czwartek, 21 września 2017

Paryż mniej znany i francuskie galettes

Przy okazji tego, że tegoroczny urlop przypadł w Normandii, nie możnabyło nie skorzystać z okazji i należało odwiedzić Paryż, skoro był tak blisko. Jeśli chodzi o jazdę autem, to wystarczyło mi, że przejechałem się po jego obwodnicy, dlatego skorzystałem z pociągu jako lepszego środka transportu. Poza tym, parkowanie dla osoby nie posiadającej karty rezydenta jest ograniczone do 2 h. Podczas pierwszej wizyty w Paryżu bardzo się rozczarowałem, głównie jeśli chodzi o mentalność ludzi, gdyż jest to bardzo zestresowane i pędzące miasto. Odkąd nie udało się z niego zrobić światowej stolicy sztuki, nawet artyści przystosowali się do nowych warunków. Teraz, jadąc z innym nastawieniem, postanowiłem hołdować zasadzie, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Przedstawię Wam moją subiektywną listę miejsc dalekich od tych, które znajdziecie w folderach reklamowych, gdyż po pierwsze - ile można, a po drugie są darmowe, a to w końcu blog kryzysowy :) Przyznaję, chciałem odwiedzić Musée d’Orsay, głównie dla jednego obrazu :), ale ostatecznie szkoda było marnować czasu w gigantycznych kolejkach, które pozwalają wyciągnąć wnioski, co dzieje się w środku. 
Jako, że to blog kulinarny dostaniecie też ciekawy przepis, typowy dla tej części świata :)

Pierwszy przystanek - Park Buttes Chaumont. Moim skromnym zdaniem jest to najlepszy park w Paryżu. Mamy tam wodę, góry i w ogóle wszystko wygląda jak z przygodowego filmu. Skały, wiszący most nad wodą, tunele w górze i papugi. Tak, papugi. Pierwszy raz jak zobaczyłem taka na drzewie, myślałem, że komuś uciekła, ale jak już widziałem takich więcej, zorientowałem się, że tam mieszkają.


Przystanki metra, ze względu na swoją specyfikę, zostały już docenione przez pisarza Dymitra Gluchowskiego. Można było zachwycić się już samymi wejściami.


Ciekawymi nazwami :)


Natomiast niektóre to po prostu prawdziwe dzieła sztuki, tak jak tu na Arts et Métiers, cała stacja to wnętrze łodzi podwodnej inspirowane twórczością Juliusa Verne.


Moją ulubioną dzielnicą jest Montmartre. Głównie jeśli chodzi o jej historię. Niegdyś mieszkali tam wszyscy artyści i inny ciekawy element, bo były tam najtańsze mieszkania. Obecnie trochę się tam zmieniło :) Najlepiej zacząć od słynnego, za sprawą serialu o polskim super szpiegu, placu Pigall. W tej okolicy nawet sklepy zabawkowe wyglądają magicznie :)


To tu narodziły się kabarety. Przy czym Moi Państwo, kabaret to nie była ekipa gości, która zabawiała publiczność śmiesznymi lub mniej żartami. Kabaret to w skrócie było połączenie knajpy i teatru. Taka rozrywka dla szerszej publiczności, gdzie chodziło się w celach rozrywkowych, a nie po to żeby się pokazać w towarzystwie. Publiczność była jaka była :) Właściciel pierwszego kabaretu Le Chat Noir, miejsca tak kultowego, że doczekało się wielu kopii, w tym tej najsłynniejszej tutaj parę domów dalej, został kiedyś raniony nożem przez klienta. Moim zdaniem to miejsce zasługuje na większą uwagę niż to z wiatrakiem :) Może niekoniecznie, żeby tam iść, ale warto sobie przyswoić historię.


Francuski reżyser Guy Debord zaleca zwiedzanie Paryża (i nie tylko) dryfując, tzn. podążać w kierunkach, które wyznaczają nam tylko nasze zmysły. Tak też postanowiłem zrobić, było dużo łatwiej z piwem w ręku :) Między innymi łatwiej, bo idąc pewnie w określonym kierunku miałem spokój na dole wzgórza, gdzie miejscowi obskakują turystów niczym kraby ranną mewę wciskając im co się tylko da (tu dobra rada - w Paryżu nie dajecie się wciągać w rozmowy i przede wszystkim NIC od nikogo nie bierzecie), a po drugie, już na górze kelnerzy widząc kogoś takiego, też zostawiali mnie w spokoju i nie nagabywali do restauracji :)
Dzięki temu mogłem w spokoju pospacerować tymi wąskimi uliczkami jak ci uzbrojeni po zęby żołnierze przede mną :)


Mijając stare naleśnikarnie, które bardzo mnie inspirowały od strony kulinarnej.


Piwo można dopić pod schodami Bazyliki Sacre Coeur, która została wybudowana na złość ludziom oddających się bezeceństwom w dzielnicy poniżej. Z tego powodu bojkotowana przez wielu Francuzów :) Co innego schody tuż przed nią. Tam się pije, gra na instrumentach, a jak się nie umie, to słucha tych co potrafią i podziwia widoki. Wieży Eiffla nie widać, bo drzewa zasłaniają :)


Niedaleko jest też kawiarnia, w której pracowała filmowa Amelia. Happy hours są od 19 :) Starajcie się nie używać określenia Caffe Americano, bo od czasu wojny, na którą Francuzi nie chcieli jechać, a po której przyszło im sprzątać nie jest to mile widziane. Zamiast tego mówcie Cafe Long :) Prawie to samo ;)



Paryż daje nam możliwość budżetowej wycieczki do Nowego Jorku za sprawą kopii statuy wolności. Jest wiele kopii na świecie, ale ta jest najlepsza, bo zbudowana przez tą samą osobę.


Po drodze ciekawy park na tarasie z pomnikiem ofiar zbrodni przeciwko ludzkości.

Bardzo chciałem zobaczyć kultowe kino Pagoda, które wygląda jak szkoła kung-fu z filmów kręconych w latach 70-tych, ale jest już zamknięte na stałe. Taki los małych kin :(


W okolicy placu Republiki możecie sobie pójść nad ładny kanał posiedzieć, albo puszczać "kaczki" ;)


A także podziwiać kunszt cukierniczych rzemieślników.


Fani twórczości Le Corbusiera, do których ja się zaliczam, będą bardzo zadowoleni. Zresztą nic dziwnego, bo to jego miasto. Takich użytkowych budynków jak ten, spełniających jego zasady, będących maszyną, w której płynie życie, z kinem na parterze, jest mnóstwo.


Większość osób wybiera cmentarz Père-Lachaise. Największą popularnością, co widać z daleka, cieszy się grób Jima Morrisona, którego zresztą i tak w nim nie ma :) Z całym szacunkiem, ale Roland Topor, leżący na oddalonym od niego cmentarzu Montparnasse biję go na głowę.


W Paryżu niewiele rzeczy jest za darmo, nawet za większość toalet trzeba płacić. Za darmo jest woda pitna. Jedyna co musicie to odnaleźć charakterystyczne źródełka. Jakby co, to niedaleko była też darmowa toaleta :)


Obiecałem przepis. Jest to połączenie najpopularniejszego francuskiego fast foodu - naleśników - podany w specyficzny dla francuzów sposób z jeszcze bardziej specyficznym nadzieniem, o którym usłyszałem dopiero tutaj i bardzo przypadło mi do gustu. Pieczarki to bardzo istotny element kryzysowej kuchni francuskiej, bo rosną wszędzie.

Składniki:
- mąka
- woda
- pieczarki
- cytryna
- natka pietruszki
- olej


Z mąki i wody robimy lejące się ciasto, z którego smażymy naleśniki.
Pieczarki kroimy w plasterki i nie smażymy ! :), dodajemy do nich soku z cytryny, poszatkowanej natki z pietruszki i trochę oleju. Nakładamy farsz na naleśnik i składamy jak na obrazku.

No dobra, żeby nie było, że pojechał do Paryża, a nie zrobił zdjęcia Wieży Eiffla. Macie tu jedno, z za płotu, którym jest obecnie otoczona :) Teraz musicie stać w kolejce już nie tylko żeby na nią wejść, ale też żeby do niej podejść. Podobno nauczyli się od nas jak budować takie płoty kiedy zobaczyli zbliżoną wizualnie radiostację w Gliwicach :)




Danie inspirowane podróżą 3

czwartek, 14 września 2017

Smażone zielone pomidory nieceo inaczej

Inspiracja literacka, choć szerszej publiczności pewnie bardziej znany jest film pod tym tytułem. Obiecałem, przy okazji zdjęcia pomidorów, że będzie, to daje :) Tyle, że postanowiłem podać je trochę inaczej. W formie burgerów.
Dodatkowo zainspirowałem się łajnoburzą, którą ostatnio podpatrzyłem w internecie przy okazji burgerów i postanowiłem zrobić burgery z pomidorów. Tak, z pomidorów, bo i czemu nie. Współczesna kuchnia dość powszechnie zamienia znane nam do tej pory składniki na inne, że o kryzysowej, jaka ja preferuje to nie wspomnę. Dlatego będę bronił nazwy burger zarówno w przypadku tych z fasoli jak i tych z psa. Śmieszą mnie te wszystkie teksty, że burger nie może być z tego czy tamtego, bo większości tych "obrońców tradycji" burger z wieprzowiny czy z MOM, nie przeszkadza. Tak, jeśli już chcemy być szczegółowi, to prawdziwy hamburger, czyli befsztyk hamburski powinien być TYLKO z wołowiny. Tak jak zupa zwana barszczem nie może być z buraków, tylko kiszonego barszczu zwyczajnego, a chleb nie może być na drożdżach tylko na zakwasie, natomiast wędlina może być tylko z mięsa wędzonego. I tak dalej, i tak dalej.
Abstrahując od sprzeczania się na temat kryterium uzualnego, polecam poczytać co na ten temat myśli dr. hab. Katarzyna Kłosińska z Uniwersytetu Warszawskiego, członkini Rady Języka Polskiego. 

Składniki:
- zielone (niedojrzałe) pomidory
- dojrzałe pomidory
- płatki owsiane
- płatki kukurydziane
- bułka


Wykonanie:
Pomidory kroimy na plasterki.
Płatki owsiane mielimy na pył, a kukurydziane na nieco większe kawałki.
Mąkę owsianą mieszamy z wodą, aby powstało nam gęste, ale lejące się ciasto. Moczymy zielone pomidory w cieście, obtaczamy w płatkach kukurydzianych i smażymy.
Podajemy w bułce razem z dojrzałymi pomidorami i np. ketchupem, oczywiście pomidorowym.

wtorek, 5 września 2017

Garmonbozia z Twin Peaks

Pierwszy raz  z serialem "Twin Peaks" zetknąłem się 25 lat temu kiedy był emitowany w polskiej telewizji. Oczywiście były to czasy kiedy łykało się wszystko co zagraniczne, jednak ten wyjątkowo przypadł mi do gustu mimo, że z racji wieku, niewiele z niego rozumiałem. Kiedy byłem nieco bardziej dojrzały, miałem ponowne podejście, i moje odczucia, w stosunku do tych z dzieciństwa, tylko się wzmocniły. Na plus, oczywiście. Co ciekawe, nie jestem jakiś ogromnym fanem twórczości Lyncha, ale ten serial leży mi wybitnie. 
Kiedy dotarła do mnie informacja, że będzie trzeci sezon, wiedziałem, że muszę go obejrzeć. Mimo, że jest tam więcej Lyncha niż Twin Peaks, bo sam reżyser oprócz prezentu dla fanów w postaci wielu Easetr Eggów i  laniem zafundowanym Jamesowi oraz konfliktu z Quentinem Tarantino, który postanowił załatwić na ekranie, to czas spędzony na oglądaniu uważam za dobrze spożytkowany. Początkowo, co prawda, mamy wrażenie, ze to zwykłe odcinanie kuponów i jazda na nostalgii, ale z czasem robi się coraz ciekawiej.
O czym jest serial? Dla niewtajemniczonych. Agent FBI przyjeżdża do małego górskiego miasteczka prowadzić śledztwo dotyczące morderstwa nastolatki. Od samego początku nic nie jest takie, na jakie wygląda. Z nastolatką i jej oprawcą włącznie. W grę wchodzą również złe starożytne siły, które czasem pojawiają się w naszym świecie. Do tego jeszcze kosmici i indiańskie duchy oraz masę złej energii pochodzącej  z wielu źródeł - od smutku natywnych mieszkańców tępionych przez białych po największe narzędzie do zabijania naszych czasów. Wszystko okraszone psychoanalizą. Daje to ogromne pole do popisu dlatego serial nie kończy się na złapaniu mordercy. Oczywiście wszystko jest bardziej skomplikowane, tak jak Anna Karenina, to nie jest tylko nieszczęśliwy romans mężatki z młodszym mężczyzną, ale na potrzeby tego posta, nota bene kulinarnego, trochę to uprościłem. O samym serialu mógłbym pisać i pisać, ale dyskusję wolę zostawić na komentarze :)
W serialu przenikają się dwa światy. Ten materialny i ten zdecydowanie niematerialny, w którym znajdują się wspomniane wcześniej siły, będące po dwóch stronach barykady, mające wpływ na ten pierwszy. Te złe żywią się ludzkim strachem i bólem czyli substancją zwaną Garmonbozia. Jak pamiętacie z wierzeń cywilizacji, która stworzyła fundamenty europejskiej kultury, tam postacie ze świata niedostępnego zwykłym śmiertelnikom również żywiły się "zią" tylko że Ambrozią. Tak samo jak siły przybierają jakieś postacie w świecie materialnym tak Garmonbozia ma postać kremowej kukurydzy. Także, taki mój mały hołd. Oczywiście serialowi, a nie złym siłom ;)

składniki:
- kukurydza w puszce
- mąka
- jakieś mleko (opcjonalnie)


Wykonanie:
Kukurydzę gotujemy w wodzie. Kiedy trochę odparuje, zaklepujemy mąką. Dolewamy trochę mleka, cały czas mieszając.

środa, 30 sierpnia 2017

Bezglutenowe cukiniowe tagliatelle z boczniakami

Zważywszy, że robi się coraz zimniej, to będzie chyba ostatni wpis z boczniakami w tym roku. W przyszłym mam w planie rozwinąć moją hodowlę o inne gatunki grzybów. Wszystkie jadalne. Tym razem pozycja dla, nie tyle miłośników, co raczej tych, którzy w wyniku okoliczności, gdzie geny postanowiły zrobić im niemiły kawał, są zmuszeni do zrezygnowania z białka pszenicznego, szerszej publiczności zwanego glutenem. Grzyby są bezglutenowe co do zasady. Z makaronem już jest różnie. Właściwie możemy powiedzieć, że co do zasady mają w składzie gluten, pomimo tego, że prawdopodobieństwo natrafienia na bezglutenowy makaron jest znacznie większe niż grzyba glutenowego.
Cukinia to takie warzywo, które, kiedy jest jeszcze małych rozmiarów, przypomina ogórka. Na tym podobieństwa się kończą. Poza tym, co jest istotne w tych czasach, ogórek pochodzi z kraju do którego Krzysiek Kolumb chciał dopłynąć, a to drugie z tego, gdzie faktycznie wylądował. W każdym razie cukinia jest tania i ze względu na swoją strukturę daje wiele możliwości. Tnąc ją w cienkie paski, za pomocą obieraczki, możemy uzyskać makaron o kształcie tagiatelle.

Składniki:
 - boczniaki
 - czosnek
 - cukinia
 - szczypiorek (opcjonalnie)


Wykonanie:
Cukinie obieramy obieraczką. Skórki wyrzucamy i obieramy dalej, aż nic nie zostanie.
Boczniaki kroimy w kostkę, a czosnek w plasterki.
Podsmażamy boczniaki. Jak już będą rumiane to dorzucamy czosnek. Smażymy tylko chwilę, dobrze mieszając, bo jak przedobrzymy, to się zrobi gorzkie. Na koniec wrzucamy pokrojoną za pomocą obieraczki cukinię i krótko podsmażamy. 
Możemy posypać szczypiorkiem.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Wytrawny frgál na Lysej Horze

Tym razem na celownik trafiła Lysa Hora. To taki szczyt po czeskiej stronie, nazywany Królową Beskidów. Swoją drogą najwyższa góra Beskidu Śląsko-Morawskiego. Słynie z tego, że gdzieś w jej wnętrzu schowany jest skarb słynnego zbója Ondraszka, a niektórzy mówią nawet o czarnym jeziorze. Szlak na górę zaczyna się w Ostrawicy, miejscowości dobrze skomunikowanej drogami, torami kolejowymi, a także przygotowanej na przyjęcie turystów, dzięki wielu parkingom.

Szlak czerwony, który zaczyna się koło dworca początkowo jest bardzo nudny, bo prowadzi po asfaltowej drodze. Później jest jak to mawiał komisarz Ryba niewiele lepiej, ale ... lepiej, bo idziemy lekko kamienistą stromą drogą. Dopiero widoki, jakie potem nam się pokazują powodują, że staje się to bardziej emocjonujące :) Od czasu do czasu spotykamy symboliczne mogiły z kamyczków takie jak ta. Z czego najsłynniejsza w okolicy jest ku czci skautów zabitych w czasie II Wojny Światowej.


Prognozy pogody nie były obiecujące, a to co zobaczyliśmy tylko je potwierdziło. Jedyny plus, że można bujać w obłokach :)


Na szczycie nie było tak źle, a przynajmniej chwilowo, ale też nie na tyle dobrze, żebym widział na co pokazuje ten chłopczyk :)


Głównymi atrakcjami na górze jest budynek stacji telewizyjnej


oraz menhir, który ma specjalny element do głaskania.


W każdym razie na szczycie wszyscy postanowili się pożywić specjalnie na tą okazję przygotowanym daniem o nazwie frgál. To placek drożdżowy pochodzący z tej części Czech nazywany nieudanym ciastem, ze względu na to, że farszu jest więcej niż spodu. Trochę czeska pizza :) Zazwyczaj podawany na słodko, ale tradycyjnie też przygotowywany z kiszoną kapustą. Postanowiłem go delikatnie stunningować, aby był bardziej odżywczy. Spód uzupełniłem o mąkę owsianą, a farsz o typowy dodatek dla tej części świata - fasolę.

Składniki:
- szklanka zmielonych płatków owsianych
- szklanka mąki
- 3/4 szklanki wody
- 1/5 kostki margaryny
- 1/4 kostki drożdży
- mała paczka kapusty kiszonej
- puszka fasoli 


Wykonanie:
Mąki mieszamy ze sobą, a drożdże rozrabiamy w odrobinie letniej wody. Margarynę roztapiamy i mieszamy z mąką. Dodajemy drożdże oraz resztę wody i ugniatamy ciasto. Zostawiamy aż wyrośnie.
Kapustę płuczemy i kroimy, a następnie mieszamy ze zmiksowaną fasolą. 
Kiedy ciasto wyrośnie wykładamy nim tortownicę zostawiając brzegi, a na środek kładziemy nasz farsz z kapusty i fasoli. Pieczemy w nagrzanym do 180 stopni piekarniku jakieś 20 minut.

To jest dobre w górach, że można wypić małe piwo i nie zostanie po niem nawet śladu w momencie kiedy będzie się już w samochodzie :) Fajnie się siedzi, zwłaszcza przy dobrym piwie o dwunastoprocentowym nachmieleniu, gdzie w Polsce musiałoby to być już piwo kraftowe o dziwnej nazwie, jeszcze lepszej etykietce, a najlepszej cenie, ale, jak to często w górach bywa, zaczęło się robić nieciekawie. Postanowiliśmy ruszyć 4 litery, tym bardziej, że zniknął nam widok, którym się rozkoszowaliśmy.


Postanowiliśmy wrócić szlakiem żółtym, który był trochę bardziej ciekawy. Tzn. tak w ogóle, to chcieliśmy przejść czerwonym, ale okazało się, że nie prowadzi tam gdzie byśmy chcieli, o czy dowiedzieliśmy się po 40 minutach, które poświęciliśmy na jego pokonanie :) Co prawda nikt z nas nie miał takiej pelerynki jak te, które stały się ostatnio hitem internetu, ale i tak daliśmy radę, tylko pozostał standardowy dylemat  - czy mieć kaptur na głowie, czy nie, skoro głowa w obu przypadkach jest mokra :) 


Pod koniec trasy zobaczyłem jakieś ostrzeżenie, ale nie mogłem doczytać dokładnie o co chodzi bo drzewo je zjadło.


Szlak żółty kończy się przy zbiorniku wodnym, na którym robione są jakieś pracę. Nie wiem co to, ale mam nadzieję, że będzie dla szerszej publiczności :) Szlak nie kończy się w centrum, dlatego jeszcze kawałek trzeba przejść.


Każda dobra wyprawa kończy się łupami, dlatego postanowiliśmy odwiedzić lokalną wytwórnie piwa. Było kilka gatunków, bardzo modnych ostatnio IPA, APA, ale postanowiłem postawić na to, co do czego jestem pewny, że Czechom wychodzi. W dodatku dobra nazwa :)


Jeszcze taki mały smaczek, który spotkałem w drodze powrotnej.


Podsumowując, szlak niezbyt wymagający, ale dla dla ładnych widoków, warto.

środa, 16 sierpnia 2017

Po'boy

Dzisiaj danie z Luizjany. To taki skrawek ziemi, w którym jest wiele ciekawych rzeczy, jednak szerszej publiczności znany z dwóch bardzo wyświechtanych przez popkulturę odłamów chrześcijaństwa. Pierwsza to voodoo, czyli to, co powstało w momencie, kiedy ludności z Afryki próbowano narzucić religię z Bliskiego Wschodu. Pisałem o tym trochę przy okazji potrawy jambalaya. Druga to Kuk Klux Klan. O nich nie pisałem nigdy. Niemniej jednak geneza dania, które Wam przedstawie jest zdecydowanie niereligijna, więc ten temat zostawimy w spokoju.

Luizjana to taki region, gdzie jak się okazało, że nie ma tam złota, to nikt nie chciał go przygarnąć. Mowa tutaj o dużych graczach, czyli tych, którzy przyjechali na te tereny z nowoczesną bronią.  Natywni mieszkańcy chcieli się zająć tym kawałkiem ziemi, ale zgodnie z podstawami fizyki, nie mieli oni nic do gadania i ostatecznie osiedli tam Francuzi. I to jest dla nas istotna informacja, bo ostatecznie Luizjana stała się jednym ze stanów, ale z wyraźnymi wpływami francuskimi, np. w kuchni. 

Historia tego dania zaczęła się pod koniec XIX wieku, kiedy stały się modne bułki paryskie ze smażonymi ostrygami. Prawdziwą sławę zyskało ono dopiero w latach 20-tych XX wieku, podczas wielkiego kryzysu. 
A było to tak. Dwóch braci postanowiło porzucić pracę w transporcie publicznym i założyli mały punkt gastronomiczny w Nowym Orleanie. W 1929 roku doszło do strajku pracowników związanych z ich poprzednim miejscem pracy i jak to zwykle bywa zamówiono na tą okoliczność łamistrajków, złożonych głownie z recydywistów. Strajkujący się zdenerwowali i podpalili tramwaj przy aprobacie zgromadzonych mieszkańców, którzy zresztą w geście solidarności unikali środków komunikacji publicznej. W każdym razie sytuacja była poważna, strajk się przeciągał, więc bracia postanowili karmić strajkujących tymi tanimi kanapkami. Mówili przy tym pieszczotliwie, że idzie kolejny biedny chłopiec do wykarmienia. Z ang. poor boy. Stąd nazwa kanapki po'boy. Niektórzy historycy podważają prawdziwość tej historii, ale świat jest zbudowany na wielu ciekawych historiach, w które się dobrze wierzy. Taka jest wersja oficjalna.

W związku z tym, że założyłem sobie małą hodowlę boczniaków, która dość pokaźnie obdarowuje mnie plonami, o czym chwaliłem się przy okazji wcześniejszych boczniakowych przepisów, postanowiłem przygotować jedną z wersji tej kanapki, bo jak to często bywa w przypadku znanych dań, doczekała się ona wielu. Żeby zrozumieć dlaczego wersja z boczniakiem stała się taka popularna trzeba znać choć trochę język obowiązujący w kraju jej powstania. Ostrygi to po angielsku oysters. Boczniaki to z kolei oyster mushrooms,  czyli dosłownie grzyby ostrygi. Zresztą najbardziej popularna, użyta przeze mnie odmiana to boczniak ostrygowaty.

W każdym razie buła idealna w teren lub jako przekąska do pracy, a jak ktoś ma koło miejsca pracy mały gaik, tak jak ja, to sobie może zjeść i w terenie i w pracy :)

Składniki:
- boczniaki
- mąka kukurydziana
- bagietka
- sałata
- pomidory
- ogórki kiszone
- pikantny ketchup



Wykonanie:
Boczniaki myjemy, kroimy, obtaczamy w mące kukurydzianej i smażmy. Bagietkę kroimy wzdłuż na pół, nakładamy na nią liście sałaty, podsmażone boczniaki, pokrojone w plasterki pomidory i ogórki. Wszystko uzupełniamy ketchupem.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Wyprawa po Beskidach - makaron z pesto i jedzenie ery kosmicznej

Jako, że jestem osobą z zasady aktywną, to wolę spędzać czas w górach, gdzie jestem cały czas w ruchu niż nad morzem, gdzie kultywowany jest nieco inny sposób spędzania czasu - bezruch na plaży, czy jego bardziej inwazyjna odmiana - parawaning. Do tego dochodzą, jakże ważne widoki, które mam do dyspozycji podczas górskich spacerów (no dobra, na plaży też są dobre widoki, ale patrz  - kolejna sprawa :) ). Bardzo ważną kwestią jest dla mnie mniejsza ilość ludzi, a jak już są, to z zasady doceniają powód, dla którego tak się musieli namęczyć. To jest jeden z głównych powodów dla których unikam Tatr. Nie mam wewnętrznej potrzeby zdobywania jak najwyższych szczytów. Ja chce mieć aktywność, ładne widoki i spokój, który pozwoli mi tymi widokami się rozkoszować. Jak jeszcze spotkam jakiegoś dzikiego zwierza, choćby zająca, których jest coraz mniej, to już jest idealnie.
Rewia mody na asfaltowym wybiegu Morskie Oko to nie dla mnie, więc ewentualny zarzut o rozrywce dla znudzonej klasy średniej, która chce się pokazać niczym Aleksy Wroński w Operze, odpada. Nie mam problemu z tym, że ktoś idzie w jeansach o ile nie ma do nich szpilek lub eleganckich sandałków, bo to już głupota, a paliwo do helikoptera kosztuje sporo. Sam mam już, dzięki doświadczeniom wypracowany zestaw, ale każdy lubi co innego i ma swoje własne patenty:
  • buty - podstawa, dosłownie i w przenośni. Wysokie tj. za kostkę. Wiem, że niskie to wygoda, ale ja nosząc wysokie jestem przygotowany na wszystko. Tu nie polecam oszczędzać. Tzn. w długim okresie czasu będzie to oszczędność, bo ostatecznie przez wiele lat wydacie mniej, ale jednorazowy wydatek jest konieczny. Niestety zmartwię wszystkich obrońców praw zwierząt. Nie wymyślili nic lepszego niż skóra. Oczywiście jak chodzicie na łagodne spacery, to i siatka nylonowa Wam wystarczy, ale jak zdarza Wam się brodzić w wodzie, łazić przy kilkugodzinnym deszczu to pozostaje Wam najwyżej kupić jak najlepsze obuwie, żeby długo nie trzeba było kupować kolejnego. Polecam takie z gumowym otokiem dookoła. Nie dość, ze chroni przed niską wodą to jeszcze przed uszkodzeniem. Napisałbym o podeszwie, ale te które spełniają dwa pierwsze warunki, na pewno będą miały odpowiednią :) Stuptuty też się przydadzą, żeby buty nie zmokły wam od środka.
  • spodnie - po wielu eksperymentach w niesprzyjającej pogodzie stawiam na takie, które szybko schną. Na gorące lato, krótkie z rip-stopu.
  • koszulka - najlepiej sportowa obcisła, szybkoschnąca, odprowadzająca wodę na zewnątrz. Im ciaśniej, tym zasadniczo lepiej.
  • bluza - co najmniej dwie - lżejsza na marsz (o ile nie jest gorąco) i grubsza na stan spoczynku, kiedy wieje, a ta pierwsza jest mokra. Jest to spowodowane tym, że podczas marszu bluza będzie mokra, a cienka wyschnie szybciej.
  • kurtka - jest tylko jeden materiał nieprzemakalny i jest to guma. Ma ona jednak to do siebie, że nie oddycha i będziecie mokrzy w środku. Trzeba znaleźć jakiś wypracowany kompromis. Membrany podobno nie najlepiej oddychają latem, ale jak macie ogromne wywietrzniki pod pachami to już lepiej. Ewentualnie plastikowe poncho na koszulkę, ja mam takie zawsze przy sobie. Możecie sobie kupić jakąś kurtkę za kwotę 4-cyfrową i zapłacić za markę, ale raczej te drogie z takim czy innym logiem nie są zbudowane z kosmicznych materiałów, wiec nie polecam.
Podczas tej wyprawy mieliśmy długą dyskusję na temat kijków z gorącym ich zwolennikiem. Powiem tak. Jak ktoś lubi to OK. Jeśli miałbym coś do zdobycia i zależałoby mi na czasie, to kijki byłyby pomocne. Podczas rekreacyjnego spaceru nie chcę upośledzać mojego balansu, który jest bardzo ważny w sporcie uprawianym przeze mnie na co dzień dodatkowymi punktami podporu.

W każdym razie z racji tego, że Łukasz przyjechał z Irlandii akurat w tym okresie, a już mu kiedyś obiecałem wspólny wypad, postanowiłem zrobić wyjątek i pójść w góry w środku lata :) Zgodziłem się tylko ze względu na trasę no i że nie były to Tatry :)

Wyruszyliśmy w trasę i pierwszym poważnym przystankiem była Wielka Racza. Przejrzystość powietrza świetna to i widoki piękne. Postanowiłem się posilić moja ulubioną przekąską w górach czyli chałwą. Zrobiłem to w pozycji półleżącej rozkoszując się widokiem. 


Po drodze minęliśmy ekipę, która malowała oznaczenia na szlakach. 


Jak już pisałem widoki były niesamowite, bo i pogoda dobra. Tatry bardzo dobrze mi się oglądało z tej odległości :)


Napotkane mapy, ze względu na to, że każdy chciał pojeździć po nich palcem okazały się średnio przydatne :)


W końcu dotarliśmy do celu, jaki wyznaczyliśmy sobie tego dnia. Schronisko na Przełęczy Przegibek, gdzie widać już znaki czasu, ale nieznacznie :)


Oprócz tego urzekły mnie tamtejsze ekologiczne doniczki.


Nadszedł czas na pierwszy posiłek.

Makaron z zielonym pesto

Mój kolejny wyprawowy posiłek, który przygotowałem sobie wcześniej po to, aby dodać tylko wody. Na szczęście jak to w schronisku w schronisku nie było problemu z wrzącą wodą, którą dostawaliśmy za "co łaska", prawdziwe, a nie "dają tyle".

Składniki:
- makaron instant
- groszek konserwowy
- bób
- cukinia
- czosnek granulowany
- olej (opcjonalnie)


Bób gotujemy kilka minut w wodzie i suszymy. Możemy to zrobić w piekarniku, specjalnej suszarce lub, tak jak ja, za szybą samochodu zostawionego na parkingu w nasłoneczniony dzień. Groszek wyjmujemy z puszki i suszymy. Podobnie postępujemy z pokrojoną w plasterki cukinią. Następnie wszystko mielimy na proszek, do którego dodajemy czosnku.
Makaron instant zalewamy wodą, czekamy aż zmięknie, dosypujemy zrobiony wcześniej proszek, mieszamy i czekamy kilka minut. Na koniec dolewamy trochę oleju jeśli mamy.

Wieczorem jeszcze wejście Będoszkę Wielką. Księżyc tak świecił, że prawie nie trzeba było używać latarek.

Schroniska mają to do siebie, że spanie odbywa się w pokojach wieloosobowych, co sprzyja zawieraniu tymczasowych znajomości i ciekawym rozmowom. Zwłaszcza jeśli tak jak ja, miało się za sobą truskawkową nalewkę domowej roboty, którą dostałem od Agnieszki. Wszystkim smakowało. Przy tej okazji pozdrawiamy Maćka i Kaśkę, z którymi się miło rozmawiało jak i niezidentyfikowanego bardzo młodego osobnika z za ściany, który przyszedł i powiedział, że mamy skończyć rozmowę bo on jest zmęczony i wszystko słyszy :) W każdym razie schronisko godne polecenia. Nawet toaletę macie za darmo, a nie jak na Szczelińcu :)

Rano szybkie śniadanie i wypad na Rycerzową Wielką. Tam też było schronisko, ale pomimo, że bufet miał być czynny od 8 do 21 to o godzinie 10 był niedysponowany, ze względu na to, że pani myła podłogę. Jakby ktoś miał wątpliwości ile to jeszcze zajmie, to na drzwiach była wielka kartka STREFA BEZ POŚPIECHU, o czym mieliśmy się dobitnie przekonać po 30 minutach :) Zniechęceni zarówno tą sytuacją, jak i informacją, że turyści w postaci psów nie są tu mile widziani (mimo, że psami nie jesteśmy, ani dosłownie, ani w przenośni, ale w ramach gestu solidarności z opiekunami takowych :)), poszliśmy na szczyt. Tu super widok. Do tej pory byłem przyzwyczajony, że niszczy się fajne tereny na rzecz wyciągów narciarskich. Tam było na odwrót.


Potem spotkaliśmy na trasie jakieś dziwne żyjątka. A właściwie ich całą kolonię, która się powoli przemieszczała. Nie mam pojęcia co to było, ale wyglądało ciekawie.


I kolejne widoki w stylu Na górze róże, na dole fiołki czyli ładne szczyty u góry i drwal rzucający przekleństwa na konia poniżej. W tym momencie przypomniała mi się historia, którą opowiedział mi mój nauczyciel od historii, kiedy to radziecki chłop poszedł do gułagu za zwyzywanie swojej krowy, a właściwie nie swojej, tylko tej, nad którą miał pieczę :)


I kolejny posiłek. Ostatnio widziałem to w jakimś sklepie internetowym za 20 euro. Ludzie serio? Aż 20? Przecież to kosztuje grosze. To nic innego jak zmodyfikowana mieszanka, o której pisałem już tutaj przy okazji wpisu o tym co będziemy jedli w dalekiej przyszłości. W każdym razie gość wymyślił posiłek idealny dla wszystkich, ja go trochę zmodyfikowałem o dodatki smakowe.

Soylent czyli koktajl ery kosmicznej

Składniki:
- płatki owsiane
- glukoza
- siemię lniane
- jarmuż
- banany
- jabłka


Banany i jabłka kroimy w cienkie plasterki i suszymy. Jarmuż też suszymy, z tym, że on wysuszy się szybciej. Miksujemy wszystkie składniki, gdzie płatki mają stanowić bazę, siemię dodatek, a reszta ma stanowić o smaku. Wystarczy dodać zimnej wody, dlatego możecie sobie przygotować to na środku szlaku. Pomieszać, odczekać, jeszcze raz pomieszać i gotowe. Może być w misce, może być w butelce jak smoothie.

W drodze powrotnej musiałem wstąpić na danie, do którego mam słabość, czyli polskie hot dogi. Dla urodzonych w latach 90-tych i później, to hot dog z farszem pieczarkowym, który był wynikiem wprowadzenia najbardziej liberalnej ustawy o przedsiębiorstwach jaką widział ten kraj w ostatnich dekadach.


Podsumowując, mało ludzi czyli duży plus. Dużo słońca, co odbiło się na ogólnemu fizycznemu samopoczuciu - na minus :)

czwartek, 3 sierpnia 2017

Klasyka, tyle, że z grilla

Klasyki mają to do siebie, że się nie starzeją i nie umierają. Kiedy spotkałem kiedyś Petro Tyschtschenko, byłego dyrektora do spraw logistyki w firmie Commodore, powiedział na pożegnanie, że "On umrze, Amiga nie". Podobnie jest z klasykami. Klasyki nie umrą. Żyjemy w kraju, w którym współczynnik przedwczesnej śmierci jest wyjątkowo wysoki w porównaniu do reszty Unii Europejskiej i najwyższy w całej Grupie Wyszehradzkiej. Oczywiście niższy niż w Ameryce Południowej lub Afryce, ale to małe pocieszenie. Statystyki podwyższają nam wariaci drogowi, stąd zawsze się śmiałem, że jeszcze jako wdrożeniowiec, miałem bardziej niebezpieczną pracę niż górnik, a jak ktoś lubi podróżować po kraju, jak ja, to jest dodatkowo narażony na niebezpieczeństwo. W tej sytuacji pozostaje Wam mieć nadzieję, że zostawię komuś wcześniej hasło i mowę pożegnalną dla Was :) Natomiast to i tak tylko prawdopodobieństwo, bo równie dobrze może komuś spaść na głowę żółw, co jest bardzo mało prawdopodobne, ale jak pokazał przykład Ajschylosa, jednak możliwe. W każdym razie, niezależnie od tego co się stanie, klasyki przeżyją. Nasza internetowa twórczość niby też, ale jak kiedyś padną serwery, albo zmieni się polityka usługodawcy, to będzie po frytkach, że się tak kulinarnie wyrażę.
Idea kiełbasy, która jest poddana obróbce termicznej innej niż gotowanie, razem z bułką jest popularna w wielu częściach świata. Najbardziej w Polsce, Niemczech ze stanu granic na rok 1938 oraz basenie Morza Śródziemnego. W naszym kraju jest to nieodłączny element wszystkich festynów z tzw. "bieda muzyką", kiepskim piwem i niejednokrotnie dwukolorowymi flagami zupełnie różnymi niż te państwowe. Pokrojona w plasterki z cebulą to jeden z najprostszych obiadów w tej części świata. Postanowiłem zrobić coś podobnego, ale, jako, że sezon w pełni, w terenie i z parówek. Jako, że wszystko jest pokrojone, niezbędna jest tacka aluminiowa.

Składniki:
- jakieś parówki
- cebula
- musztarda
- bułka, ale nie jakaś mała kajzerka :)


Wykonanie:
Parówki kroimy jak w komiksie "Kajko i Kokosz" czyli na plasterki, tyle, że nie pod kątem prostym, ale lekko na skos, ze plasterki były większe. Cebulę kroimy w półplasterki. Wkładamy wszystko do miski, polewamy lekko olejem i mieszamy. Nakładamy na tackę do grillowania, a nią samą kładziemy na ruszt. Podajemy z musztardą i bułką.