego surowca. Oprócz tego poczynili pewne dodatkowe zabezpieczenia jak np. taki pas ziemi, który w przypadku pożaru miał zatrzymać ogień, aby nie przedostał się do drugiej części miasta. Obecnie zadrzewiony, pełni funkcję dekoracyjną.


Szwedzi są bardzo przywiązani do swojej tożsamości, gdzie nie dali sobie do końca wprowadzić kultury z Azji i najważniejsze święto to letnie przesilenie. Nawet jeśli są ateistami to i tak bardzo często odwołują się do legend. Kolejnym sposobem, traktowanym trochę z przymrużeniem oka są pomniki smoków, w myśl zasady - zwalczaj ogień ogniem. Można je spotkać niemal wszędzie, gdzie każda licząca się w mieście firma ma swojego.


Sundsvall słynie z tego, że w XIX wieku zaczął się tu pierwszy strajk generalny w Szwecji, które to wydarzenie czeka na swój memoriał. Tzn. na nowy, bo stary był niewystarczający :) 
Jest tu również podobno pierwsze kasyno w Szwecji.


Mimo, że w mieście niewiele jest i tak włodaże dokładają wszelkich starań żeby było tu bardzo ładnie. I tak w porcie można spotkać ciekawe rzeźby. Człowiek kot vs kot.


 Oraz bardzo ciekawa, która odzwierciedla tęsknotę Szwedów za dniem :)


No tak bo tam się bardzo szybko robi zimą ciemno. Dlatego w wielu domach możecie zaobserwować lampki na oknach. Oprócz tego, że ma to obecnie wymiar praktyczny, bo wrzuca od strony okna więcej światła, to wzięło się to z ludowej tradycji. Niegdyś wierzono, że jest to swoista latarnia dla członka rodziny będącego na morzu, który dzięki temu wróci cały i zdrowy.


W okolicy są dwie ciekawe górki, jedna ze skansenem, leśnymi szlakami i wierzą widokową. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności wejścia na nią, tym bardziej, że co prawda, ściana prawie pionowa, ale było trochę ułatwień :)


Widok z góry imponujący.


Ale miało być też o kulturze. Zwiedziłem muzeum. Budynek zaskakujący jak na tak małe miasto.


W środku znalazłem domowej roboty "kwierlek", o którym pisałem przy okazji tego wywiadu.


Co mi się szczególnie podobało, to brak podziału na toalety damskie i męskie, dzięki czemu nie trzeba było czekać w kolejce, kiedy druga była wolna.


Ale co ze mnie za Polak jeśli nie piszę o alkoholu :) Alkohol jest dostępny tylko w państwowych sklepach oznaczonych takim symbolem. Ten był czynny do godziny 19:00. Nie muszę chyba pisać, że ceny nie były niskie :)


Natomiast w markecie były darmowe torby foliowe, gdyż ich cena jest prawdopodobnie zawarta w towarach. U nas też zawsze była, a każda kolejna to już tylko zysk dla sklepu.


Każdy kraj ma swoje rytuały. Jeśli pójdziecie do restauracji w Szwecji w czwartek, to prawdopodobnie spotkacie kogoś kto je grochówkę i naleśniki z dżemem.
Jako, że grochówka została wymyślona przez armię rzymską, tu również kojarzona jest z wojskiem i można kupić ją w specjalnych puszkach w stylu militarnym.


Składniki:

naleśniki:
- mąka
- woda
- olej
- dżem truskawkowy

grochówka
- groch
- marchewka
- seler
- pietruszka
- majeranek


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto. Dodajemy trochę oleju i smażymy z niego cienkie naleśniki na patelni. Smarujemy dżemem i zawijamy.
Groch moczymy kilka godzin. Warzywa trzemy na tarce i gotujemy z grochem do momentu, aż nasiona się rozgotują na papkę. Doprawiamy ulubionymi przyprawami i majerankiem.
Podajemy razem, z tym, że jemy najpierw zupę :)
Czasami Szwedzi jedzą do obiadu słodki piernikowy chleb.
Piją głównie kawę, ale, co dla mnie było świetnym pomysłem, zdarza im się pić kisiel z dzikiej róży.

Na koniec widok na Tatry z samolotu. Mimo, że siedziałem w małym samolocie w jednych z droższych linii lotniczych, to i tak mniejszy tłok niż na Giewoncie, a stosunek ceny do jakości lepszy niż w Zakopanem :) Reasumując. Jeśli Tatry to tylko stąd :)



piątek, 5 października 2018

Obiad z U-Boota

Swego czasu otrzymaliście ode mnie wpis dotyczący życia na U-Boocie, a także jakie desery tam jadano. Zainteresowanych odsyłam tutaj. Tym razem otrzymacie wpis o tym co jedzono tam na obiad. 
W przeciwieństwie do poprzedniego wpisu, który był oparty tylko na źródłach historycznych, ten oprę na beletrystyce, ale nie byle jakiej. Wiecie co różni Emile Zola, Elizę Orzeszkową oraz Marię Konopnicką od Henryka Sienkiewicza i Aleksandra Dumas? Ci pierwsi pisali o czasach, w których sami żyli dzięki czemu ich rzeczywistość była bliższa prawdzie. Bliższa, bo, jestem pewien każdy miał swój subiektywny punkt widzenia, który chciał obronić, stąd pewnie pewne podkoloryzowania, ale zasadniczo były to potencjalne fakty. Choć oczywiście Daniel Olbrychski ma na ten temat inne zdanie :)
Dlatego też książka Okręt, której autorem był Lothar-Günther Buchheim też prawdopodobnie opisuje historie, które, albo się zdarzyły, albo zdarzyć się mogły. Tym bardziej, że pływał na okrętach podwodnych tego typu. Prawdopodobnie pewne rzeczy również zostały podkoloryzowane, gdyż nie zapominajmy o tym, że książka została napisana po wojnie i jako taka nie mogła zawierać opowieści o tym jak to ktoś z przyjemnością zabijał ludzi w imię Hitlera, ale tego nie wiemy na pewno. Co wiemy na pewno, to to jak wyglądało życie na niemieckiej łodzi podwodnej i to momentami, dla niektórych aż za dużo. Mamy tam opis niemal każdego stanowiska i problemów z nim związanych. Autor stara się przedstawić nam dokładnie jak wyglądała codzienność w ciasnej dusznej puszce, w której każda próba snu była przerywana, a wszystko, łącznie z jedzeniem śmierdziało olejem silnikowym i spalinami. Na powierzchni nie było wcale lepiej, zwłaszcza kiedy trzeba obserwować kilka godzin horyzont za pomocą ciężkiej lornetki, ponieważ każdy za późno wykryty samolot lub niszczyciel był ogromnym problemem. Dużo zabawniej było kiedy padał deszcz i lornetkę trzeba było cały czas wycierać, a już najciekawiej było kiedy był duży sztorm i zbyt rozpędzony okręt mógł przebić falę topiąc ludzi na kiosku. Musicie przyznać, że ktoś kto decydował się na taką służbę musiał być twardy. Niemniej jednak załoga miała w sobie tyle pokory, że sami oddawali ten tytuł komu innemu:
— A mimo to ten, kto u nich pływa na zbiornikowcu z benzyną, to musi być odważny wariat albo nie mieć nerwów. Przy takim gównianym tempie siedzieć tygodniami na samej benzynie i czekać na torpedę? No, dziękuję pięknie! 
Długą chwilę patrzy nieruchomo przez lornetę.
— Twarde chłopaki tam są — burczy potem.
Co mnie urzekło w tej książce, to specyficzne poczucie humoru rodem z jaskini, które jest swoistym wentylem bezpieczeństwa na wszechobecny stres. To kwestia trochę osobista, bo stanowisko, które obecnie zajmuje jest w żargonie IT nazywane "strażakiem" i jako takie obciążone dużym stresem, co również przedkłada się na poziom żartów w ekipie :)
W każdym razie z wielu fragmentów, bo kwestie jedzenia poruszane są nawet przy porównywaniu koloru nieba do pieczonego kurczaka, wyłuskałem jeden, który mnie zainspirował (oczywiście poza ceną jabłek, która w końcu jest niższa niż bananów) do tego wpisu.

— Co to jest? — pytam i słyszę głos Starego za sobą: 
— Placki kartoflane, ziemniaczane, czy jak one się tam nazywają.
Muszę iść do kambuza wraz z nim. Tam sięga po patelnię i smalec. Jeden marynarz przychodzi z centrali z miską pełną startych ziemniaków. Dowódca rozpuszcza smalec i cieszy się przy tym jak uczeń. Podnosi patelnię do góry i przelewa syczący tłuszcz z jednej strony na drugą. Wlewa teraz ziemniaczaną papkę, tłuszcz pryska prosto na moje spodnie. Niby chemik pochylony nad swymi retortami Stary obserwuje, jak ziemniaczana masa ścina się i brązowieje. 
— Zaraz będzie pierwszy z serii! — Stary, marszcząc nos, wciąga unoszący się zapach, a teraz chwyta za trzonek patelni. 
Następuje wielka chwila. Zamach, placek przelatuje w powietrzu,
robi salto i już leży znowu płasko na patelni: złotobrązowy.
Z pierwszego gotowego placka urywamy sobie po kawałku i trzymamy między zębami, unosząc wargi, by nieco przestygł. 
— Fajne, co? — pyta dowódca. 
Kuk musi wstać ze swojej koi i przynieść wielkie puszki z musem jabłkowym. Stopniowo z gotowych placków powstaje spory stos. Jest prawie północ: zmiana wachty w maszynie. Otwiera się właz i umorusany smarami Jednotancerz wchodzi do kambuza. Zaskoczony patrzy na dowódcę i chce szybko przecisnąć się przez pomieszczenie.
— Stój! Stop! — woła do niego dowódca i Jednotancerz staje jak przynitowany do podłogi.
Teraz na rozkaz musi zamknąć oczy i otworzyć usta, a dowódca wpycha mu zwinięty w roladę placek ziemniaczany i jeszcze
rozsmarowuje na tym łyżkę musu jabłkowego. Część musu trafia również na brodę Jednotancerza.
— Naprzód marsz! Następny!
Składniki:
- ziemniaki
- mąka
- jabłka


 Wykonanie:
Ziemniaki obieramy i trzemy na drobnej tarce. Odlewamy trochę soku i dosypujemy mąki, żeby powstało nam lejące się ciasto. Wylewamy na patelnię i smażymy z dwóch stron .
Podajemy ze startymi w taki sam sposób jabłkami.

Dla najbardziej wytrwałych, którym chce się jeszcze czytać, mam również ciekawy fragment, dotyczący zwyczajów kulinarnych na okręcie :)

– No, panowie – pyta niecierpliwie – pewnie nie jesteście głodni? Tymczasem kucharz ma wspaniałe osiągnięcie: zupę przy tej pogodzie..
Zamurowało nas na dłuższą chwilę, ale już jak posłuszne dzieci toczymy się do centrali, gdzie wiszą ubrania sztormowe. Oczyma mego ducha widzę grupę Laokoona, obserwując skręty i korkociągowe ruchy, jakie wykonują panowie inżynierowie i oficerowie pokładowi, by wbić się w dość jeszcze mokre łachy.
Wreszcie siedzimy jak sami störtebekerzy wokół stołu. Dowódca jest wcieloną radością. Karnawałowe przebranie! Nagle łoskot w przejściu: stołowy leży na brzuchu. Obiema rękami trzyma nad głową wazę z zupą. Ani kropla się nie wylewa.
– Tego jeszcze nigdy nie złamało – stwierdza niewzruszony dowódca, a główny mechanik kiwa głową z uznaniem.
– Bez treningu i zaraz taki numer… Rzeczywiście klasa!
Drugi oficer rozlewa zupę do talerzy. Składa się ona z ziemniaków, mięsa i jarzyn. Podczas tej czynności przytrzymuję go silnym chwytem za pas pod kurtką sztormową. Mimo to już przy drugim talerzu wylewa całą chochlę obok.
– Cholerne draństwo!
Zaraz potem główny mechanik wypuszcza swój na pół wypełniony talerz i w ten sposób powiększa znacznie kałużę na stole. Jak bryły lodu z lodowca, który właśnie zaczął pękać, jasne kawałki ziemniaków pływają w ciemnobrązowym rosole pomiędzy poszczególnymi listwami. Przy następnym przechyle na stole pozostają tylko kawałki ziemniaków, rosół znalazł drogę pod listwami i wylewa się na łono dowódcy i czifa. Dowódca rzuca dokoła triumfujące spojrzenie: 
– No, proszę!