środa, 16 października 2019

Kurdyjski sawer

Ja powiem szczerze nie byłem nigdy w Kurdystanie, ale znalazłem to danie na blogu pewnej Kurdyjki, który zafascynował mnie tym, że pokazuje proste potrawy, czyli takie, jakie naprawdę jedzone są w tej części świata w przeciętnym domostwie, a nie takie jakie byłyby ewentualnie serwowane w restauracjach. 
Nie ukrywam, że do napisania tego postu zainspirowały mnie wydarzenia ostatnich dni, ale od początku. Jakiś czas temu w Syrii wybuchła wojna. Zasadniczo nikt specjalnie się tym nie interesował, ale większość usłyszała o tej wojnie przy okazji wiadomości o uchodźcach, którzy mieli, wjechać do naszego kraju i zburzyć niespotykany w pozostałych częściach Europy klerykalizm i zastąpić go właściwie podobnym tworem, ale swoją wersją. Dodatkowo, jak jest wojna, to są prowadzone działania wojenne. Czasem wybiegają poza tereny zmilitaryzowane. Słyszeliście kiedyś o polskim oddziale Armii Krajowej - Zagra Lin? To takie specjalne komando do przeprowadzania zamachów na terenach wroga. No cóż. To nie jedyna ekipa, która ma takie pomysły, bo, jeden z tworów, który powstał podczas wojennej zawieruchy wojennej w Syrii, tzw. ISIS, również miało takie pomysły i postanowili zorganizować kilka zamachów na terenie Europy, którą uważają za wroga.  To drugi aspekt wojny w Syrii, o którym na pewno słyszałeś, drogi czytelniku. Dlaczego ostatnio o nim nie słyszysz? Bo wspomniani wyżej Kurdowie, przy pomocy USA i Francji, po prostu, że się tak młodzieżowo wyrażę, zaorali, ISIS - Państwo Islamskie, wybijając lub więżąc jego bojowników. Wytłuc to jedno, ale wypadałoby przedsięwziąć działania prewencyjne, dlatego poszli o krok dalej, krzewiąc wyjątkowo postępowe jak na te tereny idee, tym samym osłabiając pozycję fundamentalistów. I każdy myślał, że już koniec, ale...
Całą sytuację popsuła, kilka dni temu, Turcja, która od jakiegoś czasu jest bardzo bliska ideologicznie z ISIS, z którymi zresztą prowadziła interesy i rozpoczęła na terenie kontrolowanym przez Kurdów czystki etniczne, przy pełnym poparciu Al-Kaidy (to ci od World Trade Center). Stało się tak dlatego, że dotychczasowi sojusznicy Kurdów - USA, olali sprawę i pojechali do siebie. Dlaczego o tym piszę, drogi czytelniku lub droga czytelniczko, skoro stronie na tym blogu od polityki? Ponieważ istnieje tu prosta zależność pomiędzy silnymi Kurdami, a bezpieczeństwem każdego z nas, czyli, są Kurdowie, nie ma ISIS. Nie ma ISIS, nie tyle, że nie ma zamachów, bo przykład Breivika pokazuje, że nawet u nas świrów nie brakuje, ale na pewno jest mniej. Tym bardziej, że siły tureckie uwolniły też spora ilość bojowników ISIS, narażając europejczyków na kolejne zamachy. A bezpieczny ja, to kolejne przepisy, bezpieczny Ty czytelniku lub czytelniczko, to więcej odbiorców mojego bloga :)
Wojna kosztuje. Skąd Turcja ma kasę na realizowanie swojej polityki? Z wczasów All inclusive - to taka kulinarna rozrywka, której nigdy nie zrozumiem :)

Składniki:
- kasza bulglur
- cabula
- przecier pomidorowy


Wykonanie:
Cebulę podsmażamy. Dodajemy kaszy i jeszcze chwilę smażymy. Dolewamy wody, dodajemy koncentratu i gotujemy aż zmięknie, ewentualnie dolewając wody. 

czwartek, 10 października 2019

Gruzińska łódź podwodna

Zważywszy jaka była forma kanapek w PRL oraz ich rola, utarło się, że kanapka - kawałek pieczywa z dodatkami, nie może być pełnoprawnym, a już w ogóle wykwintnym daniem. No chyba, że jest to pizza, ale o Włochach, jako geniuszach marketingu pisałem już wiele razy. 
Inaczej rzecz ma się w pozostałych zakątkach świata i tak np. w takich Stanach Zjednoczonych Ameryki wczoraj był dzień poświęcony kanapce, którą nazywają łodzią podwodną, z angielskiego submarine. Z takich kanapek słynie pewna znana w Polsce sieciówka, która ma to nawet w swojej nazwie :) Skąd ta nazwa? Spójrzcie na taką kanapkę, potem na łódź podwodną i znów na kanapkę. Jak dalej nie wiecie czemu, to przyglądajcie się dalej.
W Gruzji mają taką sałatkę - pchali, z tym, że dość osobliwie podaną. Są to różne warzywa zmielone z orzechami. Właściwie jesteśmy tu ograniczeni własną wyobraźnią, bo możemy ją zrobić z bardzo wielu składników, a i podać ją możemy na rozmaite sposoby. Od podania w pojemniku, przez rozsmarowane na pieczywie, po ulepione kulki. 
Postanowiłem ją wykorzystać do zrobienia mojej wersji kanapki, tym bardziej, że Gruzja, mimo tego, że leży nad morzem, nie ma w swoim posiadaniu okrętów podwodnych.

Składniki:
- buraki
- fasola szparagowa zielona
- szpinak świeży
- orzechy (najlepiej włoskie)
- ocet
- półbagietka



Wykonanie:
Buraki gotujemy i miksujemy z orzechami. Dodajemy trochę octu i formujemy kulki.
Fasolkę gotujemy, a szpinak parzymy wrzątkiem. Miksujemy razem z orzechami i oczywiście odrobiną octu.
Bułkę kroimy wzdłuż, smarujemy masą zieloną, wkładamy czerwone kulki i jeśli nie jest dla Nas wystarczająco kwaśne, możemy dodać musztardy.

piątek, 4 października 2019

Kania à la schabowy

Według wierzeń ludowych Kania, to piękna dziewica pod postacią ptaka, która porywała małe dzieci nęcąc je smakołykami. Może dlatego ta czubajka dostała taką nazwę, gdyż jest bardzo smaczna. Tego nie wiem. Wiem na pewno, że jeśli na biologii zapytają kogokolwiek o kwestię doboru naturalnego, to kania jest tego najlepszym przykładem. Właściwie nie tylko sama kania co fakt, że ludzie potrafią pomylić z nią muchomora sromotnikowego. Teraz wygooglujcie sobie jak wygląda kania oraz jak wygląda muchomor sromotnikowy i już będziecie wiedzieć o co chodzi z tym doborem naturalnym.
Danie, które postanowiłem przygotować, jest genialne w swojej prostocie. Celowo nazwałem je "à la schabowy", a nie "schabowy z kani", żeby nawet najwięksi malkontenci nie mieli się do czego przyczepić. Schabowy bowiem, to kotlet ze schabu, natomiast à la schabowy, wskazuje na sposób przygotowania, czyli bardzo podobny.

Składniki:
- kapelusze kani
- mąka 


Wykonanie:
Kanie moczymy godzinę w wodzie. Spowoduje to, że różni najdrobniejsi mieszkańcy lasu opuszczę zakamarki pomiędzy jej blaszkami. Do tego trochę nam nasiąknie wodą, dzięki czemu bardzo łatwo będzie nam się ją obtaczało w mące. Kiedy obtoczymy ją całą, smażymy z dwóch stron, aż będzie rumiana. 

czwartek, 26 września 2019

Kaszotto po staropolsku czyli kuchnia Słowian

Kiedyś wyczytałem, że tak jak na Francuzów mawia się Żabojady, tak na Słowian powinno się mówić Grzybojady. Moją tezę potwierdził między innymi kolega z pracy, który dzięki temu, że jest Rosjaninem dostał, pomimo imienia Paweł, ksywę Vladimir. Zawsze lubię rozmawiać o zwyczajach, zwłaszcza tych kulinarnych, panujących w innych krajach, z jego mieszkańcami i kiedy zapytałem o jakieś typowe, najlepiej kryzysowe, dania kuchni rosyjskiej, usłyszałem, że nie ma czegoś takiego jak typowa kuchnia rosyjska, chyba, że chodzi o wszystkie dania z grzybami, gdyż podobnie jak polska, była ona poddawana wielu wpływom. Dlatego jedyne danie kuchni "polskiej", które jest polskie to żurek.

Danie, które Wam dzisiaj zaprezentuję pochodzi jeszcze z czasów, kiedy ludzie na naszych ziemiach wyznawali zupełnie inne wartości. Starałem się możliwie jak najbardziej odwzorować sposób jego przygotowania.
No i skoro mówimy o starych czasach to trochę historii. Dawno temu, w starożytności, a nawet we wczesnym średniowieczu, ludzie na naszych terenach wiedzę na temat otaczającego świata brali z obserwacji natury. Byli tak jej blisko, że przypisywali jej najważniejszym aspektom charakter ponad naturalny, a nawet boski. Tak powstał cały panteon bogów słowiańskich. Bogowie oczywiście potrafili się pogniewać, ale nie wymagali od człowieka cierpiętnictwa, dlatego wolny czas ludzie spędzali na cieszeniu się życiem, jednocześnie nie przejmując się tym, w co wierzyli ludzie daleko od miejsca ich zamieszkania. Z racji tego, że człowiek cieszył się tym życiem, był bardzo za nie wdzięczny. Wdzięczny był swoim przodkom, którzy go na ten świat wydali, dlatego rodzina była jedną z najsilniejszych wyznawanych przez niego wartości, co można było zaobserwować podczas świętowania początku roku solarnego, zwanego obecnie wigilią, gdzie zostawiało się puste miejsce dla zmarłego przodka.

Skąd to wiemy? Na pewno nie ze szkoły, bo takowe uznały, że początki historii są z chwilą domniemanego tzw. Chrztu Polski. Dlatego trzeba samemu poszukać, tudzież książek, tudzież starożytnych materiałów źrodłowych np. Prokopiusza. Aha, filmy na YT to nie są źródła na naukowe :)

Teraz wyobraźcie sobie, że przychodzi ktoś i mówi, że to co do tej pory uważaliście za białe, jest teraz czarne. Delikatnie mówiąc, jesteście do niego ustosunkowani niechętnie. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego zarówno Mieszko I, który podporządkował sobie ludność za pomocą miecza, jak i jego syn, który wprowadził surowe kary za nieprzestrzeganie nowych wartości, przywiezionych od ludów pasterskich z Azji. Chcąc, nie chcąc, człowiek musiał zmienić kilku bogów na jednego, który dodatkowo kazał mu się nieustannie zamartwiać, dlatego na radość z życia niespecjalnie jest już miejsce. Bliskość natury zamienił na jej chęć dominacji przez człowieka, a jedyna i słuszna prawda, ma być tak samo za pomocą miecza przekazywana gdzie tylko się da, co da w przyszłości początek wielu "ciekawym" czystkom etnicznym. Kolejna najważniejsza wartość, jaką była rodzina, przestała mieć znaczenie na rzecz bezwzględnego posłuszeństwa względem boga, nawet kosztem rodziny, a kult przodków zastąpiono kultem abstrakcyjnych świętych, czyli kompletnie niespokrewnionych obcych. 

Na szczęście wprowadzanie nowych wartości nie jest takie proste, dlatego pewne tradycje pozostały do dziś, co kulinarnie objawia się najbardziej w miłości do zboża i grzybów. Pomimo tego, że mamy XXI wiek, nie jest łatwo przystosować grzyby leśne do hodowli domowej, dlatego pozyskujemy je głównie z lasu, choć czasem pośrednio :)

Kiedy po rewolucji agrarnej człowiek przekształcił się z wędrownego trybu życia, na rolniczy, najważniejszym elementem jego pożywienia były uprawiane przez niego zboża. Co do gryki naukowcy nie są zgodni. Z jednej strony są pewni, że ona rosła już od bardzo dawna, ale nie mają pewności, czy była znana i uprawiana. Z racji tego, że uznaję wersję, że byłoby to poza wszelkim rachunkiem prawdopodobieństwa, gdyby grykę pominęła ludzka ciekawość, a także jestem fanem twórczości Janusza Christy, gdzie woje Kajko i Kokosz zajadali się nią prawie w każdym odcinku, stoję na stanowisku, że gryka była wtedy uprawiana. 
To, że uprawiano zboża, nie znaczyło, że nie korzystano z darów natury, zwłaszcza będąc z nią tak blisko, tym bardziej tych, których hodowla była albo nieekonomiczna, albo prawie niemożliwa. Dlatego chodził do lasu po grzyby i przyprawy.

Składniki:
- kasza gryczana niepalona
- podgrzybki
- czosnek
- chrzan tarty


Wykonanie:
Kapelusze podgrzybków myjemy i wrzucamy do wody. Telewizyjni kucharze, od których uczyłem się gotować, czyli Makłowicz i Kuroń twierdzili, że krojenie kapeluszy podgrzybków to zbrodnia, dlatego wrzucamy je w całości.
Gotujemy jakieś pół godziny i wsypujemy kaszę. U mnie to było ok 400 g na litr, ale pilnujemy co się dzieje, dolewając wody lub dosypując kaszy, w celu uzyskania interesującej nas gęstości. Dodajemy pogniecionego czosnku i trochę chrzanu.

czwartek, 19 września 2019

Tajskie kaeng z leśnym kurczakiem

Tak się szczęśliwie składa, że chodząc na mikro-wyprawy, których cel jest raczej turystyczno-poznawczy, znajduje grzyby. Zdarzyło mi się, ostatnio, znaleźć ogromną kolonię żółciaka siarkowego, który ze względu na swoją strukturę, przypominającą kurzą pierś, jest nazywany "leśnym kurczakiem". Z racji tego, że bardzo lubię tajską kuchnię, postanowiłem przygotować coś w tym stylu. Celowo używam określenia "w tym stylu", bo nie jestem rodowitym Tajem i to co przygotowałem jest raczej kuchnią tajsko-europejską. 
Wersja na bogato z ryżem. Oryginalnie kryzysowo powinno być z makaronem ryżowym, gdyż w Tajlandii, był on odpowiedzią na niedostateczną ilość ryżu. Tak się składa, że w tej części świata, której się znajdujemy ryż jest tańszy, więc ryż nie będzie tutaj jakimś faux pas.
W każdym razie wyszło tak dobrze, że jak zaniosłem do pracy, to niektórzy nie wierzyli, że to nie jest prawdziwy kurczak. Mówię o tych, którzy w ogóle odważyli się spróbować, bo buli też tacy, którzy się bali.

Składniki:
- żółciak siarkowy
- mieszanka przypraw do kurczaka - pikantna
- groszek konserwowy
- cebula
- wiórki kokosowe
- ryż
- chilli


Wykonanie:
Zaczniemy od mleka kokosowego. Wiórki kokosowe zalewamy wodą. Nie za dużo. Chodzi o to żeby to wszystko było bardzo gęste. Doprowadzamy do wrzenia, gotujemy 20 min, studzimy i miksujemy. Przeciskamy przez sitko, a najlepiej to jeszcze wkładamy do czystej szmatki i wyciskamy ile się da.
Grzyby gotujemy 20 min, kroimy w kostkę, podsmażamy z pokrojoną drobno cebulą. Dodajemy przeprawę go kurczaka i jeszcze chwilę smażymy. Zalewamy wcześniej zrobionym mlekiem kokosowym, dodajemy groszek i chilli do smaku. Dusimy pół godziny pod przykryciem.
Podajemy z ugotowanym ryżem.

wtorek, 10 września 2019

Prawdziwe oszczypki

Ostatnio przy okazji wpisu o racuchach, który możecie przeczytać tutaj, kiedy analizowałem pochodzenie tego dania, natrafiłem na bardzo ciekawe naukowe publikacje etnograficzne z XIX wieku o nazwie Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej. Dotarłem, przy okazji wpisu o Łemkach, do bardzo ciekawego dania jakim były oszczypki. Brzmi znajomo? Co to takiego te oszczypki? Jest to rodzaj pieczywa z tartych ziemniaków i mąki owsianej. 
Już widzę głosy oburzenia - "co ten cepr gada za głupoty, my tam wiemy swoje". Z przykrością muszę stwierdzić, że to nie "cepr" sobie tak wymyślił, a nauka, czyli najlepszy, znany ludzkości sposób na opisanie rzeczywistości. Bywają momenty, w których ludzie mają chwile zwątpienia, czy to na rzecz polityki historycznej czy mitologii, ale zasadniczo nauka rządzi :)
Każdy tom takiej naukowej publikacji dzieli się na trzy części. Dział archeologiczny, dział antropologiczny oraz ten, który interesuje mnie najbardziej - dział etnologiczny. 
W tomie 13, na 6 stronie działu III możemy znaleźć taką informację.
Żywność Łemków mało się różni od górali polskich. Zamiast chleba żytnego lub pszennego, który jako łakocie kupują sobie czasem po miastach, pieką oni oszczypki, t.j.placki z mąki owsianej zmięszanej z odgotowanemi i tartemi ziemniakami.

Jak to się stało, że oszczypek, czy jak to się mawia używając komercyjnego seplenienia - oscypek, kojarzy nam się z czymś zupełnie innym niż tu napisano? Przyczyn jest wiele :)

Po pierwsze, nazwa nie określa dania jako takiego, tylko czynności, którą się wykonuje podczas jego przyrządzania. Głosy są podzielone. Jedni uważają, że od rozszczepiania, a inni, że najprościej, od szczypania - ugniatania. Dzięki temu, można było nazwać tak bardzo wiele różnych dań.


Po drugie - siła przebicia. Łemkowie to mniejszość, która zamieszkiwała rejon Beskidu Niskiego i Bieszczad. Niestety był to teren operacyjny nacjonalistycznej partyzantki UPA, którą polskie władze chciały znacząco osłabić, zarówno od strony zaplecza, jak i moralnie. Głównie w tym drugim celu doszło do przesiedleń miejscowej ludności ukraińskiej w ramach akcji "Wisła". Wszelkim innym grupom etnicznym wyznania prawosławnego oberwało się rykoszetem i też zostali internowani, w tym Łemkowie, o których świat zapomniał. 
Kiedy pierwszy raz jechałem na kolonie do Zakopanego, zapytałem przewodnika tatrzańskiego, który był z małą grupką turystów w tym samym wagonie co my, dlaczego pociąg jedzie najpierw do przodu, potem do tyłu, potem jeszcze raz do przodu. Odpowiedział, że "kiedy za cesarza budowano tory, to nikomu by do głowy nie przyszło, że ktoś do tej wiochy będzie chciał w ogóle przyjeżdżać". Okazało się, że, nie dość, że będzie chciał, to nawet zrobiło się to modne. Rozwarstwienie społeczne było ogromne, to i pieniądze były wydawane duże. Tak został nagromadzony kapitał na marketing.
Dobre firmy wiedzą, że nie oszczędza się na marketingu i na nowych technologiach (IT), o czym boleśnie przekonała się Coca- Cola, myśląc, że może sobie na to pozwolić, skoro ich produkt już jest tak znany. Górale podhalańscy stali się mistrzami marketingu. Mając za sobą takie epizody jak Goralenvolk, gdzie byli najliczniej kolaborującą grupą z niemieckim okupantem, potrafili przedstawić się później jako symbol Polski. Kiedy mamy wielkie uroczystości państwowe w stylu pasterka w katedrze, próżno szukać orkiestr i reprezentacji w strojach kurpiowskich czy kujawskich. Trudno nawet o krakowskie. Za to są góralskie. Podobnie zresztą są postrzegani za granicą, choć tu jest duża zasługa tego, że byli ogromną grupą ekonomicznych uchodźców, którzy zasiedlili tereny USA.
Jak mawiał, największy podrywacz III Rzeszy - Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. - w tym konkretnym przypadku, dodatkowo - głos silniejszy liczymy razy tysiąc :) Łemkowie byli bez szans. 

Po trzecie - prawo. Jak mawiali starożytni Rzymianie - Dura lex, sed lex. W myśl tej zasady, nie ważne kto ma rację, tylko kto pierwszy zarejestrował tą nazwę :)

W każdym razie, w ramach ciekawostki, chciałem przedstawić Wam historyczny przepis na oszczypki, który mam nadzieję będzie dla Was równie wielką ciekawostką, jak to, że cukier "waniliowy" to cukier wanilinowy :)

Składniki:
- ziemniaki
- płatki owsiane 


Wykonanie:
Płatki owsiane miksujemy na proszek.
Ziemniaki gotujemy, ucieramy lub ugniatamy i ugniatamy z mąką owsianą w stosunku objętościowym 1 do 1. 
Ja upiekłem w tortownicy, ale trzyma się to tak dobrze, że można spokojnie bez. Wątpię, żeby Łemkowie używali form do pieczenia. 
W każdym razie nagrzewam piekarnik na 180 stopni Celsjusza i wkładam na jakieś 30 minut.

środa, 4 września 2019

Ryż po azjatycku

Swego czasu, a było to w 2009 roku naszej ery, czyli 10 lat temu, zamieściłem przepis na ryż po "chińsku". Używając tego wyrazu na określenie kuchni euroazjatyckiej, a konkretnie na dania, które przyrządza się w tej części świata, na modłę tej części świata, która leży daleko na wschód, ze składników dostępnych w tej części świata, przez imigrantów, głownie z Wietnamu. Jako, że przeciętny człowiek, w tej części świata, nawet jeśli o Wietnamie słyszał, bo przecież oglądał filmy z Chuckiem Norrisem, to nie potrafiłby go wskazać na mapie, ale wie za to, że to blisko Chin. W wyniku tej naturalnej ignorancji, wszyscy przedstawiciele rasy żółtej są Chińczykami. Taka jest geneza tego epitetu - "chiński".
Będąc jeszcze księgowym, miałem przyjemność zajmować się firmą jednego z głównych baronów tego typu placówek gastronomicznych w mieście, którego zresztą widziałem później w telewizji, przy okazji jakiejś afery z lipnymi małżeństwami do celów obywatelstwa, ale to inna historia. W każdym razie poznałem tą kuchnie od tzw. "kuchni" :) Głównym składnikiem wszystkich sosów, o przeróżnych nazwach i z różnymi rodzajami mięs, była tzw Siedmioskładnikowa mieszanka warzywna z dodatkiem sosu sojowego, mąki ziemniaczanej i tzw Azjatyckiej witaminy - C5H8NNaO4.
Jako, że ja, może i nie mam jakiejś super wiedzy, ale staram się jednak nie być ignorantem, dlatego, postaram się przedstawić Wam miejsca na mapie, skąd zaciągnięte są inspiracje. Sam smażony ryż, jest wzięty z Chin. Ogórek, jest co prawda jedzony, np. w Tajlandii, ale raczej na surowo jako przekąska do ostrych dań. W Korei jada się ogórki w sosie sojowym, ale raczej marynowane. Ja trochę popłynąłem z tym smażeniem. taka trochę moja wariacja, ale wierzcie mi, to był strzał w dziesiątkę.

Składniki:
- ryż
- świeży ogórek
- sos sojowy
- szczypiorek


Wykonanie:
Ryż gotujemy.
Ogórka obieramy, kroimy w kostkę i podsmażamy. Dodajemy sosu sojowego i chwilę smażymy. Dodajemy ryżu i znów chwilę smażymy. Podajemy posypane szczypiorkiem.


Warzywa dyniowate 2019 część II

Warzywa dyniowate w naszej kuchni 2019

wtorek, 27 sierpnia 2019

Haricots verts maitre d'hotel

Przepis podobno francuski. Jestem skłonny w to uwierzyć, bo jest z książki, które napisana została przez, jak się dowiedziałem uznanego specjalistę - Macieja Erwina Halbańskiego, pt. Domowa Kuchnia Francuska. Podczas pobytu we Francji, zweryfikowałem, nie tyle ten konkretny przepis, co taki sposób podawania warzyw, o czym pisałem tutaj
W każdym razie korzystając z tego, że jest lato, możemy mieć pożytek z roślin sezonowych, przynajmniej do momentu, aż klimat ociepli się na tyle, że wszystkie umrą. Dlatego postanowiłem zrobić danie z jednej z moich letnich ulubienic.

Składniki:
- fasolka szparagowa
- margaryna
- nać pietruszki
- cytryna 


Wykonanie:
Obcinamy końcówki strąków fasoli. Ja robię to za pomocą nożyczek. Gotujemy do miękkości. 
W patelni rozpuszczamy margarynę i podsmażamy delikatnie fasolkę. 
Posypujemy natką pietruszki i skrapiamy sokiem z cytryny.

poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Ogórkowanie i kanapka z grilllowanym ogórkiem

W miniony weekend pojechałem na imprezę o nazwie Ogórkowanie, czyli bardzo ciekawe wydarzenie organizowane przez lokalnego wytwórcę ogórków kiszonych w okolicach Wrocławia. Miał to być szereg atrakcji związanymi z ogórkami, wraz z warsztatami kiszenia ogórków, które należało wcześniej sobie zebrać na udostępnionym do tego polu. Impreza darmowa, a za zebrane ogórki nic się nie płaci, dlatego już na parkingu można było podsłuchać rozmowy starych wyjadaczy (to już czwarta edycja) na temat tego, ile zbiorą i ile zaoszczędzą, ewentualnie za ile to potem sprzedadzą :) Dzięki cze,u po godzinie, nie było już ogórków na polu i część osób próbowała zbierać z innego, odgrodzonego taśmą, mimo próśb organizatorów :) Tu zdjęcie tej połowy pola, do której jeszcze ludzie nie doszli :)


Całość miało formę takiego festynu wiejskiego ze sceną, na której był wodzirej i występy zespołów folklorystycznych. Ze straganami, na których można było spróbować wielu lokalnych ciekawostek jak na przykład kiszona rzodkiewka. Właściwie było coś dla każdego, bo nawet pajdy ze smalcem z fasoli były. Odbyłem też nostalgiczną podróż, dzięki masowemu śpiewaniu piosenki z mojego dzieciństwa pod tytułem - Ogórek.


Oczywiście żaden wiejski festyn nie może się obejść bez Ochotniczej Straży Pożarnej, która zrobiła błoto dla dzieci i wodną kurtynę. Podobały mi się również eksponaty. Tym bardziej, że taki C-360 był pierwszym pojazdem spalinowym, który zdarzyło mi się prowadzić :)


Oraz bardzo pomysłowe miejsca do siedzenia. Trzeba przyznać, że wystrój był bardzo fajny. W stylu recycling - DIY.


Można było podpatrzeć jak wygląda wyrób produktów metodą tradycyjną, a nawet własnoręcznie zmielić mąkę.


Główną atrakcją miał być przelot ogórkowym samolotem. Ogórki mają to do siebie, że ich niejadalne części są bardzo wrażliwe na uszkodzenia, dlatego nie można po nich deptać. W związku z tym zbiera się je na leżąco na specjalnych platformach podłączonych do ciągnika. Całość przypomina samolot. Bardzo specyficzny samolot, niczym dla akrobatów lub biednej kasty w Indiach, ewentualnie tak mógłby wyglądać projekt Rayanaira, bo siedzi się na "skrzydłach". Tutaj samolot kołuje :)


Zanim wsiadło się na pokład, należało zdobyć bilet. Mój lot był dopiero na 16:30. Leży się na brzuchu i zbiera ogórki, które następnie kładzie się na taśmę przed nami. Taśma przesuwa je do środka, aby następnie zostały wyrzucone na ścieżkę. Współczuje tym, którzy robią to przez kilka godzin.


Czekałem na warsztaty z kiszenia , trzymając w pogotowiu moją torbę z ogórkami i drugą ze słoikami. Niestety były one w wydaniu tylko teoretycznym, prowadzone ze sceny, co po głębszym zastanowieniu miało sens, bo takie, w których wszyscy chcieliby aktywnie uczestniczyć, mogły być problemowe ze względu na brak zaplecza kuchennego z bieżącą wodą, co nie zmienia faktu, że trochę się zawiodłem :) Po prostu nie musiałbym włóczyć się po imprezie z ogórkami i słoikami :)

Dobrze, ze było gdzie siedzieć, jak i co jeść, bo specjalnie na te okoliczność przygotowałem keks, który nie jest jakoś specjalnie warty uwagi, ale też danie wytrawne. Ostatnio mam korbę na kanapki, ale nie mówię tu o PRL-owskiej kromce chleba posmarowanego tłuszczem, z plasterkiem czegoś tam, przyozdobionym plasterkami czegoś innego. Mówię o ich ulicznych wersjach, kiedy pomiędzy dwa kawałki pieczywa dostajecie pełnoprawny posiłek, który równocześnie moglibyście zjeść samodzielnie na talerzu, bo zakładam, że pasztetu z pomidorem samodzielnie nie jecie :) Oczywiście musiała być z kiszonym ogórkiem, ale świeży to nudy :)

Składniki:
- podłużne bułki
- czerwona cebula
- ciecierzyca
- ogórki kiszone
- cukier
- papryka wędzona w proszku


Wykonanie:
Ciecierzycę moczymy kilka godzin, a następnie gotujemy.
Cebulę podsmażamy i kiedy jest miękka dosypujemy trochę cukru, cały czas mieszając, aż się nam skarmelizuje. Dodajemy do niej ugotowaną ciecierzycę i wędzoną paprykę.
Ogórki przekrajamy wzdłuż na pół i grillujemy z jednej strony. Ja, osobiście, zrobiłem to na patelni grillowej, ale możecie też upiec w piekarniku, za to wtedy nie będzie takich stylowych kreseczek. Nie spodziewajcie się takich ładnych czarnych. Na zdjęciach kulinarnych robi się je za pomocą pasty do butów.
Bułki przekrajamy wzdłuż (nie do końca), wkładamy do nich cebulę z ciecierzycą i ogórka.

My tu się dobrze bawimy i się zajadamy, a tu ktoś się nie może doczekać, aż ci wszyscy ludzie pójdą i można będzie zjeść obiad :)


środa, 14 sierpnia 2019

Racuchy vs ołatki

Do dzisiejszego wpisu zainspirowało mnie życie. Takie codzienne. Pierwszą rzeczą to zaopatrzenie. Jak wiadomo, człowiek nie wielbłąd i pić musi. Nawet nie tylko pić, ale też jeść. O ile pić można, nie wychodząc z domu, o tyle w jedzenie trzeba się zaopatrzyć. Uprzedzając malkontentów szukających atencji, zakupy można zamówić, a w nie każdym domu jest bieżąca woda, ale zasadniczo woda w kranie jest znacznie bardziej powszechna, niż możliwość zakupów online. Najprościej zaopatrzyć się w sklepie i choć wszystko idzie w stronę zakupów bezobsługowych, to i tak są to miejsca w których spędzamy sporo czasu ze swojego życia. I tak sklep, a właściwie jego asortyment, a jeszcze ściślej rzecz ujmując, racuchy z jabłkiem, stały się dla mnie źródłem inspiracji, ale nie tylko. Jest jeszcze druga rzecz, która stała się, niestety, bardzo powszechna, nie tyle coś co nazywamy hejtem, ale połączenie hatewatching z krzykiem rozpaczy o atencję połączone z przekonaniem, że jest się bardzo potrzebnym. Wyjaśnię może pierwsze pojęcie. Kiedyś jak coś nam się nie podobało to nie traciliśmy czasu na oglądanie tego. Teraz niektórzy celowo oglądają coś co się nie podoba, po to żeby móc zostawić negatywną opinię. 
Jak się to ma do kuchni? Jest takie powiedzenie, że jak ja ze szwagrem napijemy się wódki, albo lepiej, samogonu, to stajemy się ekspertami od wszystkiego. Wielu ludziom właściwie nie trzeba wódki, wystarczy tylko dać możliwość wypowiedzenia (możliwość, nie prośbę) i już poznajemy opinię, która w przekonaniu ją wyrażającego, zbawi świat, a dzięki czemu jego życie nabiera sensu, gdyż w jego mniemaniu należy on do bardzo wąskiego grona sceptyków w przeciwieństwie do głupiego szarego człowieka. Co w tym złego? Niby nic, bo każdy szanujący się naukowiec uwielbia kiedy udowodni się nieprawdziwość jego tezy. Problem zaczyna się wtedy, kiedy te opinie nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. O ile wynika to z niewiedzy, to, może nie tyle spoko, co trudno. Tu należy się współczucie. Natomiast jeśli wynika to ze złośliwości albo chęci przekazania jakieś idei to już gorzej. Osobną kategorią są ci, którzy na opowiadaniu głupot zarabiają pieniądze, tych to nawet rozumiem, dlatego nie o nich tym razem. 
Przykłady? Burgery. Burger wzięło się od słowa hamburger, a on sam od miasta portowego w Niemczech znanego z prostytutek. Hamburger musi być wołowy. Bez dwóch zdań. Natomiast powstały różne inne wariacje tego kotleta i tak burger oznacza formę podania dania, a wszelkie przedrostki materiał, z którego zostały wykonane. Tak powstał fishburger, a potem inne. Są też vegeburgery, których przedrostki wskazują, że materiał z którego zostały wykonane to nie-mięso. Ilekroć gdzieś na portalu społecznościowym trafia się taka informacja, to padają głosy - co to za burger bez mięsa? Ludzie, serio? Abstrahując od faktu czy nie macie nic lepszego do roboty, bo w tym czasie moglibyście spędzić czas z ludźmi, a jeśli nikt Was nie lubi, to np. poczytać. To drugie by się przydało w tej konkretnej sytuacji. Puryści powiedzą że tylko wołowina i nic innego i będą hejtować każdy inny składnik. OK, to jestem w stanie zrozumieć, ale czym się różni fishburger, w sensie prawidłowości nazewnictwa, od vegeburgera, czy potatoburgera, czy kangarooburgera? Dlaczego nikt nie okleja restauracji Pod Złotymi Łukami" plakatami Fishburger to nie burger? Ja wiem, że dużo miejskich dzieci myśli że krowy są fioletowe, ale nawet jeśli, to zapewniam Was ja, który doił w dzieciństwie krowę, że nie widziałem ryby, która by ją przypominała. Abstrahując już od tego, że ryba, w myśl definicji handlowej, to nie mięso. Więc czemu fishburger tak, a vegeburger już nie?
Mam coś dla Was kochani, może nie tyle puryści, co łowcy uchybień. W marketach są tzw. racuchy z jabłkami. Problem w tym, że to raczej nie są racuchy, gdyż są płaskie. 
Czym są racuchy? Zostawmy może Wikipedię, bo, co prawda ludzie piszą na jej podstawie doktoraty, ale nie jest to najlepsze źródło wiedzy. Spójrzmy na te historyczne. W XIX wieku było wydawane takie czasopismo naukowe o tytule Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej. Bardzo niszowa rzecz. W każdym razie na jego łamach, w Tomie XVII, Michał Rawicz Witanowski pisał takie coś:
Z powodu lichych gruntów lud nie odznacza się dobrobytem. Pożywienie jego jest więcej niż skromne w porównaniu z ciężką pracą, jakiej się oddaje. Mięsa nie ujrzysz tutaj na stole, chyba w wielkie święto lub uroczystość rodzinną, jak np.: chrzciny,wesele lub pogrzeb. Dodać do tego trzeba, że cały wielki post, oraz wigilie świąt, jedzą bez okrasy, przyprawiając potrawy tylko solą z dodaniem oleju lnianego Zwykłe wówczas pożywienie składa się z chleba razowego, siemieniatki (zupa z tartego siemienia, konopnego), parzy-brody (kapusta gotowana na słodko), klusek z kartofli tartych, racuchy (rodzaj ciastek drożdżowych, smażonych na oleju), flinc (placki z tartych kartofli, smażone na oleju)
Ta definicja przyda się nam później. Jest teoria, że samo słowo pochodzi od hreczuszki, co miałoby sugerować, że były z mąki gryczanej, ale mąka gryczana i drożdże to nie jest to co często idzie ze sobą w parze, więc ta opcja wydaje mi się mało prawdopodobna. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się pochodzenie od ruchanek - inna regionalna nazwa racuchów - a ta pochodzi od tego, że drożdże, a właściwie zaczyn, się ruszają. 
No to czym są te "racuchy: jeśli nie racuchami? Poza tym, że plackiem? Bo w myśl definicji słownikowej, wszystko co jest okrągłe (prawie), płaskie i z mąki, czy ziemniaków jest plackiem. Bardzo podoba mi się ludowa nazwa ołatki. O jej same nie znalazłem wiele poza zapisem w źródle, również z XIX w pt. Praktyczny Kucharz Warszawski (przepis 608), gdzie był przepis na danie (mocno powiedziane) o takiej nazwie.
Także wszelkiej maści zbawcy świata, którzy za pomocą pozornej hiperpoprawności, walczycie z "tępymi masami" uświadamiając je co do jedynej słusznej drogi. Entery w dłoń i wjeżdżacie na fanpage producentów pisząc że te racuchy to nie racuchy. Mogę Wam podać jacy to na priv. Nie zapomnijcie pochwalić się swoją krucjatą w mediach społecznościowych :)

Aha, no i jeszcze zainspirowała mnie rozmowa z koleżanką z pracy, bo też była o tym :)

Poniżej podaje dwa przepisy. Na racuchy i na ołatki.

Składniki:

Ołatki    Racuchy
- mąka
- woda
- olej
- jabłka



- mąka
- woda
- olej
- jabłka
- drożdże



Na obrazku porównanie. Po lewej ołatki - płaskie, po prawej racuchy - puszyste. Oczywiście w towarzystwie zupy botwinkowej.


Wykonanie:


 Ołatki Racuchy
Jabłka obieramy i kroimy w kostkę, ewentualnie trzemy na tarce o grubych oczkach.
Wodę mieszamy z mąką tak, aby nam powstało gęste, ale lejące się ciasto i mieszamy to z jabłkami. Na nic nie czekamy tylko wylewamy placki na patelnię i smażymy na patelni. Nie ma się co dziwić, że ten sposób został przyjęty do produkcji przemysłowej, jako bardziej ekonomiczny.










Jabłka obieramy i kroimy w kostkę, ewentualnie trzemy na tarce o grubych oczkach.
Drożdże (ilość jest zależna od ilości mąki, a stosunek jednego do drugiego opisany na opakowaniu) rozrabiamy w małej ilości ciepłej wody, dosypujemy trochę (naprawdę mało) mąki i mieszamy. Odstawiamy aż pojawią się bąbelki, nie mylić z "bombelkami", bo ich pojawienie w mojej ocenie nie wróży nic dobrego :)
Dosypujemy mąki oraz trochę oleju i ugniatamy ciasto, regulując jego konsystencję za pomocą wody i mąki. Jak za suche dolewamy wody, jak za bardzo się klei, dosypujemy mąki.
Odstawiamy i czekamy aż wyrośnie. Dodajemy jabłka, mieszamy, ugniatamy i znów czekamy. Jak podrośnie, bierzemy kawałki i smażymy na oleju.