niedziela, 27 września 2020

Górskie purée "serowe" i Bieszczady

Bieszczady obrosły największą legendą kiedy to propagandowa machina PRL zorganizowała tam prowadzoną przez harcerzy Operację Bieszczady 40, która w założeniu miała na celu rozruszanie regionu oraz po tym, jak w odpowiedzi na propagandowy wymiar tejże akcji została powołana przez środowiska wolnościowe nieformalna Wolna Republika Bieszczad.  Resztki infrastruktury budowanej przez harcerzy, można tu i ówdzie spotkać, natomiast legenda WRB ciągnęła się za regionem tak długo, że aż stała się uciążliwa, gdyż zjeżdżały tu całe rzesze młodzieży, nazwijmy je antysystemowej, z niezbyt zasobnymi portfelami, które korzystały z dogodnej infrastruktury, umożliwiającej spanie pod dachem bez opłaty. Niestety gmina zlikwidowała miejsca tego typu, gdyż były biznesowo nieuzasadnione, a samo WRB przestało istnieć nawet w głowach z chwilą, gdy jeden z jej najsłynniejszych założycieli znacząco zmienił poglądy :)
Niestety, choć dla mnie stety, nie zadbano o infrastrukturę biznesową, dzięki czemu ruch jest tam znacznie mniejszy niż w pełnych lansującej się klasy średniej i wyższej Tatrach, dzięki czemu można skorzystać z pewnych atrakcji, o których będę pisał później.
Wybrałem się w jednym z najgorszych możliwych okresów, gdyż trzeba być przygotowanym na znacznie więcej warunków pogodowych :)

Podobno przy okazji pokonywania znacznych odległości dobrze jest wyznaczyć sobie jakiś cel. Ja swój wyznaczyłem po drodze na wieży widokowej w Smolniku, na której zupełnie za darmo (szukałem długo wejścia na monety :) ) mamy do dyspozycji teleskop. Tu widok na Połoninę Wetlińską.


Na pierwszy ogień poszła Połonina Caryńska, z uwagi na to, że łatwo zrobić pętelkę z Ustrzyk Górnych, nie musząc wracać po asfalcie, czyli najpierw czerwonym na górę. To jedna z bardziej malowniczych tras, powiedziałbym taka sztandarowa. 


Potem zielonym na Małą Rawkę. Miła odmiana, bo słup betonowy, a nie stalowa kontrowersyjna konstrukcja :)
Tu spotkała mnie bardzo miła niespodzianka. Dwie młode dziewczyny kręciły panoramę szczytu, a ja akurat przechodziłem i delikatnie się potknąłem. Nagle jedna mówi do drugiej - "nagrałaś to?". Byłem przekonany, że w moim wieku i z moim portfelem to w kwestii młodych dziewczyn na zbyt wiele nie można liczyć, ale okazało się, że mój widok był dla nich znacznie bardziej atrakcyjny niż panorama szczytu :) Pozdrawiam, choć raczej tego nie przeczytają :D


Następnie żółtym w jedno z ciekawszych miejsc, czyli trójstyk granic Polska-Ukraina-Słowacja. Gdzie można być w trzech miejscach na raz. Idzie się wzdłuż granicy, więc można spotkać ukraińskich pograniczników w amerykańskich mundurach :)


Potem powrót żółtym i niebieskim, powiedziałbym mocno uregulowanym, do Ustrzyk. Szlak o tyle wymagający, że żółty odcinek to góra-dół-góra-dół. Niebieski już z górki. Najpierw schody a potem kładki.


Natomiast gdybyśmy nie zeszli z Połoniny zielonym, tylko poszli czerwonym do końca do Brzegów, to spotkalibyśmy bardzo stary ukraiński cmentarz z przedchrześcijańskimi symbolami.


Oczywiście trzeba choć raz na pobyt zdobyć Tarnicę. Bawiliście się kiedyś w zabawę - jaki kształt ma ta chmura? Tam można próbować rozszyfrować napis.


Z Tarnicy można zejść tą samą drogą z powrotem do Ustrzyk, albo krótszą drogą do Wołosatego. Minus tego drugiego rozwiązania jest taki, że potem trzeba iść asfaltem, a to żadna frajda, dlatego też żaden wstyd wrócić do Ustrzyk takim środkiem transportu, który zdecydowanie przydałby się na Morskim Oku.


Moją jedną z ulubionych tras jest Połonina Wetlińska. Problem jest taki, że jak się nie obrócimy, to dupa będzie z tyłu, bo z któregokolwiek miejsca nie ruszymy, będziemy musieli potem iść asfaltem, ewentualnie korzystać z małych lokalnych środków transportu, które kursują pomiędzy miejscami startów szlaków. 
U nas wybór padł na czarny, który początkowo wygląda jak szczecińska Puszcza Bukowa, 


ale potem robi się wesoło :) Czasem są schody, co z pozoru jest ułatwieniem, ale tylko na początku. W czym problem? Zasada jest taka, że podejście robi każdy tak jak potrafi, idealne jest tempo - nie obrażając nikogo - emeryckie, czyli małe kroczki. Schody wymuszają na nas odpowiednią wielkość kroku, co przy zmęczeniu bywa trudne. Za to nikt się nie ślizga i lepiej się po nich schodzi, bo kolana nie są tak obciążone. 


Sam szlak został trochę zmieniony z uwagi na prace budowlane, które mają przekształcić słynne schronisko Chatka Puchatka w górski hotel, a teren budowy jest ogrodzony. W tle miejsce, gdzie stało schronisko, a powstanie "San Fransisco".


Oprócz zdobywania szczytów, warto sobie znaleźć dłuższą chwilę na piknik nad rzeką. Zwłaszcza tam gdzie są wodospady. Podobno już starożytni doceniali wpływ szumu wody na leczenie nerwów. Aha, nie stawajcie na kamienie z mchem :)


Jak ktoś chce, mimo wszystko się pokazać na promenadzie, to jest zapora nad Jeziorem Solińskim, która bardzo chce być zakopiańskimi Krupówkami, nawet są tam casualowi osobnicy w kapeluszach Górali Podhalańskich, wyjątkowo daleko od domu :)
Klimat bardzo podobny. Kupa tandety na sprzedaż, toaleta w barze płatna, ba, nawet za zrobienie sobie foty z jeziorem trzeba płacić :D


Z pojedynczych lokalnych atrakcji to np. Sanok z pracami Beksińskiego, choć ja wolę Skansen, ławeczką wojaka Szwejka, pomnikiem Kościuszki i bardzo ciekawą tablicą, można powiedzieć ewenement na skalę kraju. Wyjątkowość tej tablicy polega na tym, że jest wyjątkowo niezgodna z narracją historyczną według, której przed wojną Rzeczpospolita była krajem mlekiem i miodem płynącym, przyjaznym dla Obywateli, a prawdziwe powody do protestów były dopiero po II Wojnie Światowej.


Makieta miasta w Lutowiskach w formie domków dla owadów.


Niedaleko jest plenerowe Muzeum Wypału Węgla Drzewnego. Można sobie zrobić zdjęcie w piecu niczym bohaterowie serialu Wataha.


W miejscowości Baligród, albo jak, z uwagi na wydarzenia, które tam nastąpiły, niektórzy nazywają Diabligród, stoi pomnik ofiar zabitych przez UPA. Pomnik nie ma już tablicy, bo pewnie była mosiężna. Niedaleko w Jabłonkach był też pomnik zabitego tam generała Karola Świerczewskiego, ale już go zlikwidowali, uznając, że jego śmierć zawiera się w tym pomniku.


Jaki jest plus małej ilości ludzi? że przy odrobinie szczęścia możecie mieć ciekawe spotkania. Jak wyjdziecie rano, to możecie spotkać ryczące jelenie. Tylko pamiętajcie, jeleń ryczy, bo ma pełne jaja, a jak ma pełne jaja, to może zechcieć zademonstrować siłę, więc radzę się nie zbliżać. Z kolei w nocy możecie usłyszeć wilki. Mi się zdarzyło usłyszeć wilczą imprezę, czyli cały zestaw odgłosów, nie tylko wycie. Oprócz tego są tu bardzo ładne czarne wiewiórki, no i niekoniecznie musicie jechać nad Solinę, żeby oglądać ryby. Te są w Sanie.


Niestety nie udało się zrealizować planu wycieczek poza szlakami, gdyż na terenach dzikich prowadzone są wycinki drzew i obowiązuje zakaz wstępu.

Co jeść? Jednym z posiłków, który będzie zarówno łatwy do przygotowania, jak i pożywny to taki zestaw w proszku do zalania wrzątkiem.

Składniki:
- purée ziemniaczane w proszku
- płatki drożdży nieaktywnych
- oregano
- sól


Wykonanie:
Purée mieszamy z drożdżami w stosunku 2 : 1. Dodajemy oregano i trochę soli, bo ziemniaki jednak są dość mdłe. Całość powinna mieć smak sera, do czego idealnie komponuje się oregano.

Pamiętajcie. Bieszczady to luźne góry. To nie Tatry i tu się nie liczy jak kto wygląda. Zgodnie z Niepisaną Księgą Zasad niezależnie od wieku możecie mówić do wszystkich "Cześć". Jeśli ktoś się obrazi i nie odpowie, to jego problem nie Wasz, ale zapewniam Was, że 99% odpowie, nawet zakonnice w podeszłym wieku. Wiem, bo sam sprawdziłem :)
Natomiast największym mindfuckiem dla mnie było to, że dowiedziałem się, że słynna na wschodzie, bez której nie może obyć się żadne wesele, ukraińska piosenka Wyprzęgajcie chłopcy konie, puszczana tu prawie przez każdego barmana razem z przebojami KSU i Bieszczadzkimi Aniołami Starego Dobrego Małżeństwa, jest o Marii Nikiforovej, która brała udział w walkach zarówno z caratem jak i Bolszewikami.

Poprawka, nie wszędzie było Stare Dobre Małżeństwo :)



środa, 16 września 2020

Żymła ze sznyclem z kani i Ziemia Raciborska

W ramach tzw. jednodniówek postanowiłem się wybrać na teren Granicznych Meandrów Odry, które są zlokalizowane na tej granicy, która ostatnimi czasy jest przedmiotem sporów zbrojnych. W okolicy jest też kilka opuszczonych pałaców, z czego mi, powiem szczerze, atrakcyjny wydał się głównie jeden z nich. Który jest na tyle atrakcyjny, że w niedziele jest otwarty dla zwiedzających. Konkretnie chodzi o ten w Sławikowie.


Historia tego pałacu jest bardzo typowa, jeśli chodzi o polskie ziemie. Kiedyś ktoś miał dużo pieniędzy, wybudował sobie duży dom, z którego przepych aż bije, ale potem były różne zawirowania, wojny itp. Pod koniec tej drugiej było tu trochę walk i sporo mu się oberwało. Co widać na załączonym obrazku.

potem był nikomu niepotrzebny, a jak nikomu, to wszystkim po trochu i każdy chciał sobie coś zabrać. Potem nastąpiła wolność gospodarcza, a, że nauki wolności gospodarczej pobieraliśmy za oceanem, tak i tym wzorem kto pierwszy lub kto silniejszy tego jest. Można było sobie trochę ugrać. Potem poszło na sprzedaż i klasycznie inwestor nic z tym nie robił i tak zostało do dziś.


Jadąc dalej możemy spotkać elementy elewacji, które wg architektów stanowiły jedyne elementy polskiej sztuki ludowej okresu po II Wojnie Światowej. Tu pomimo nowej elewacji, zachowując artystyczny charakter  wciśnięte pomiędzy okna lekko inspirowane liniami okiennymi Le Corbusiera :)


Meandry Odry możemy podziwiać z wieży widokowej, dzięki której możemy sobie upatrzyć miejsce na piknik.


Takowe miejsca, znajdujące się wzdłuż ścieżki pieszo-rowerowej, oczywiście się znajdują, ale komary mają tu zasadniczo większy apetyt niż piknikowicze.


Jak macie jakieś worki, to możecie sobie dosypać do kanapek nasion niecierpka. Nakładacie worek na kwiatostan i trzepiecie. Nasiona mają smak orzechów.


Są też wyznaczone miejsca piknikowe z ławkami i stołami, gdzie możemy podziwiać tereny zielone i to bardzo zielone :)


okoliczne lasy są pełne kani. Grzyby tak charakterystyczne, że można zobaczyć je z samochodu i zbierać nawet po ciemku. Nawet po ciemku ciężko to pomylić z muchomorem sromotnikowym. Mam teorię, że ludzie, którzy pomylili kanie z muchomorem zostali ukarani za swoją zachłanność, bo prawie nikt nie zbiera młodych kań, ale przecież nie zostawią aż urosną, żeby kto inny zebrał :)
Zrobiłem z niej kotlety, czy jak się tu mawia sznycle, a następnie ulokowałem w bułce, czy jak się tu mawia żymle :)
W każdym razie, idealne na takie wycieczki.

Składniki:

- kapelusze kani
- mąka
- bułka


Wykonanie:

Kanie moczymy, panierujemy w mące i smażymy.
Wkładamy do bułki z ulubionymi dodatkami i mamy dobry prowiant na wycieczkę.



środa, 9 września 2020

Frytki po częstochowsku

Z racji tego, że należy dostosować się do nowych warunków, postanowiłem tegoroczny urlop spędzić na jednodniowych wypadach, po bliższej lub dalszej okolicy, także jest szansa, ze tego typu wpisy będziecie otrzymywać częściej :) 

Wybrałem się do Częstochowy, korzystając z faktu, że zrobili tam całkiem ładną, choć już zepsutą drogę. Jeśli już o drogach mowa, to trzeba było zahaczyć o słynną frytkostradę, ale o tym później. 

Z uwagi na położenie miasta, częstochowskie domy są niejednokrotnie, nie tyle zbudowane z wapienia, co stanowi on istotny element budulca, gdyż był znacznie tańszy niż czerwona cegła. W związku z powyższym, uchodziło to za powód do wstydu. Dopiero ostatnio zachęca się do odsłaniania elewacji.

Tym bardziej, że na niektórych z nich można znaleźć niespodzianki w postaci skamielin - amonitów.


Tam gdzie był szary beton, też starano się to w odpowiedni sposób ubarwić :)


Jeśli chodzi o dokonania kulinarne, to jest tu willa Mieczysława Bolesława Hoffmana, wybitnego polskiego pomologa. To taki dział nauki zajmujący się drzewami i krzewami owocowymi. 


Tu zaczynał swoją karierę słynny bokser Jerzy Kulej, który dostał swoją tablicę. Częstochowa słynie też z innego słynnego boksera, choć o znacznie mniejszych osiągnięciach - Marcina Najmana. Ten drugi zasłynął raczej tym, że dzięki tzw. "freak fight" z Mariuszem Pudzianowskim pomógł rozpropagować federację KSW, a także MMA w Polsce. Wyznaczając nowy standard, gdzie okazało się, że lepszą oglądalność mają walki celebrytów niż sportowców. Sam Najman tablicy w Częstochowie nie ma, ale Pudzianowski, z racji, że wygrał, ma nawet swój pomnik.


Znajduje się tu budynek niegdysiejszego Banku Polskiego w Częstochowie, na który ostrzył sobie zęby, znany z popkultury Kasiarz Szpicbródka. Gdyby mu się udało mielibyśmy Europejski rekord, a tak policja wszystko zepsuła :)


Na górującym nad miastem wzgórzu, jest niegdysiejsze miejsce kultu bogini Łady, w którym możemy znaleźć ciekawy XVIII wieczny obraz, a konkretnie poczet królów polskich. Sugeruje on, że Bolesław Chrobry był dopiero kilkunastym królem w kolejności, a Polska i cywilizacja, w cale nie zaczęły się z chwilą domniemanego Chrztu Polski, jak się nam współcześnie przedstawia.


U podnóży góry są nawet bezpośrednie odwołania do jej pierwotnego przeznaczenia.


Oraz całkiem przyjemny park ze stawem, kaczkami i karpiami Koi, a także świetnymi instalacjami artystycznymi, w tym ta, która balansuje na krawędzi :)


Niedaleko największej atrakcji miasta można zobaczyć najdłuższy peron w Polsce - 565m.


Zaraz za nim jest tzw. frytkostrada, czyli ulica Piłsudskiego. Za czasów swojej świetności usiana budkami, z których każda produkowała frytki z prawdziwych ziemniaków, pakując je do torebki z szarego papieru. Do poprawienia smaku było zawsze do wyboru kilka rodzajów sosów i przypraw. Niestety z czasem frytki z ziemniaków ustąpiły miejsce frytkom karbowanym a budek stawało się coraz mniej. Ostatnie wieści mówią, że frytkostrada w ogóle zostanie zlikwidowana, z uwagi na wysokie czynsze.


Przepis na te frytki jest inspirowany berlińskim curry wurstem, gdzie cała sztuka polega na tym, że jest to zwykła kiełbacha z ketchupem posypanym przyprawą curry. Tu robimy na odwrót, gdyż sos od sprzedawczyni dostajemy dopiero, kiedy doprawimy frytki przyprawą :)

Składniki:
- frytki karbowane
- przyprawa curry
-  ketchup


Frytki smażymy. Posypujemy curry i polewamy ketchupem.



poniedziałek, 31 sierpnia 2020

Szkockie stovies z burakami kiszonymi

Z uwagi na to, że otrzymałem pokaźną porcję kiszonych buraków, postanowiłem z nich coś przyrządzić. Znalazłem bardzo ciekawy przepis, na tyle ciekawy, że aż sam się dziwię, dlaczego o nim wcześniej nie słyszałem. Przepis pochodzi ze Szkocji, więc, jeśli wierzyć stereotypom, idealnie się tutaj nadaje.  
Przy okazji poszedłem na tzw. kuchnię społeczną. O tym jak się tam należy zachować, dlaczego jest to najlepsza opcja, żeby się najeść oraz dlaczego nie warto się starać, chyba, ze to Wasza kuchnia społeczna, pisałem tutaj.
W każdym razie znów trzeba było wymyślić coś prostego, więc to danie nadawało się tam idealnie. Podstawa - moje ulubione ziemniaki :) Podbitych Szkotów i Irlandczyków, którzy dali ostatecznie się napuścić na siebie, zresztą też :)

Składniki:

- cebula
- ziemniaki
- groszek
- kiszone buraki


Wykonanie:
Cebulę kroimy w półplasterki i podsmażamy.
Ziemniaki kroimy w kostkę i dodajemy do cebuli, chwilę smażąc. Dodajemy trochę wody i dusimy pod przykryciem. Dodajemy groszku i jeszcze chwilę dusimy.
Podaje się to z kiszonymi burakami i/lub z wytrawnymi ciastkami owsianymi.

środa, 26 sierpnia 2020

Mi merienda i opuszczony dworzec w Nieborowicach

Historia była taka, że jak jeżdżę do jakiegoś miasta to sobie sprawdzam taką stronkę z atrakcjami wartymi obejrzenia. Kiedy zobaczyłem, że tą stronkę mogą współtworzyć użytkownicy, było wielkie WOW, do czasu, aż po dodaniu pierwszej atrakcji, a była to ukryta rzeźba kobiety z garnkiem kaszy jaglanej dostałem informację, że muszę dodać więcej zdjęć świadczących o tym, że jest ukryta. No i w sumie się poddałem, bo zdjęcie z daleka wyraźnie na to wskazywało, więc naprawdę nie wiem co weryfikujący moją kontrybucję miał na myśli. Szkoda mi było energii na to, żeby do tego dochodzić, za to miałem całe pole pomysłów co tam umieszczę. Skoro nie tam to tu :)

Zaraz za Gliwicami, przy trasie na Rybnik jest opuszczony dworzec kolei wąskotorowej, który stoi nieużywany od prawie 30 lat, gdyż nasz kraj był Europejskim liderem w likwidacji linii kolejowych po roku 1990 :) Moim zdaniem, z uwagi na pokrywającą go roślinność, to właśnie teraz jest najlepszy moment, żeby go obejrzeć. Zresztą zobaczcie sami.








Wnętrze dostępne, brak śladów zamieszkania. Zachowały się nawet elementy kuchni.



Oraz elementy foklorystycznej sztuki ludowej, a także meblościanka z okresu wczesnego Millera.


To m,nie zaciekawiło. Przypomniał mi się słynny brytyjski obraz "Płaczący chłopiec", który rzekomo sprowadzał pożary na każde miejsce, w którym wisiał. Ten miał być pewnie podobny. Nie wiem co sprowadził, ale na pewno nie pożar. 



Od wewnątrz widok też spoko :)



O co chodzi z tym daniem, które wybrałem i w ogóle skąd się o nim dowiedziałem? Zobaczyłem je pierwszy raz w najnowszym filmie Pedro Almodóvara - Ból i blask, którego twórczości jestem fanem. No dobra kiedyś byłem większym, kiedy prezentował większy poziom absurdu i groteski jak w filmie Kika, bo teraz jest dla mnie zbyt poważny :) W każdym razie tam była scena, właśnie na takim małym dworcu, gdzie matka dała synowi chleb z czekoladą. Nie kremem czekoladowym, tylko tabliczką. Poszperałem trochę i faktycznie, tak jak u nas jedzono chleb z cukrem, tak tam chleb z czekoladą. Wynikało to pewnie z pewnych tradycji, gdyż ojczyzna czekolady - Meksyk, była hiszpańską kolonią. Od lat 70 - tych do aż 90-tych, bardzo popularna była właśnie gotowa przekąska - półbagietka z tabliczką czekolady o nazwie Mi merienda - co oznacza Moja przekąska. Idealne na wyprawę. 

Składniki:
- podłużna bułka
- czekolada


Wykonanie:

Bułkę przekrajamy i wkładamy tabliczkę czekolady. Jak nam się trochę roztopi to tym lepiej :)