poniedziałek, 15 października 2018

Szwedzki czwartkowy obiad i miasto z kamienia

Tak się złożyło, że poleciałem ostatnio do Sundsvall na północy Szwecji. Oczywiście nie prywatnie tylko służbowo, bo poza tym, że miasto jest zagłębiem szwedzkich firm IT, to turystycznie nie jest zbyt obleganym kierunkiem. Tak jak w przypadku wielu moich podróży, staram się wycisnąć z każdej destynacji ile można i szukam w niej ciekawych miejsc, jak i liznąć trochę obcej kultury głównie kulinarnej. Tak było i tym razem.

Dlaczego Sundsvall nazywane jest miastem z kamienia? Do pewnego momentu było jak wiele tego typu skandynawskich osad drewniane, ale po kolejnym wielkim pożarze postanowili zbudować domy z bardziej praktycznego surowca. Oprócz tego poczynili pewne dodatkowe zabezpieczenia jak np. taki pas ziemi, który w przypadku pożaru miał zatrzymać ogień, aby nie przedostał się do drugiej części miasta. Obecnie zadrzewiony, pełni funkcję dekoracyjną.


Szwedzi są bardzo przywiązani do swojej tożsamości, gdzie nie dali sobie do końca wprowadzić kultury z Azji i najważniejsze święto to letnie przesilenie. Nawet jeśli są ateistami to i tak bardzo często odwołują się do legend. Kolejnym sposobem, traktowanym trochę z przymrużeniem oka są pomniki smoków, w myśl zasady - zwalczaj ogień ogniem. Można je spotkać niemal wszędzie, gdzie każda licząca się w mieście firma ma swojego.


Sundsvall słynie z tego, że w XIX wieku zaczął się tu pierwszy strajk generalny w Szwecji, które to wydarzenie czeka na swój memoriał. Tzn. na nowy, bo stary był niewystarczający :) 
Jest tu również podobno pierwsze kasyno w Szwecji.


Mimo, że w mieście niewiele jest i tak włodaże dokładają wszelkich starań żeby było tu bardzo ładnie. I tak w porcie można spotkać ciekawe rzeźby. Człowiek kot vs kot.


 Oraz bardzo ciekawa, która odzwierciedla tęsknotę Szwedów za dniem :)


No tak bo tam się bardzo szybko robi zimą ciemno. Dlatego w wielu domach możecie zaobserwować lampki na oknach. Oprócz tego, że ma to obecnie wymiar praktyczny, bo wrzuca od strony okna więcej światła, to wzięło się to z ludowej tradycji. Niegdyś wierzono, że jest to swoista latarnia dla członka rodziny będącego na morzu, który dzięki temu wróci cały i zdrowy.


W okolicy są dwie ciekawe górki, jedna ze skansenem, leśnymi szlakami i wierzą widokową. Nie mogłem odmówić sobie przyjemności wejścia na nią, tym bardziej, że co prawda, ściana prawie pionowa, ale było trochę ułatwień :)


Widok z góry imponujący.


Ale miało być też o kulturze. Zwiedziłem muzeum. Budynek zaskakujący jak na tak małe miasto.


W środku znalazłem domowej roboty "kwierlek", o którym pisałem przy okazji tego wywiadu.


Co mi się szczególnie podobało, to brak podziału na toalety damskie i męskie, dzięki czemu nie trzeba było czekać w kolejce, kiedy druga była wolna.


Ale co ze mnie za Polak jeśli nie piszę o alkoholu :) Alkohol jest dostępny tylko w państwowych sklepach oznaczonych takim symbolem. Ten był czynny do godziny 19:00. Nie muszę chyba pisać, że ceny nie były niskie :)


Natomiast w markecie były darmowe torby foliowe, gdyż ich cena jest prawdopodobnie zawarta w towarach. U nas też zawsze była, a każda kolejna to już tylko zysk dla sklepu.


Każdy kraj ma swoje rytuały. Jeśli pójdziecie do restauracji w Szwecji w czwartek, to prawdopodobnie spotkacie kogoś kto je grochówkę i naleśniki z dżemem.
Jako, że grochówka została wymyślona przez armię rzymską, tu również kojarzona jest z wojskiem i można kupić ją w specjalnych puszkach w stylu militarnym.


Składniki:

naleśniki:
- mąka
- woda
- olej
- dżem truskawkowy

grochówka
- groch
- marchewka
- seler
- pietruszka
- majeranek


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto. Dodajemy trochę oleju i smażymy z niego cienkie naleśniki na patelni. Smarujemy dżemem i zawijamy.
Groch moczymy kilka godzin. Warzywa trzemy na tarce i gotujemy z grochem do momentu, aż nasiona się rozgotują na papkę. Doprawiamy ulubionymi przyprawami i majerankiem.
Podajemy razem, z tym, że jemy najpierw zupę :)
Czasami Szwedzi jedzą do obiadu słodki piernikowy chleb.
Piją głównie kawę, ale, co dla mnie było świetnym pomysłem, zdarza im się pić kisiel z dzikiej róży.

Na koniec widok na Tatry z samolotu. Mimo, że siedziałem w małym samolocie w jednych z droższych linii lotniczych, to i tak mniejszy tłok niż na Giewoncie, a stosunek ceny do jakości lepszy niż w Zakopanem :) Reasumując. Jeśli Tatry to tylko stąd :)



piątek, 5 października 2018

Obiad z U-Boota

Swego czasu otrzymaliście ode mnie wpis dotyczący życia na U-Boocie, a także jakie desery tam jadano. Zainteresowanych odsyłam tutaj. Tym razem otrzymacie wpis o tym co jedzono tam na obiad. 
W przeciwieństwie do poprzedniego wpisu, który był oparty tylko na źródłach historycznych, ten oprę na beletrystyce, ale nie byle jakiej. Wiecie co różni Emile Zola, Elizę Orzeszkową oraz Marię Konopnicką od Henryka Sienkiewicza i Aleksandra Dumas? Ci pierwsi pisali o czasach, w których sami żyli dzięki czemu ich rzeczywistość była bliższa prawdzie. Bliższa, bo, jestem pewien każdy miał swój subiektywny punkt widzenia, który chciał obronić, stąd pewnie pewne podkoloryzowania, ale zasadniczo były to potencjalne fakty. Choć oczywiście Daniel Olbrychski ma na ten temat inne zdanie :)
Dlatego też książka Okręt, której autorem był Lothar-Günther Buchheim też prawdopodobnie opisuje historie, które, albo się zdarzyły, albo zdarzyć się mogły. Tym bardziej, że pływał na okrętach podwodnych tego typu. Prawdopodobnie pewne rzeczy również zostały podkoloryzowane, gdyż nie zapominajmy o tym, że książka została napisana po wojnie i jako taka nie mogła zawierać opowieści o tym jak to ktoś z przyjemnością zabijał ludzi w imię Hitlera, ale tego nie wiemy na pewno. Co wiemy na pewno, to to jak wyglądało życie na niemieckiej łodzi podwodnej i to momentami, dla niektórych aż za dużo. Mamy tam opis niemal każdego stanowiska i problemów z nim związanych. Autor stara się przedstawić nam dokładnie jak wyglądała codzienność w ciasnej dusznej puszce, w której każda próba snu była przerywana, a wszystko, łącznie z jedzeniem śmierdziało olejem silnikowym i spalinami. Na powierzchni nie było wcale lepiej, zwłaszcza kiedy trzeba obserwować kilka godzin horyzont za pomocą ciężkiej lornetki, ponieważ każdy za późno wykryty samolot lub niszczyciel był ogromnym problemem. Dużo zabawniej było kiedy padał deszcz i lornetkę trzeba było cały czas wycierać, a już najciekawiej było kiedy był duży sztorm i zbyt rozpędzony okręt mógł przebić falę topiąc ludzi na kiosku. Musicie przyznać, że ktoś kto decydował się na taką służbę musiał być twardy. Niemniej jednak załoga miała w sobie tyle pokory, że sami oddawali ten tytuł komu innemu:
— A mimo to ten, kto u nich pływa na zbiornikowcu z benzyną, to musi być odważny wariat albo nie mieć nerwów. Przy takim gównianym tempie siedzieć tygodniami na samej benzynie i czekać na torpedę? No, dziękuję pięknie! 
Długą chwilę patrzy nieruchomo przez lornetę.
— Twarde chłopaki tam są — burczy potem.
Co mnie urzekło w tej książce, to specyficzne poczucie humoru rodem z jaskini, które jest swoistym wentylem bezpieczeństwa na wszechobecny stres. To kwestia trochę osobista, bo stanowisko, które obecnie zajmuje jest w żargonie IT nazywane "strażakiem" i jako takie obciążone dużym stresem, co również przedkłada się na poziom żartów w ekipie :)
W każdym razie z wielu fragmentów, bo kwestie jedzenia poruszane są nawet przy porównywaniu koloru nieba do pieczonego kurczaka, wyłuskałem jeden, który mnie zainspirował (oczywiście poza ceną jabłek, która w końcu jest niższa niż bananów) do tego wpisu.

— Co to jest? — pytam i słyszę głos Starego za sobą: 
— Placki kartoflane, ziemniaczane, czy jak one się tam nazywają.
Muszę iść do kambuza wraz z nim. Tam sięga po patelnię i smalec. Jeden marynarz przychodzi z centrali z miską pełną startych ziemniaków. Dowódca rozpuszcza smalec i cieszy się przy tym jak uczeń. Podnosi patelnię do góry i przelewa syczący tłuszcz z jednej strony na drugą. Wlewa teraz ziemniaczaną papkę, tłuszcz pryska prosto na moje spodnie. Niby chemik pochylony nad swymi retortami Stary obserwuje, jak ziemniaczana masa ścina się i brązowieje. 
— Zaraz będzie pierwszy z serii! — Stary, marszcząc nos, wciąga unoszący się zapach, a teraz chwyta za trzonek patelni. 
Następuje wielka chwila. Zamach, placek przelatuje w powietrzu,
robi salto i już leży znowu płasko na patelni: złotobrązowy.
Z pierwszego gotowego placka urywamy sobie po kawałku i trzymamy między zębami, unosząc wargi, by nieco przestygł. 
— Fajne, co? — pyta dowódca. 
Kuk musi wstać ze swojej koi i przynieść wielkie puszki z musem jabłkowym. Stopniowo z gotowych placków powstaje spory stos. Jest prawie północ: zmiana wachty w maszynie. Otwiera się właz i umorusany smarami Jednotancerz wchodzi do kambuza. Zaskoczony patrzy na dowódcę i chce szybko przecisnąć się przez pomieszczenie.
— Stój! Stop! — woła do niego dowódca i Jednotancerz staje jak przynitowany do podłogi.
Teraz na rozkaz musi zamknąć oczy i otworzyć usta, a dowódca wpycha mu zwinięty w roladę placek ziemniaczany i jeszcze
rozsmarowuje na tym łyżkę musu jabłkowego. Część musu trafia również na brodę Jednotancerza.
— Naprzód marsz! Następny!
Składniki:
- ziemniaki
- mąka
- jabłka


 Wykonanie:
Ziemniaki obieramy i trzemy na drobnej tarce. Odlewamy trochę soku i dosypujemy mąki, żeby powstało nam lejące się ciasto. Wylewamy na patelnię i smażymy z dwóch stron .
Podajemy ze startymi w taki sam sposób jabłkami.

Dla najbardziej wytrwałych, którym chce się jeszcze czytać, mam również ciekawy fragment, dotyczący zwyczajów kulinarnych na okręcie :)

– No, panowie – pyta niecierpliwie – pewnie nie jesteście głodni? Tymczasem kucharz ma wspaniałe osiągnięcie: zupę przy tej pogodzie..
Zamurowało nas na dłuższą chwilę, ale już jak posłuszne dzieci toczymy się do centrali, gdzie wiszą ubrania sztormowe. Oczyma mego ducha widzę grupę Laokoona, obserwując skręty i korkociągowe ruchy, jakie wykonują panowie inżynierowie i oficerowie pokładowi, by wbić się w dość jeszcze mokre łachy.
Wreszcie siedzimy jak sami störtebekerzy wokół stołu. Dowódca jest wcieloną radością. Karnawałowe przebranie! Nagle łoskot w przejściu: stołowy leży na brzuchu. Obiema rękami trzyma nad głową wazę z zupą. Ani kropla się nie wylewa.
– Tego jeszcze nigdy nie złamało – stwierdza niewzruszony dowódca, a główny mechanik kiwa głową z uznaniem.
– Bez treningu i zaraz taki numer… Rzeczywiście klasa!
Drugi oficer rozlewa zupę do talerzy. Składa się ona z ziemniaków, mięsa i jarzyn. Podczas tej czynności przytrzymuję go silnym chwytem za pas pod kurtką sztormową. Mimo to już przy drugim talerzu wylewa całą chochlę obok.
– Cholerne draństwo!
Zaraz potem główny mechanik wypuszcza swój na pół wypełniony talerz i w ten sposób powiększa znacznie kałużę na stole. Jak bryły lodu z lodowca, który właśnie zaczął pękać, jasne kawałki ziemniaków pływają w ciemnobrązowym rosole pomiędzy poszczególnymi listwami. Przy następnym przechyle na stole pozostają tylko kawałki ziemniaków, rosół znalazł drogę pod listwami i wylewa się na łono dowódcy i czifa. Dowódca rzuca dokoła triumfujące spojrzenie: 
– No, proszę!

sobota, 29 września 2018

Przekąska do kina czyli maca z maroru ala pizza

Człowiek jako istota stadna ma ogromną potrzebę uczestniczenia w wydarzeniach masowych, tak i ja postanowiłem się wybrać na premierę nowego filmu Wojtka Smarzowskiego. Jako, że widziałem jego poprzednie filmy, gdzie nawet pomimo moich wielkich obaw mnie nie zawiódł, jak w przypadku Wołynia, tak i tym razem nie spodziewałem się spadku formy. Atmosfera na długo przed upublicznieniem obrazu podkręcana była zarówno przez gorących zwolenników jak i przeciwników. Niektóre środowiska zapowiedziały nawet blokadę. Przychodząc pod kino, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że sporo osób właśnie na tą blokadę liczyło :) Cała ta otoczka mogła widza wprowadzić w pułapkę, gdzie można było łatwo zapomnieć, żeby skupić się na walorach artystycznych. Natomiast mądry widz, nie zobaczył w tym filmie nic czego wcześniej nie dowiedziałby się na lekcjach historii itp., więc, szczerze powiedziawszy, nie wiem o co całe halo :)
Scenariusz dopracowany. Wszystko na samym końcu tak się zazębia, że widać, że nie było pisane na kolanie w helikopterze do Wenecji - IYNWIM :) Początkowo jest nawet zabawnie, powiedziałbym nawet typowo po polsku, gdzie powstają kultowe teksty, cytowane później przy byle okazji, np. o tajemnicy wiary lub o karmazynie. Potem już jest poważnie, a na samym końcu nawet depresyjnie, czyli w znanym już z poprzednich filmów stylu. Muzyka, a raczej dźwięki dobijają nas kompletnie. Za żarty w stylu "co łaska, ale dają tyle", złośliwi porównują do twórczości Vegi, ale po pierwsze tu jest, o czym wspomniałem, dopracowany scenariusz. Po drugie, historie z filmów to nie miejskie legendy, tylko oparte na faktach. Po trzecie, już zupełnie abstrahując, ten tekst to nie żart, bo osobiście takowy słyszałem :) Jedyne co mnie irytowało, to te nagrania amatorską kamerą, które miały dodać realizmu, a wyszły słabo. Żeby było optymistycznie, ale tylko trochę, to w filmie są też dobrzy księża, ale ... zobaczycie sami.

Danie, które przygotowałem wybrałem nieprzypadkowo. Jest ono zainspirowane daniami, które jada się na święto paschy. Co to ma wspólnego z filmem? Otóż kultura judaistyczna, z której pochodzi to święto, dała początek dwóm największym religiom na świecie czyli chrześcijaństwu i islamowi (wszystkie czerpią ze starego testamentu), a sama maca, jest niejako przodkiem hostii. Moją macę postanowiłem podać z maroru czyli ziołami, przy czym do końca nie wiadomo jakimi, także pozostawia to duże pole do popisu. Pójście w stronę pizzy, jest wręcz idealne do filmu. 
Co prawda mojej babci powiedzieli w szkole, że prawdziwa maca jest z krwią niemowlaka i ona wierzy, ze to prawda, co było dla mnie zabawne do momentu, aż zobaczyłem, ze niektórzy moi znajomi z pracy dalej wierzą w podobne rzeczy na temat innych kultur, ale nie mam na to potwierdzonych źródeł i w mojej nie będzie :)

Składniki:

- mąka
- olej
- woda
- sól
- oregano


Wykonanie:
Do mąki dodajemy trochę oleju, wody, oregano i soli i ugniatamy ciasto. Regulujemy konsystencję wodą lub mąką, tak aby uzyskać ciasto, które nie będzie przylepiało się nam do rąk. Rozwałkowujemy na płaski placek i kroimy na kawałki jak pizzę. To ma nie tylko zabieg estetyczny, ale lepiej się piecze.
Metalową patelnię, bez żadnych sztucznych powłok, rozgrzewamy (bez oleju) i przypiekamy z obu stron. Jak macie blachę na kuchni węglowej to jeszcze lepiej :)

piątek, 21 września 2018

Musabaha

Za więcej niż siedmioma górami, ale za mniej niż siedmioma morzami jest kraina zwana umownie Lewantem. Jest to umowna nazwa krajów (jak sama nazwa znającym język włoski wskazuje), które leżą na wschodnim krańcu Morza Śródziemnego. Umowna, bo pochodzi jeszcze z czasów, gdzie państwa narodowe, które my znamy po prostu nie istniały. Szerszej publiczności region tej jest znany z tego, że w wyniku destabilizacji regionu, jest tam bardzo "gorąco" i nie chodzi o pogodę oraz z tego, że powstała tam księga, która dała podwaliny dwóm największym religiom na świecie.
Natomiast co świat kulinarny zawdzięcza Lewantowi? Na samym początku to, że powstało tam rolnictwo, ale to nie wszystko. Powstała też damasceńska stal, która (no może nie do końca ta sama) jest wykorzystywana do produkcji kuchennych noży, a także trzydaniowy obiad - zupa, danie główne i deser.
Danie, które Wam przedstawię jest genialne w swej prostocie i opiera się głównie na jednym tylko składniku. Idealne jako lunch do pracy, zwłaszcza jeśli macie tam mikrofalówkę :) Zazwyczaj do sosu dodaje się cytryn, żeby był lekko kwaskowaty, ale moja szefowa słusznie zauważyła, że można podobny efekt uzyskać za pomocą pomidorów, a że w tej części świata większość sosów opiera się na pomidorach, także zeuropeizowałem to danie :)
Koniecznie podajemy z jakimiś kiszonkami. Zasadniczo najłatwiej o ogórki. 

Składniki:
- ciecierzyca
- przecier pomidorowy
- ogórki kiszone



Wykonanie:
Ciecierzycę moczymy kilka godzin w wodzie, a następnie gotujemy. 2/3 miksujemy dodając przecieru pomidorowego. Po zmiksowaniu posypujemy resztą nasion i podajemy z kiszonkami.

piątek, 14 września 2018

Burger z głogu i soczewicy czyli kajzerka pomyślności

W poprzednim poście przygotowałem danie, które nie tyle, co gwarantuje Wam długowieczność, ale, w świetle naukowych badań powinno się do tego przyczynić. Dzisiaj dostaniecie przepis na danie, które według wierzeń ma przynieść szczęście, dostatek, a także chronić przed złem. Oczywiście nie jest to poparte żadnymi naukowymi badaniami, ale zważywszy, że całe wielkie kultury były i są budowane na mitach, to można wierzyć i w to. Tym bardziej, że co dla kogo jest mitem to już zależy od przysłowiowego punktu siedzenia, jak w dowcipie:

Rabin do księdza:
- w tej Waszej religii jakieś niestworzone rzeczy, np. że Jezus chodził po wodzie
- no przecież Wy też wierzycie, że jakiś rabin przepłynął wodę na chustce od nosa
- tak, ale to wszystko prawda!

Natomiast o ile ktoś nie wmawia nikomu, że jego jest lepsze, to ma prawo wierzyć sobie w co mu się tylko podoba.

Postanowiłem przygotować danie, które, według wielu ludów miałoby przynieść szczęście i dostatek. Dlaczego akurat danie? Bo zgodnie z wierzeniami obowiązującymi w wielu kulturach, spożycie czegoś nadaje nam trwałe cechy i moc tego co spożyliśmy. Między innymi tak funkcjonują kanibale, gdzie zjawisko to ma raczej charakter rytualny niż jest sposobem na zdobycie pożywienia. Chyba, że w wyniku dodatkowych wydarzeń np. braku pożywienia.
Składnikom, które użyłem do przygotowania tego dania przypisuje się magiczną moc. Jednym od bardzo dawna, innym od mniej dawna, bo stosunkowo niedawno dopiero do nas trafiły.

Składniki:

- czerwona soczewica - z racji swojego kształtu jest symbolem bogactwa, dlatego często jest jadana w nowy rok. Zdawać by się mogło, że powinna być to soczewica żółta, z racji podobieństwa do złotych monet, ale istniały też monety miedziane :) W kulturze bliskowschodniej gdzie najwyższą wartością jest bogactwo, wyjątkowo zdegradowana w przypowieści o Ezawie, który był tak głodny, że sprzedał za miskę nią wypełnioną swoje pierworództwo. Na podstawie tej biblijnej przypowieści powstało nawet powiedzenie dać dupy za talerz zupy, gdzie Ezaw stał się symbolem transakcji, polegającej na tym, że sprzedaje się coś bardzo wartościowego za coś bezwartościowego. Tymczasem jak pokazały scena otwarcia i scena zamknięcia w filmie Zbroja Boga 2 z Jackie Chanem w roli głównej, wszystko zależy od sytuacji w jakiej się znajdujemy. 
- głóg - właściwie od początku istnienia naszej kultury przypisuje mu się właściwości ochronne, gdzie w praktyce stanowił talizman ochronny przed czarami. Działo się to głównie za sprawą jego koloru czerwonego. Co prawda jadalne są tylko owoce, ale jako talizmany wykorzystywało się gałęzie.
- bułka - zboża, a nawet wszystkie ziarna, otoczone kultem ze względu na swoją rolę jako głównego pożywienia. Ze względu na swoją specyfikę, gdzie z jednego powstaje kilka, symbol dostatku, a sypanie nimi jest przedmiotem wielu rytuałów.
cebula - wszystkim pokarmom posiadającym właściwości oślepiające (sól, czosnek itp.) przypisywało się moc ochronną


Wykonanie:
Soczewicę wrzucamy do wrzącej wodu i gotujemy 5 minut. Odsączamy z wody i odstawiamy.
Głóg wrzucamy do garnka i zalewamy minimalną ilością wody, która ledwo go przykryje. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy jakieś dwie minuty. Następnie przystępujemy do czenności, która jest bardzo pracochłonna. Z racji tego, że głóg ma spore pestki, przecieramy go przez sito. W wyniku tego powinna nam powstać gęsta pasta. Niektórzy robią z niej ketchup, ale ja postanowiłem użyć jej jako lepik do soczewicowych burgerów.
Łączymy pastę z soczewicą, formujemy płaskie okrągłe kotlety i pieczemy je w nagrzanym do 180 stopni Celsjusza piekarniku jakieś 15-20 minut.
Bułkę kroimy na pół, a następnie wkładamy burgera oraz pokrojoną w plasterki i podsmażoną cebulę.
Idealne żeby sobie zanieść do pracy, gdzie panuje zwyczaj zamawiania jedzenia :)

czwartek, 6 września 2018

Smażone pomidory z fasolką - eliksir długowieczności

Rok 2018 dla posiadających na działce pomidory oznaczał dwie rzeczy. Zaraza i dużo owoców. Całe szczęście, dzięki szybkim reakcjom, to drugie rekompensowało pierwsze.
Po filmie z  1991 roku obowiązuje przekonanie, że jedyne słuszne smażone pomidory to zielone. Nic bardziej mylnego. Choć ciemnopomarańczowe, tudzież jasnoczerwone pomidory smaży się trudniej, są bardzo smaczne. Ponad to, mają właściwości antynowotworowe i antymiażdżycowe, jednak same w sobie są mało pożywne. Dobrze by było wzbogacić je czymś o wyższych wartościach odżywczych. Postanowiłem użyć składnika, którego tego roku było równie dużo co pomidorów, posiadającej również właściwości antyrakowe, fasolki szparagowej, która dodatkowo ma właściwości przedłużające młodość. W efekcie czego otrzymacie danie, które, ceteris paribus, robi z Was drewniany chodak zwany sabotem, wrzucony w tryby maszyny jaką jest Zakład Ubezpieczeń Społecznych. 
Ostatnio się komuś podobało zdjęcie pizzy z cukinii, to zrobiłem podobne :)



Składniki:
- pomidory
- fasolka szparagowa

Wykonanie:
Strąkom fasolki obcinamy końcówki i gotujemy. 
Pomidory kroimy na grube plastry, podsmażamy z dwóch stron, dodajemy fasolki i jeszcze chwilę smażymy.

piątek, 31 sierpnia 2018

Kiszka ziemniaczana, Ełk i Sobieski

W ostatni weekend byłem w Ełku. Pojechałem tam na wesele Ewy i Tomka, swoją drogą bardzo udana impreza, a na dowód, że nie kłamię jest brak jakiejkolwiek fotorelacji z miasta, gdyż tak dobrze się bawiłem, że nie miałem na to specjalnie czasu, poświęcając go w zamian za ten spędzony z ludźmi.
To znaczy nawet trochę chciałem, ale po wpisaniu w GPS hasła ZAMEK EŁK, o którym gdzieś kiedyś słyszałem w telewizji, oczom moim ukazały się ruiny czegoś, co wyglądało mało zamkowo :) Nie tak sobie wyobrażałem krzyżacki zamek, pewnie dlatego, że za czasów krzyżackich była tam raczej mała warownia, a obecny kształt zawdzięcza znacznie późniejszym okresom, w tym temu, w którym było tam PRL-owskie więzienie.
W tym czasie w Ełku był kręcony film "Klatka", bynajmniej nie o ciężkim życiu blokersów, tylko o polskiej scenie MMA. Z tej okazji znajdował się w mieście znany zawodnik Mamed Khalidow, niestety podczas wieczornego spaceru po promenadzie, nie spotkałem Mameda, za to wielu młodych ludzi aspirujących do bycia Mamedem :)
Wzdłuż promenady jest bardzo ciekawy poczet królów wyrzeźbionych z drewna, z czego kilku ma swoje zasługi kulinarne.
Mamy na przykład Bolesława Chrobrego zwanego Grubym, który uwielbiał jeść, niestety nie dając innym i za nieprzestrzeganie postu kazał wybijać ludziom zęby. Jak mawia stare przysłowie, uwielbiane przez rodziców - "Co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie".
Co prawda Zygmunt Stary przyczynił się do przywiezienia wielu ciekawych warzyw, ale w sumie jakby nie bezpośrednio, więc jego zostawiłem w spokoju.
Moją uwagę skupiłem na Janie III Sobieskim. Jakie on ma zasługi kulinarne? Zakładam, że o Odsieczy Wiedeńskiej słyszeliście. Jeśli nie, to krótko wyjaśnię.
Turcja dość zmęczona wojnami z Rosją potrzebowała łatwego celu, na którym mieliby się wzbogacić. Padło na Austrię. Zgarnęli po drodze Węgrów i dojechali do Wiednia. Plan był prosty. Najechać, nagrabić i wrócić z bogactwami, żeby turecka wojskowa szlachta była zadowolona. O żadnej fali czegokolwiek nie było w ogóle mowy. Taka szybka akcja.
W tym czasie Sobieski wyruszył ze swoją ekipą złożoną z Polaków i Tatarów, w celu zrobienia małej popisówki politycznej. Efekt tego taki, że pokonał jedynego sojusznika - Węgry, a wzmocnił dwóch przyszłych zaborców - Austrię i Rosję, ale o tym nie mógł wtedy wiedzieć więc mu wybaczamy. Tym bardziej wybaczamy, gdyż zabory trwały 123 lata, co daje nam i tak niski wynik w Europie, a ziemniaki, które przywiózł Jan III Sobieski do Polski, mamy do dziś i od tamtej pory, mimo, że początkowo znienawidzone przez kościół, uratowały wielu ludzi od śmierci głodowej. Mogę pisać o płodozmianach, wartościach odżywczych i kulinarnej elastyczności, ale nie to jest przedmiotem wpisu :) Z punktu widzenia kuchni kryzysowej, jedno z bardziej istotnych warzyw.


Danie, które mam zamiar zaprezentować, co prawda jest bardziej znane z Suwalszczyzny lub Podlasia, ale ze względu na ich bliskość do Mazur, kultury kulinarne się przenikają. Jest ono również wykorzystaniem spuścizny po królu Janie III Sobieskim i jego największym dokonaniu jakim było sprowadzenie ziemniaków.

Składniki:
- ziemniaki
- cebula
- mąka
- majeranek
- kasza gryczana (opcjonalnie)


Wykonanie:
Ziemniaki trzemy na tarce o drobnych oczkach, odsączamy wodę i dodajemy trochę mąki.
Cebulę kroimy drobno i podsmażamy. Dodajemy do naszej ziemniaczanej masy wraz z majerankiem.
Możemy dodać trochę ugotowanej kaszy gryczanej.
Całą masę nakładamy na duży kawałek gazy jałowej lub tetrową pieluszkę, które znacznie łatwiej zdobyć niż jelita :) zawijamy jak cukierka odciskając jeszcze sok i wkładamy na godzinę do nagrzanego piekarnika (180 stopni).

czwartek, 23 sierpnia 2018

Boczniaki - najprościej jak się da

Ostatni w tym roku post o boczniakach, gdyż nie spodziewam się więcej plonów z mojej hodowli, o której pisałem więcej tutaj.
Przepis genialny w swojej prostocie. Natomiast to, że prosty, nie oznacza, że mało smaczny. Wręcz przeciwnie. Jest to tak dobry stosunek prostoty do smaku, że sam Nigel Slater byłby dumny :) 

Składniki:
- boczniaki
- czosnek
- szczypiorek


Czosnek obieramy i kroimy na plasterki. Boczniaki myjemy i kroimy w grube paski.
Czosnek chwilę podsmażamy i dodajemy boczniaki. Smażymy wszystko razem do zrumienienia. Na koniec posypujemy szczypiorkiem.

piątek, 17 sierpnia 2018

Cukiniowa pizza z patelni

Zaraz pewnie będą głosy,  że to nie jest prawdziwa pizza. Co ja mogę zrobić w tej sytuacji? Po pierwsze mieć nadzieje, że konsekwentnie ta sama grupa ludzi nie uznaje innej pizzy niż we włoskim minimalistycznym stylu i innej bielizny niż biała, że o barszczu z barszczu nie wspomnę :) Po drugie pójść za rada Wojciecha Młynarskiego i robić swoje :)
Pizza, która Wam zaprezentuje jest o tyle łatwa, że może zostać wykonana bez rozgrzewania piekarnika, a także tak mało skomplikowana, ze zarówno spód jak i dodatki są wykonane z tego samego składnika. Co do dodatków, są one naukowo dobrane. Czekolada bardzo dobrze pasuje do cukinii, natomiast ananas, oprócz tego, ze mi po prostu zalegał w lodówce i jest swoistym włożeniem kija w mrowisko, to wiąże się z nim ciekawa anegdotka. Otóż w ubiegłym stuleciu cukinia, po odpowiednim przygotowaniu była substytutem ananasa także pasuje idealnie. 

Składniki:
- cukinia
- maka
- gorzkie kakao
- ananas (opcjonalnie)



Wykonanie:

Od cukinii odkrajamy klika plasterków, a resztę trzemy na tarce o małych oczkach. Plasterki podsmażamy z dwóch stron i odkładamy na bok. Kakao rozrabiamy z woda, aby powstał gesty sos. Do startej cukinii dodajemy trochę maki i mieszamy. Formujemy na patelni placek i smażymy na małym ogniu. Po wstępnym osmażeniu przekładamy na druga stronę, smarujemy kakaowym sosem, kładziemy plasterki cukinii i ewentualnie ananasa i podsmażamy jeszcze chwile.

środa, 8 sierpnia 2018

Cukiniowe curry z kwiatami

Kolejne danie z cyklu, jednego z moich ulubionych trendów kulinarnych - smutne jedzenie w pracy, o którym pisałem więcej tutaj.
Curry to taki dalekowschodni sposób przyrządzania składników - przeróżnych. W języku miejscowych oznacza sos. Tak się składa, że ludzie, którzy tam przyjeżdżają nie znają języka, dlatego biorą to za nazwę potrawy. Podobnie było z afrykańskim chop-chop. Kiedy Anglicy ogłosili, że Indie są ich i nawet, jeśli już język poznali i dowiedzieli się co naprawdę oznacza curry, to, na tym etapie nie było to już istotne, bo to kolonizator stanowi prawo, a nie skolonizowany. Efektem tego, za ich sprawą w Europie określa się przeróżne duszone składniki, zasypane mieszanką przypraw curry. Ostatnio w wyniku zdobyczy globalizacji, która co prawda blokuje przepływy ludzkie, ale zezwala na przepływ wszystkiego innego, łącznie z informacją, nazwą curry określa się też inne rodzaje sosów, ale jeszcze daleka droga do usystematyzowania tego na Starym Kontynencie. Tym bardziej, ze curry jest mało popularne i kojarzy się raczej z knajpami dla hipsterów tudzież ich rodziców.
Innymi słowy mój wpis będzie wyjątkowo konformistyczny wpasowujący się w Europejski beton. Jeśli chcecie być bardziej konserwatywni i odwołacie się do korzeni tej potrawy, to możecie użyć innej mieszanki.
Nazrywałem sobie kwiatów cukinii, pamiętając, żeby zrywać te męskie, bo z żeńskich są owoce. Te drugie mają charakterystyczny zalążek małej cukinii, więc jakby co to łatwo je poznacie.

Składniki
- cukinia
- kwiaty cukinii
- mieszanka curry



Wykonanie:
Cukinie obieramy i kroimy w kostkę. Podsmażamy chwilę, dolewamy trochę wody i dusimy. Kiedy zmięknie dodajemy kwiaty oraz przyprawę i jeszcze chwilę dusimy.