czwartek, 22 czerwca 2017

Nie marnuj jedzenia, czyli śmieciowe jedzenie koło wysypiska

Filmik nakręcony na okoliczność mojego wykładu o foodsharingu, który odbędzie się dziś o 17:30 w gliwickiej księgarni Mercurius.
Razem z prostym przepisem, rzecz jasna.




piątek, 16 czerwca 2017

Penne al pesto (z pokrzywy)

Jak już ostatnio pisałem, od czasu do czasu, jak niemal każdy mieszkaniec większego miasta, odwiedzam markety. Tam oprócz odczuć negatywnych, o których pisałem już ostatnio, które spotykają mnie w okolicy półek z napisem "PRZECENA" trafiają mi się również inspiracje. Ostatnio pisałem o tym jak zostałem zainspirowany do stworzenia greckiego dania Arakas Latheros, a tym razem opiszę jak przechadzając się pomiędzy lodówkami z gotowymi daniami do odgrzania wpadłem na kolejny pomysł. 
Znalazłem makaron z pesto. Cena - znacznie przekraczająca faktyczną wartość. Tym bardziej, że składniki na pesto możecie zebrać sobie sami. 
O właściwościach pokrzywy oraz jej przydatności do użycia w kuchni słyszał pewnie każdy z Was, w mniejszym, bądź większym stopniu. Jakoś tak się złożyło, że nigdy nie trafiła na łamy mojego bloga. Zdarzyło się to dzięki temu, że spotkałem podobne danie w markecie po wygórowanej cenie, oraz dlatego, ze kolega z treningów, powiedział, że ma nadmiar pokrzyw na treningu.
Postanowiłem przygotować danie o ładnie brzmiącej nazwie penne al pesto. Nie mylić z pene, bo to drugie to narząd rozrodczy osobnika płci męskiej.

Składniki:
- makaron penne
- pokrzywy
- olej



Wykonanie:
Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu.
Pokrzywę parzymy wrzątkiem, miksujemy z olejem, a po wszystkim mieszamy z makaronem.

środa, 7 czerwca 2017

Arakas Latheros

Od czasu do czasu, a nawet przerwy między tymi czasami są mniejsze, zważywszy na fakt, że mam takowy koło miejsca pracy, odwiedzam duże markety. Tam czasem dostaję inspirację niczym znany z filmów detektywistycznych cios w podstawę czaszki. Zazwyczaj spływa na mnie w okolicy miejsca, w którym wyłożone są artykuły o zbliżającym się końcu zdatności do spożycia. To znaczy zaraz po tym jak przejdzie mi złość. Oj, a jest na co się złościć. jest tylko jedna grupa ludzi, która irytuje mnie bardziej niż ci, zazwyczaj podeszłego wieku, którzy zastawiają wózkiem całą półkę i rozpychają się łokciami. Są to ci, którzy podnoszą towary do wglądu a następnie ODRZUCAJĄ (sic!) je na półkę, tak aby następny w kolejce otrzymał już towar gorszej jakości.

W przypadku tych pierwszych pozostaje mi tylko solidaryzować się z młodym Beksińskim (przy czym nie we wszystkich kwestiach:) ), a tym drugim szczerze życzę, aby wielka Godzilla kiedyś podniosła takiego, wzgardziła i równie energicznie odrzuciła na swoje miejsce.

Niemniej jednak, od czasu do czasu, przy czym tu odcinki czasowe są dłuższe, inspirują mnie rzeczy z górnej półki. Przedstawię Wam teraz pierwszy z nich (za tydzień będzie drugi).

Arakas Latheros, bo o nim mowa znalazłem na półce z towarami bardzo luksusowymi. Pochodzi z Grecji. Historycy do tej pory się sprzeczają czy to tam, czy może na bliskim wschodzie leżą fundamenty europejskiej kultury :) Mała puszka tego dania kosztowała ponad 10 zł. Także każdy z Was może sobie, dzięki mnie, podarować teraz odrobinę luksusu. Nie dziękujcie :)

Przy okazji, że to wpis konkursowy, to mała ciekawostka. Jak podaje na stronie konkursu producent:
Warzywa są dokładnie nadzorowane przez agronomów, od nasiona po gotowy produkt.
Co pozwala mieć nadzieję, że ten groszek nie był barwiony :)



Składniki:
- cebula
- ziemniaki
- marchewka
- groszek konserwowy - użyłem Bonduelle, bo to wpis konkursowy
- koncentrat pomidorowy


Wykonanie:
Ziemniaki, marchewkę i cebulę obieramy. Cebulę kroimy w półplasterki i wrzucamy na rozgrzany olej. Dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki i pokrojoną w plasterki marchewkę. Dolewamy trochę wody i dusimy pod przykryciem na małym ogniu. Dosypujemy groszku, dolewamy koncentratu i jeszcze chwilę dusimy.


Bonduelle - od 25 lat z Wami


wtorek, 30 maja 2017

Obsypunki z grilla

O tym jak to miasto Konin zmarnowało swoją szansę na to, żeby być jednym z bardziej znanych polskich miast, nie wykorzystując faktu, że historia znanej i lubianej prezerwatywy, pisałem już w poprzednim poście. Pozostaje mieć nadzieję, że wykorzysta kiedyś szansę daną mu od losu.
O kulinarnych zastosowaniach prezerwatyw również pisałem dawno temu, przy okazji wyzwania, które przede mną wtedy postawiono. 

W każdym razie powiat koniński to nie tylko Konin, i tak w jego bezpośredniej okolicy znajdują się również inspirujące miejsca o dużym znaczeniu kulinarnym. Oprócz polskiej stolicy marketingowego power play - Lichenia, która mnie osobiście nie inspiruje kulinarnie do niczego, są jeszcze dwa miasteczka jak Ślesin i Skulsk. Wykształciły swoją odmianę kuchni, która nazwę wzięła od Ochweśników, czyli handlarzy dewocjonaliami. Niemal tak wytrawnymi jak słynny Sanderus z powieści Henryka Sienkiewicza - Krzyżacy, który sprzedawał takie rzeczy jak: "kopyto osiołka, na którym odbyła się ucieczka do Egiptu, które znalezione było koło piramid [...]pióro ze skrzydeł archanioła Gabriela, które podczas Zwiastowania uronił", a nawet "olej, w którym poganie św. Jana chcieli usmażyć — i szczebel z drabiny, o której się śniło Jakubowi — i łzy Marii Egipcjanki, i nieco rdzy z kluczów św. Piotra…"

Skulsk był wtedy tak wielkim ośrodkiem produkcji świętych obrazów jak teraz okolice Szczecina są największym ośrodkiem produkcji imitacji niemieckich pamiątek z czasów II wojny światowej. Ochweśnicy byli dość specyficznym środowiskiem, delikatnie mówiąc, z wykształcona własną gwarą będącą mieszanką rosyjskiego, niemieckiego, czeskiego, polskiego i jidisz, a której część słów przedostała się później do grypsery. Oprócz tego zajmowali się też sprzedażą "lekarstw".

Kuchnia też była odpowiednia dla tej grupy czyli, tanio, prosto i wysokokalorycznie. Część elementów tej kuchni już kiedyś robiłem pod innymi nazwami, ale ten bardzo mi się spodobał. No i idealne na grilla.
Oczywiście w formie flaka możemy użyć wielu rzeczy, ale folia spożywcza jest najtańsza i najprostsza w obsłudze. Tylko piec w niej nie możemy :)

Składniki:
- ziemniaki
- cebula
- majeranek
- mąka (opcjonalnie)
- kasza gryczana (opcjonalnie)
- folia spożywcza



Wykonanie:
Ziemniaki trzemy na miazgę i odsączamy sok. Dodajemy trochę pokrojonej w drobną kostkę i podsmażonej cebuli. Możemy dodać trochę mąki, ale zasadniczo trzyma się to dzięki skrobi. Możemy dodać trochę ugotowanej kaszy gryczanej, żeby było ciekawsze w smaku. Na koniec zasypujemy słuszną ilością majeranku i dobrze mieszamy.
Rozwijamy folię, nakładamy 3 łyżki masy i zawijamy tak dobrze jak byśmy owijali Laurę Palmer lub Medeleine Ferguson, z ostatnio modnego serialu Twin Peaks. Całość wrzucamy do wrzątku i gotujemy godzinę. Na drugi dzień rozwijamy i kładziemy ruszt grilla. Idealne z ogórkiem kiszonym i oczywiście bułką POZNAŃSKĄ :)


poniedziałek, 22 maja 2017

Weekend z kulturą brazylisjką czyli zawody, Bolo de milho i Acaraje

W miniony weekend wybrałem się do Konina. Powodów było kilka. Swego czasu bardzo dużo podróżowałem po Polsce. Byłem w bardzo wielu miejscach, ale z jakiegoś powodu, w Koninie nigdy nie byłem. Najważniejszym jednak powodem, niczym w słynnej anegdotce z Napoleonem i armatami był Puchar Polski w Brazylijskim Jiu-Jitsu. Jedna z największych tego typu imprez w kraju.

Z moim jiu jitsu to jest tak, że pewnego pięknego dnia wymyśliłem sobie, że warto uprawiać jakiś sport. Teraz mała dygresja, która wiele wyjaśni. Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły podstawowej mieliśmy lekcje WF-u. W praktyce wyglądały one tak, że zmęczony życiem i zapijający swoje smutki w alkoholu wuefista w myśl zasady, zarobić, ale się nie narobić, zazwyczaj wpuszczał nas na szkolne boisko, rzucał między nas piłkę i kazał się zajmować samymi sobie. Nie ukrywam, że nie byłem na tych lekcjach zbyt aktywny, dlatego, że bieganie za workiem nigdy mnie nie interesowało i to delikatnie mówiąc. Cieszył mnie fakt, że obecnie podczas treningów spotykam uznanych sportowców, którzy mieli tak samo :) Kiedy Ministerstwo Edukacji, po którejś tam olimpiadzie wymyśliło sobie, że dostaniemy więcej lekcji WF, aby w przyszłości mieć lepsze wyniki sportowe, to dostaliśmy 3 godziny dodatkowo biegania za workiem. Od czasu do czasu, z racji programu, były organizowane inne zajęcia połączone ze sprawdzianami. Tu kolejna dygresja. Mieliśmy kolegę. Był nieco inaczej zbudowany od nas, a co za tym idzie, niekoniecznie nadawał się do wszystkich sportów. Może najlepiej z klasy pchałby kulą, może podnosił sztangę, a może dobrze by walczył w sumo. Tego się jednak nie dowiemy. Dlaczego? bo ograniczony nauczyciel wolał go puścić ze wszystkimi w bieg na 2 km, w którym przybiegł ostatni, po to, żeby wszyscy się z niego śmiali. Przy inicjatywie samego nauczyciela, rzecz jasna. 
Do czego zmierzam. Aktywność fizyczna jest bardzo ważna, a przekrój sportów, obecnie ogromny. Niech każdy znajdzie coś dla siebie. Nie muszą to być formy rywalizacji. Mogą to być górskie spacery lub jazda na rowerze. Nie trzeba być w tym zaraz najlepszym (choć tak by było idealnie :) ). Grunt, żeby być w tym konsekwentnym i bardzo to lubić. Ja akurat sobie wymyśliłem turystykę górską i sporty walki. Początkowo był to boks tajski, ale ze względu na kontuzję miednicy, musiałem z niego zrezygnować. Na ten moment moja aktywność w tym sporcie to licencja do sędziowania walk. Potem padło na BJJ i bardzo sobie chwale taką aktywność fizyczną, a nie inną :)
Dalej nie lubię biegać za workiem, tej czy innej wielkości :)

W każdym razie do rzeczy. Zamelinowaliśmy się w bardzo fajnym schronisku młodzieżowym, z którego widać było jedną z atrakcji tego miasta czyli tzw. "Titanic".


Rano pojechałem zobaczyć słynne zielnik ( w formie malowideł ściennych) Jana Zamełki, który pochodził z tych okolic, oraz ufundował pierwszą w Polsce katedrę anatomii i botaniki lekarskiej. Tyle, że nie tutaj, ale w Krakowie :)


Choć tak właściwie Konin jest znany głównie z dwóch rzeczy. Najstarszego znaku drogowego w Polsce z XII wieku oraz tego, że urodził się tam wynalazca lateksowej prezerwatywy Julius Fromm. Dziwię się, że miasto nie poszło w tą stronę. Bardzo ubolewam, że nie mogłem kupić żadnej pamiątki z tym związanej. Oczywiście chodzi mi o dedykowane pamiątki, a nie paczka "gum" w aptece. Jestem pewien, że nie ja jeden. Myślę, że dla tego miasta byłby to strzał w dziesiątkę, a póki co to kolejna, choć jeszcze nie zmarnowana szansa. Święto prezerwatywy - to by było coś !


Co do samych zawodów. Tym razem poszło mi znacznie gorzej niż poprzednio, dlatego moja stała gadka o każdym kto startuje jako zwycięzcy będzie mniej wiarygodna, ale na to przekładają się statystyki w postaci stosunku startujących do startujących. Jest to naprawdę ogromne przedsięwzięcie logistyczne, bo trzeba sobie wszystko poorganizować, fizyczne, bo trzeba włożyć wysiłek w treningi, a niejednokrotnie w zbijanie wagi, psychiczne, żeby sobie z tym wszystkim poradzić, a potem jeszcze wyjść do walki na środku sali, gdzie oczy znajomych lub nieznajomych skierowane są na was, że o obawą nie wspomnę. Także jak jak poradziliście sobie z tym wszystkim to już jesteście zwycięzcami. Potem trzeba tylko zwyciężyć drugi raz :)

Bolo de milho

Z tej okazji przygotowałem dla całej ekipy brazylijskie ciasto Bolo de milho. Kuchnia z tego regionu nie jest zbyt wyszukana, bo to pozostałości portugalskie z silnymi wpływami prostej kuchni indiańskiej i niewolniczej. 

Składniki:
(na prostokątną blachę)
- 3 puszki kukurydzy
- 3 szklanki mąki kukurydzianej
- 2 szklanki cukru
- szklanka oleju
- 3 szklanki wody
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 łyżki octu

Tylko nie pytajcie jak mi się udało namówić słynnych celebrytów do tego żeby zaprezentowali moje ciasto :)


W każdym razie na zdjęciu Paweł Bańczyk- zdobywca dwóch złotych medali (w swojej kategorii oraz open czyli tam gdzie bije się każdy z każdym) oraz jego partnerka (celebryci nie mają dziewczyn ani konkubin, tylko partnerki życiowe :) ) Sonia, zresztą też utytułowana :)

Wykonanie:
Kukurydzę odsączamy i miksujemy. Dodajemy mąkę, wodę, olej oraz cukier i dobrze mieszamy. Na koniec dodajemy ocet, mieszamy i dodajemy proszek do pieczenia. Wkładamy do piekarnika nagrzanego do około 180 stopni i po godzinie możemy sprawdzić patyczkiem czy jest gotowe. Pamiętajcie, że to nie biszkopt. Ono wyjdzie bardzo zbite.

Acarajé

Na drugi dzień wypadałoby się zregenerować po wysiłku. Wybór padł na bardzo ciekawe brazylijskie danie Acaraje. Nieprzypadkowo. Jest to danie pochodzące z zachodniej Afryki, które przypłynęło do Brazylii wraz z niewolnikami. Tradycyjnie było przygotowane dla mężczyzn, którzy wracali z wielkich bitew.
Technicznie rzecz biorąc, to taki odwrotny burger. Burger to taki kotlet zamknięty w bułce. Tu jest bułka zamknięta w fasolowym kotlecie. Co prawda zmielona bułka, ale zawsze.

Składniki:
- puszka fasoli
- szklanka mąki kukurydzianej
- cebula
- stare pieczywo
- wiórki kokosowe
- przecier pomidorowy


Wykonanie:
Fasolę oddzielamy od wody, mielimy i mieszamy z mąką, wodą po fasoli oraz drobno pokrojoną cebulą. Formujemy spore kulki i smażymy na głębokim oleju. 
Bułkę rozdrabniamy i moczymy. Mieszamy z wiórkami kokosowymi i odrobiną koncentratu. 
W usmażonych kulkach robimy szczeliny i ładujemy do nich farsz z bułki.

Przy tej okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy mnie na ten sport zajawili, wszystkim z którymi przyszło mi go uprawiać oraz trenerowi, który pomimo tego, że nie podchodzę do tego sportu jak niektórzy jego wychowankowie, ma do mnie dużo cierpliwości :), a także służył mi  ogromnym wsparciem na zawodach.

wtorek, 16 maja 2017

Focaccia na grillu

Korzystając z ładnej pogody, postanowiłem trochę poeksperymentować i przygotować focaccię metodą barbecue, która niejednokrotnie jest mylona z grillowaniem. Jeśli napiszę, że istnieje pomiędzy jedną, a drugą subtelna różnica, to skłamię. Grillowanie to proces, że się tak wyrażę, agresywny i szybki, na otwartym źródle ognia czy co najmniej mocnego żaru, podczas gdy BBQ to metoda powolna, polegająca na przygotowaniu jedzenia za pomocą obiegu ciepła i dymu w zamknięciu. Postanowiłem zrobić coś podobnego kładąc foremkę z ciastem na ruszt tuż nad rozgrzanymi węglami i wszystko przykryć specjalną pokrywą.

Sama foccacia pochodzi z Włoch. Tzn. kiedy została wymyślona, to jeszcze włochy nie były włochami, co nie zmienia faktu, że była spożywana przez Etrusków, zamieszkujących tereny, które obecnie są Włochami. Ostatecznie lud ten został zromanizowany, a Rzymianie, typowo dla swojej cywilizacji, wchłonęli zdobycze cywilizacyjne podbitego narodu. Sam wypiek był lekko zmodyfikowaną wersją znanych na całym świecie podpłomyków, czyli płaskich placków. No, może nie lekko, bo istotnym składnikiem były drożdże, które miały zwiększyć objętość ciasta. Sama idea zwiększania objętości ciasta została wymyślona po drugiej stronie basenu Morza Śródziemnego przez Fenicjan, czyli lud zamieszkujący tereny obecnie będące teatrem działań wojennych, tych czy innych. Później, tak jak rzymska armia, rozlało się to po Europie.

Nazwa pochodzi od rzymskich słów panis focacius. Panis to chleb, a focacius to palenisko na środku pomieszczenia używane do przygotowywania potraw. W luźnym skojarzeniu - ognisko domowe. Co daje focaccii wyjątkowy rodzinny charakter, prawie jak w obecnych czasach grill na działce przy akompaniamencie brzdęku butelek, w których jest coś, co tylko umownie nazywamy piwem :)

Niektórzy powiedzą, że to taka pierwsza pizza i mają trochę racji :)

Składniki:
- mąka
- olej
- drożdże
- woda
- rozmaryn
- pomidory
- cebula


Wykonanie:
Małą ilość drożdży rozpuszczamy w małej ilości wody, dosypujemy mąki, trochę rozmarynu oraz dolewamy trochę oleju i tyle wody, aby można było ugnieść ciasto. Należy dobrać takie proporcje, aby ciasto było miękkie, ale nie kleiło się do rąk.
Rozpalamy grilla. Kiedy węgle będą dobrze rozżarzone, wkładamy ciasto do foremki, kładziemy ją na ruszt i całość przykrywamy pokrywą. Po 45 minutach kładziemy na to plasterki pomidora, przykrywamy i czekamy jeszcze około 30 minut. Na koniec zdejmujemy pokrywę i na goły ruszt kładziemy plasterki cebuli, Grillujemy z dwóch stron i kładziemy na focaccię.

środa, 10 maja 2017

Jadłodzielnia - z czym to się je? - wywiad

Zapraszam wszystkich do zapoznania się z ciekawą inicjatywą foodsharingu (z ang. dzielenie się jedzeniem), która idealnie wpisuje się w ideę kuchni kryzysowej. Jej zaawansowaną formą są Jadłodzielnie (nie mylić z jadłodajniami). Zdarzyło mi się poznać osobiście współtwórcę toruńskich Jadłodzielni, który zgodził się na wywiad. Zobaczcie co miał do powiedzenia na temat tej zacnej inicjatywy.

Zaczniemy zupełnie standardowo. Powiedz kilka słów o sobie. Co porabiasz na co dzień itp.

Pracuje na własny rachunek,mam hurtownię opakowań i napojów.
Udzielam się też trochę społecznie. Organizuję u siebie na osiedlu dla dzieciaków, darmowe wydarzenia w ramach Podwórkowego Domu Kultury.
Prowadzę Fanshop podczas meczów hokeja w Toruniu, jestem członkiem współzałożycielem Polskiego Fanclubu Ocelari Trinec.
No i jestem współinicjatorem toruńskich Jadłodzielni.

Powiedz nam na czym polega Twoja inicjatywa.

Utworzyliśmy w Toruniu ,jak do tej pory dwie Jadłodzielnie. Miejsce bezpłatnej wymiany niezagospodarowanego jedzenia. Korzystać może każdy bez względu na status społeczny. Naszą misją i celem jest ograniczenie marnowania jedzenia, przede wszystkim przez osoby prywatne.

Skąd taki pomysł?

Z Sylwią Kowalską, która jest radną miejską, spotkaliśmy się jakiś czas temu i stwierdziliśmy ,że warto coś zrobić z jedzeniem,którego masę się marnuje. Znaleźliśmy na fejsie info o Jadłodzielniach w Warszawie , skontaktowaliśmy się z dziewczynami z Wa-wy. I praktycznie w ciągu trzech tygodni od decyzji ogarnęliśmy pierwszą toruńską Jadłodzielnię na targowisku Manhattan. Cały ruch ma swoje początki w Niemczech i pomysł przywędrował od naszych zachodnich sąsiadów. 

Co różni Jadłodzielnie od Banków Żywności czy ośrodków dla biednych?

Z Jadłodzielni mogą korzystać osoby prywatne.Zarówno "dawcy" i "biorcy". Każdy może przynieść jedzenie i każdy może je zabrać wg potrzeb. To jest uzupełnienie "oferty"Banków Żywności,które działają z dużymi firmami -sklepy,instytucje itd. Jedzenie od Banku Żywności może otrzymać tylko organizacja, która może je dostarczyć potrzebującym. W przypadku Jadłodzielni nie potrzeba żadnych kwitów - jesteś głodny czy nie z różnych przyczyn czegoś nie kupiłeś to możesz przyjść i się poczęstować. Ludzie przynoszą własne potrawy,zaprawy czy to co im zalega w szafkach czy lodówce.

Jadłodzielnia przy ulicy Waryńskiego w Toruniu.


Podstawowe pytanie, które jest zawsze zadawane: Kto za to płaci?

Box pod Jadłodzielnie na Manhattanie mamy za free, na podstawie umowy użyczenia. Stowarzyszenie handlowców podchwyciło pomysł i dali go nam za darmo.Płacimy tylko za prąd, z własnej kasy. Na UMKa, gdzie jest druga Jadłodzielnia dedykowana tylko dla studentów miejsce mamy również za free.Koszty prądu pokrywa uniwersytet.

W związku z tym, że moje miasto szczyci się tym, że całkiem dobrze mu idzie finansowo, panuje (nie bez przyczyny) powszechne przekonanie, że nie ma co liczyć na wsparcie inicjatyw, które nie wypracowują zysku. Ja póki co próbuję co najwyżej rozkręcić półki na jedzenie przy śmietnikach, bo jadłodzielnie to dla mnie kosmos. jak to jest u Was jeśli chodzi o wsparcie władz lokalnych?

Nie korzystamy i chyba nie chcemy korzystać w Toruniu ze wsparcia miasta. Siłą tego ruchu i inicjatywy wg mojej oceny jest właśnie w tym,że jest oddolna. Bez zbędnych kwitów,organizacji , biurokracji i wszystkiego tego co może stłamsić spontaniczność i niesamowitą frajdę. Wiem,że w innych miastach ludzie,którzy w tej chwili chcą zakładać Jadłodzielnie zwracają się o pomoc do władz lokalnych. My jednak tego nie robimy.

Jaki jest oddźwięk ludzi?

Niesamowity! Jest sporo osób,które przywożą jedzenie i je zostawiają i cała masa osób,które korzystają z Jadłodzielni. Uratowaliśmy masę jedzenia i to jest fajne.Każdy dorzuca swoją cegiełkę.

Ostatnio w ogóle jet chyba wzrost świadomości jeśli chodzi o marnowanie żywności?

Rzeczywiście , w tej chwili więcej się o tym mówi i coraz więcej robi w tej sprawie.Powstają Jadłodzielnie w różnych miastach, akcje Zawieszony posiłek czy rozdawanie jedzenia bezdomnym przez zwykłych ludzi -  a nie instytucje.I to jest bardzo pozytywne.W Poznaniu w jednej ze szkół dzieciaki z nauczycielami zbierają kanapki do kartonu w szkole i głodne dzieci mogą korzystać.Jeszcze dużo pracy przed nami,ale jest lepiej.

Czy nie myśleliście, aby wejść we współpracę ze sklepami, może niekoniecznie z wielkopowierzchniowymi, ale mniejszymi?

Tak,myślimy o tym.Szczególnie jeśli chodzi o małe sklepy osiedlowe. Duże zazwyczaj mają podpisane umowy z Bankami Żywności. Na zjeździe w Toruni będziemy nad tym pracować.Chcemy doprowadzić do zmian w naszym prawie.Tak,żeby każdy sklepikarz mógł oddać żywność bez obawy o podatek od darowizny itp.

Gdyby ktoś chciał założyć w swoim mieście taką instytucję, jakie rady byś mu dał? Jakie są największe trudności.

Podstawa jest lokal.Najlepiej,żeby nie generował kosztów- żeby był za free.Potem ogarnięcie lodówki,starych półek czy regałów i już.
Służymy pomocą i radą,a także materiałami informacyjnymi.
Nasz numer 886 100 120 lub facebook Jadłodzielnia Foodsharing Toruń. Dziewczyny z Warszawy również służą pomocą.


Chciałbyś dodać coś od siebie?

Zanim zacząłem działać w ruchu foodsharingowym, nie zdawałem sobie sprawy z ilości marnowanego jedzenia  i z ilości głodnych ludzi wokół. Warto założyć takie miejsce u siebie w mieście.
Działajcie. Jedzcie, dzielcie się i częstujcie !!!

wtorek, 2 maja 2017

Słowacki Raj i dwa dania górskie - clafoutis i kasza ze skwarkami

Jedź do Raju, mówili, będzie jak w raju, mówili :)

Na Słowacki Raj czaiłem się już dawno temu, jeszcze kiedy czasy dla turystów z Polski były lepsze, tzn. przed wprowadzeniem Euro :) Jakby ktoś nie wiedział, to jest to inwestycyjny majstersztyk. Z bezużytecznych i nudnych szlaków, w niezbyt ciekawych górach zrobiono miejsce, w które każdy chce przyjeżdżać, aby poczuć dreszczyk emocji. W końcu, w związku z tym, że nie mam też tam jakoś specjalnie daleko, nadszedł ten dzień. Przyjechaliśmy w piątek wieczorem, żeby w sobotę rano zameldować się na jednym z ciekawszych szlaków - Sucha Bela. Jak się potem okazało, wyszliśmy tam w dobrym czasie.

Zważywszy, że ostatnio dużo padało i meteorolodzy zapowiadali powtórkę z 1997 roku Sucha Bela nie była w cale sucha :) Co miało też swój urok, bo zamiast bezmyślnie iść do przodu, trzeba było kombinować jak przejść z jednego suchego miejsca na drugie. 
Pamiętacie film o przygodach Agenta 007 pod tytułem "Żyj i pozwól umrzeć"? Ten w którym dziewczynę bonda grała Jane Seymour znana szerszej publiczności jako Dr. Quinn? Była tam taka scena w której Roger Moore skakał po krokodylach. Tak właśnie wyglądało to na szlaku.
 

Po drodze spotykaliśmy ludzi, którzy mimo, że szlak jest jednokierunkowy, wracali. Ostrzegali, co prawda przed czymś, ale nie do końca zrozumiałem o co chodzi. Wspominali coś o wodzie, ale kiedy trzeci raz zamoczyłem buty, przestało to być dla mnie problemem. Doszliśmy w końcu do słynnych Wodospadów. Pierwszym problemem było już dojście do drabiny której podstawa była pod wodą. Kilka dorzuconych kamieni załatwiło tą sprawę.


Kolejny wodospad zwiększył swoje rozmiary po opadach i obejmował swoim rażeniem następną z drabinek. Na samej górze znaleźliśmy główną przeszkodę, która powodowała, że ludzie wracali. Drzewo się obsunęło, spadło na kładkę i ją złamało. Przy okazji zrywając też łańcuchy. Kładka się trzęsła i trzymała się tylko na kilku śrubkach. W tym momencie się zastanawialiśmy czy iść po zepsutej kładce, czy schodzić po drabinie, które nie do końca była dostosowana do tego, by poruszać się po niej w dół. Z pomocą przyszedł strażnik leśny, który powiedział, że kładka musi wytrzymać. Oczywiście trzęsła się dalej tak samo, ale jakoś się udało :)


Później było trochę więcej wody :)


I jeszcze więcej wody :) Jeśli uważacie, że macie super buty, które nie przemakają, to była okazja to zweryfikować :) Jedyne, które nie przemakają to te wymyślone przez firmę Aigle. Przy pokonywaniu tej przeszkody ważne było, aby pogodzić się z tym, że jest mokro i nie spieszyć się, gdyż panika mogłaby doprowadzić do wypadku.


Potem już było trochę lepiej, ale dalej mokro.


Na zakończenie szlaku, można było zjeść obiad. Na tą okazję przygotowałem clafoutis. Jest to idealne jedzenie, które można przygotować sobie wcześniej. Oryginalnie clafoutis to deser z owoców, tak i ja zrobiłem, tyle, że nie z tych słodkich :)

Składniki:
- groszek konserwowy
- fasola czerwona z puszki
- mąka
- woda
- proszek do pieczenia


Wykonanie:
Groszek i fasolę wrzucamy do miski. Zasypyjemy mąką i dolewamy wody. Chodzi o to, żeby ciasto służyło zaledwie jako lepik, czyli żeby nie dominowało. Dodajemy pół łyżeczki proszku do pieczenia i mieszamy. Wkładamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i pieczemy pół godziny.

Wieczorem trzeba było się rozgrzać. Idealny do tego był lokalny trunek TATRATEA. To, jak sama nazwa wskazuje, nalewka herbaciana, ale występuje w wielu ciekawych smakach. Mój ulubiony zbójnicki, czyli zioła z malinami. Moc - 72% :)


Tego dnia poznaliśmy Roberta z Rzeszowa, który jest mistrzem w wyrabianiu domowych alkoholi i dowiedzieliśmy się od niego, że Sucha Bela została zamknięta :) Innymi słowy, byliśmy jednymi z niewielu osób, które pokonały ten szlak w takich warunkach.

Na drugi dzień poszliśmy na kolejny ciekawy szlak. Właściwie sztandarowy, jeśli chodzi o Słowacki Raj, czyli Przełom Hornadu. Trasa idzie wzdłuż rzeki i jak to zwykle przy okazji rzek bywa, widoki są bardzo ciekawe. Z uwagi na to, że zmoczyłem wysokie buty, ubrałem niskie podejściówki, z nieco cieńszą podeszwą, co, w mojej ocenie, przy chodzeniu po klamrach, ze względu na lepsze wyczucie, miało się sprawdzić lepiej niż gruba podeszwa.


Płynąc kajakiem, można zwiedzić jeszcze więcej.


Natomiast nie oszukujmy się, większość osób przyjeżdża tam w innym celu. Główną atrakcją tego szlaku jest sposób jego pokonywania. Prawdziwym problemem są jednak ludzie, którzy nie do końca są gotowi na takie przygody. Zabawa zaczyna się wtedy, kiedy idziecie za kimś takim, ten ktoś zaczyna panikować, wy musicie się zatrzymać i stoicie przytuleni do skały, na małym kwadraciku nad przepaścią, co nie jest dla was naturalną pozycją, więc też jest niekomfortowe. Niestety, z uwagi na to, że ludzi było dużo, nie zawsze można było sobie pozwolić na to, aby iść po tym samemu.


Od czasu do czasu następowała zmiana strony brzegu za pomocą równie urokliwych mostów linowych.


W końcu w okolicy młynu można było spokojnie zjeść. Na zdjęciu kanapki z jednym z moich ulubionych dodatków :) Myślę, że poznajecie tą roślinę :) Do tego coś, co jest fenomenem w byłej Czechosłowacji. Cola lana z kija. 


Idziemy dalej i wchodzimy na teren, przed którym wisi ostrzeżenie o spadających drzewach :) Co potwierdza ten widok.


Na szlaku też trafiliśmy jedno, całkiem świeże.


Skręciliśmy w stronę ruin klasztoru z XIII wieku i po drodze jeszcze taki punkt widokowy. Dla takich chwil warto się zmęczyć.


Po szlaku czas na jakiś pożywny obiad. Tym razem wersja wędrówkowa. Kiedy idziecie w góry, nigdy nie wiecie, gdzie traficie. Czasem wrzątek jest jedynym na co możecie liczyć. Również wtedy kiedy macie ze sobą kuchenkę, warto nie marnować czasu i gazu na długie gotowanie. W tym celu bardzo dobrze sprawdza się znana miłośnikom twórczości Janusza Christy, kasza gryczana ze skwarkami. Tyle, że sojowymi :) Dlaczego sojowe? Bo granulat sojowy przygotowuje się bardzo szybko, a przy tym jest stosunkowo bogatym źródłem wartości odżywczych. Kasza oczywiście nie cała, tylko w płatkach.

Składniki:
- płatki kaszy gryczanej
- granulat sojowy
- przyprawa prażona cebula.


Wykonanie:
Kaszę mieszamy z granulatem i zalewamy wrzątkiem. Doprawiamy cebulą. Silikonowe, poręczne, składane pojemniki ustępują tylko jedną rzeczą aluminiowych. Nie da się w nich gotować :)

W drodze powrotnej zajechaliśmy na Zamek Spiki z XI wieku, który jest uznawany za jedną z największych budowli tego typu w Europie. Powiem szczerze, że jak na taką atrakcję, to dojazd i wskazówki dojścia, mogłyby być lepiej oznaczone.


Oczywiście zwiedziłem zamkową kuchnię.


A także mini kuchnię w sali tortur, w której przygotowywano różne ciekawe "zupy" :)


No to miejsce odfajkowane. Choć pewnie tam kiedyś (nie za szybko) wrócę, bo zostało mi jeszcze Kysel i Sokół. Tym razem będę szukał noclegu w Podlesoku, który jest centrum towarzyskim, a nie w oddalonych o kilka km Hrabusicach, w których i tak nic nie ma :)

sobota, 15 kwietnia 2017

Kohlrabi Tikki

W okresie świątecznym zawsze dużo podróżuje, dlatego, aby zachować ciągłość wpis i zdjęcie prosto z drogi. Nie będę się specjalnie rozpisywał, tylko załatwimy to szybko :) Na tapecie idealne danie na drogę, nie tylko samochodem, ale i innymi środkami transportu, bez stresu, że wprowadzimy dyskomfort w życie współtowarzyszy podróży. 
Jest to również ciekawe danie przy okazji walki z marnowaniem jedzenia, bo ze składników, że tak napiszę, z odzysku. Pochwalę się również, że zaangażowałem się do innej akcji związanej z walką z marnowaniem jedzenia. Foodsharing. Jakby ktoś chciał się dowiedzieć więcej to zapraszam do linku poniżej:
Danie niby indyjskie, ale składniki napływowe. Amerykańskie ziemniaki i europejska kalarepa. Do tego curry.
Przy okazji usłyszałem ostatnio, że niektórzy nie jedzą curry, ani innych orientalnych przypraw z powodów religijnych. Moi Drodzy, jeśli Wasza religia nie zabrania Wam jedzenia ziemniaków, które pochodzą od ludów szamanistycznych, to curry też nie powinno być problemem :) Ot, taka mała refleksja przy okazji pogańskiego zwyczaju z jajkami i tępionego przez kościół polewania wodą :)

Składniki
- ziemniaki (najlepiej tzw. "wczorajsze")
- kalarepa
- szczypiorek
- bułka tarta
- chili
- curry




Wykonanie: 
Ugotowane ziemniaki i kalarepę w stosunku 1:2 tłuczemy na miazgę. Dodajemy trochę bułki tartej, żeby nam się to ładniej związało, do tego dodatki smakowe, czyli chili, szczypiorek i curry. Formujemy małe placki i smażymy.

sobota, 8 kwietnia 2017

Naleśniki z pastą an z ostrym sosem czyli nic się nie marnuje

O paście an już kiedyś pisałem. To taka pasta z czerwonej fasoli na słodko. Oczywiście to co Wam zaprezentuję jest jej bardzo uproszczoną wersją za którą dostałbym porządny ochrzan nie tylko od Tokue, sympatycznej bohaterki filmu pod tytułem An, który został w wyjątkowy sposób przetłumaczony na język polski - Kwiat wiśni i czerwona fasola, ale i od przeciętnego Japończyka. Jako, że w okolicy nie ma ich za wielu, mogę sobie na takie coś pozwolić. Powiem szczerze, że jadłem kiedyś oryginalną wyprodukowaną przez prawdziwą Japonkę z krwi i kości i smakowała podobnie :)
Fasola czerwona ma to do siebie, że niedogotowana jest trująca, dlatego bardzo popularna jest ta w puszkach. Czerwona zalewa jest bardzo często wyrzucana, ale nie tym razem, bo marnowanie to zło!
Przy tej okazji chciałbym Was zapoznać z projektem Food sharing Śląsk, w którym mam okazję uczestniczyć. Oto ling do strony:
To chyba już ostatnie naleśniki tej wiosny.

Składniki:
- mąka
- czerwona fasola w puszczce
- cukier
- olej
- chili


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego smażymy cienkie naleśniki.
Fasolę miksujemy z cukrem i odrobiną oleju na gładką pastę.
Zalewę od fasoli słodzimy i gotujemy, aż zgęstnieje. Dodajemy chili.
Pastę wkładamy do naleśników, które formujemy w rulony. Polewamy pikantnym sosem z zalewy.