Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w podróży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w podróży. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Anzac buiscits i zdalny marsz wojskowy

W miniony weekend postanowiłem wziąć udział w wydarzeniu Zdalny Marsz Wojskowy. Można było wystartować w kilku kategoriach:

  • Open: W dowolnym stroju + plecak o wadze minimum 10 kg.
  • Military: W mundurze, przy czym obowiązuje zasada z służb specjalnych o dowolnym mieszaniu rodzajów kamuflażu + plecak o wadze minimum 10 kg.
  • Recon: Wymagania jak w Military, ale dodatkowo należy spędzić noc w terenie bez namiotu i drugiego dnia pokonać ten sam dystans.
  • Family: dla rodzin z dziećmi. Minimalny dystans 1 km. Ponieważ marsz z dzieciakami czasem oznacza noszenie nie tylko swojego plecaka, ale też plecak towarzysza, brak wymogu co do wagi plecaka. Brak wymogów co do stroju. 
Dystans 25 lub 50 km.

Ja oczywiście wziąłem udział w kategorii Recon :)

Trasa biegła leśnymi drogami i starymi torami kolejowymi. Choć starałem się wybrać spokojną trasę, na jednej z leśnych dróg odbywał się wyścig kolarski i przy tej okazji pozdrawiam wszystkich kolarzy, którzy mnie pozdrawiali gestem ręki.


Poza tym raczej spokojnie 


a także malowniczo, zwłaszcza na torach.


Oczywiście musiałem zadbać o dobry prowiant także posłużyłem się militarną kuchnią. 
ANZAC czyli Australian and New Zealand Army Corps, które obchodziły swoje święto w weekend, były jednostkami, które walczyły po stronie Ententy w I Wojnie Światowej. 
Żołnierze, jak to żołnierze byli skazani na ciastka/suchary, o czym mówi nawet cytat w książce o Anzac:
Łatwo wyobrazić sobie suchary bez armii, ale armii bez sucharów – nigdy.

Część z nich niespecjalnie była zadowolona z tych, które otrzymywali na froncie, dlatego krewni wysyłali im trochę lepsze. Oprócz tego, że musiały smakować i być pożywne, to jeszcze musiały wytrzymać długi transport. Tak się narodziły ciasteczka Anzac. Wysyłano tylko część, bo większość pieczono i sprzedawano, aby zgromadzić fundusze na walczących. Zmodyfikowano trochę przepis i twarde suchary z dziurkami ułatwiającymi kruszenie poszły w stronę szkockich słodkich ciastek owsianych. Ja zrobiłem coś pomiędzy.

Składniki:

- płatki owsiane
- margaryna
- mąka
- wiórki kokosowe



Wykonanie:

Płatki owsiane moczymy we wrzątku. Odcedzamy i dodajemy margarynę w stosunku pół kostki na 250 g płatków. Dosypujemy 3-4 łyżki mąki i 2 łyżki wiórek. Ugniatamy.
Formujemy płaskie ciastka i pieczemy w temperaturze 180 stopnic Celsjusza, aż się zarumienią.

niedziela, 12 października 2025

Pasujl Czarnogórski

Pojechałem sobie na wakacje w końcu. Może trudno w to uwierzyć, ale kiedy Polacy tłumnie wybierali byłą Jugosławię, do tego stopnia, że nawet otwarto połączenie kolejowe, ja nigdy tam nie byłem. Co o tyle dziwne, że historycznie jest na Bałkanach co zwiedzać i to nawet mając na myśli tylko wiek XX.

Może na początek, co to są Bałkany? Większość ludzi powie, że to region byłej Jugosławii. Cytując klasyka - „Tak średnio, bym powiedział”. Tzn. Tak, ale nie wszystkie. Granica jest umowna, ale, jak twierdzą antropolodzy charakteryzuje ten region specyficzna kuchnia. Specyficzna dla pogranicza, czyli miejsca, gdzie stykały się kultury osmańska i europejska. Powyżej tej granicy, czyli w Słowenii i Chorwacji mamy już kuchnię typowo europejską. Pierwszą część urlopu postanowiłem spędzić nad Adriatykiem w Czarnogórze. Niby tylko kilkadziesiąt kilometrów od Chorwacji, ale ceny znaaaacznie niższe.


Wybór padł na Ulcinj. Takie typowe turystyczne miasteczko, w którym pewnie bym zwariował w sezonie. Na szczęście w październiku już jest po szczycie sezonowym. Plaże i ulice są puste, ale temperatura w dalszym ciągu wystarczająca do kąpieli.

Historycznie Ulcinj było piracką twierdzą. Coś co na początku miało być wsparciem floty osmańskiej, stało się pełnoprawną republiką, która trudniła się głównie piractwem, a jako republika stanowiła odrębny byt, który funkcjonował w przestrzeni innych republik, w tym Weneckiej, która jednakże była republiką w rozumieniu niektórych współczesnych republikanów, czyli oligarchia bogatych kupców. W każdym razie piraci z Ulcinj rządzili na całym Adriatyku i ani wojska weneckie, ani papieskie nie mogły dać sobie z nimi rady. Ostatecznie nawet Osmanów się postawili. W związku z powyższym nad miastem góruje stare miasto - twierdza.





Na terenie starego miasta jest pomnik Cervantesa autora chyba najbardziej antyreligijnej książki wszech czasów pt: Don Kichot. Z uwagi na wydźwięk całej książki, gdzie jakiś gość wierzy w stare mity, a najbardziej przeszkadza to temu, który każe wierzyć innym w swoje mity, jest to idealna metafora tego co działo się na Bałkanach 30 lat temu, gdzie ludzie wyżynali się tylko o to, w co kto wierzył.

W Ulcinj znajduje się najdłuższa plaża na Bałkanach, dlatego biorąc pod uwagę, że jest to region skalisty , mają się czym pochwalić. 


Jednym z ciekawych punktów widokowych w mieście jest tzw. Spomenik, czyli jeden z pomników o charakterystycznym stylu, które były stawiane po II wojnie na cześć bohaterów walki z okupantem. Ten konkretny jest na cześć lotników partyzanckich. Sytuacja o tyle ciekawa, że partyzantka jugosłowiańska to była prawdziwa armia partyzancka mocno nasycona ciężkim sprzętem, mająca własną flotę i lotnictwo. Początkowo samoloty ukradli Włochom i Niemcom, a potem, jako perspektywiczna siła otrzymali kolejne od Wielkiej Brytanii i ZSRR. Ostatecznie byli tak dużą siłą, że wyzwolili się praktycznie samodzielnie unikając w ten sposób okupacji ZSRR, w przeciwieństwie do innych państw, które ZSRR wyzwalało.


W północno -zachodniej części miasta znajdują się stare gaje oliwne z drzewami mającymi kilkaset lat w tym jednym, które ma aż 1300. Możecie się tam zaopatrzyć w oliwę i zrozumiecie dlaczego w tamtejszym języku mówią na nią Maslina.


Ulcinj to nie wszystko. Ja wybrałem się do popularnej dla wycieczek autokarowych miejscowości Stari Bar, która słynie z ruin swojej starówki, zniszczonej przez wybuch prochu. Oprócz „Krupówek” wokół murów, w ich wnętrzach można podziwiać, jak mocno zaawansowane było to miasto.



Z miasta idzie szlak na najwyższą górę w okolicy - Rumija. Niby tylko 1595 m n.p.m., ale nie zapominajcie, że starujecie z niskiego pułapu. Do tego na samym końcu bardzo stromo. Jak jeszcze dorzucicie do tego wiatr, na który ja trafiłem, to robi się z tego wyzwanie.

W połowie drogi macie taki drogowskaz, żeby nie było wątpliwości, gdzie idziecie. Możecie sobie pobrać kijek.


 Początkowo trasa wręcz bajkowa, ale niech Was to nie zmyli. Potem już tylko gorzej :)


Przyznaję, widoki na szczycie warte wysiłku. Z jednej strony morze, z drugiej graniczne jezioro i kolejne góry. Jednakże znajdująca się na szczycie kapliczka nie stanowi dobrej ochrony przed wiatrem, który wieje we wszystkich kierunkach.


Danie, które podejrzałem i zrobiłem na miejscu, to kuchnia kryzysowa w pełnej krasie. Proste i pożywne. Zresztą istnieje tam nawet taki idiom prosto kao pasujl.

Składniki:

- biała fasola

- marchewka

- papryka

- mąka (opcjonalnie)

- koncentrat pomidorowy


Wykonanie:

Fasolę gotujemy do miękkości. Paprykę i marchewkę podsmażamy, a następnie zalewamy wodą i dusimy. Dodajemy koncentrat i fasolę, a następnie jeszcze trochę dusimy. Można zagęścić mąką.

Co do samej Czarnogóry to polecam. Kierowcy olewają przepisy drogowe, ale jest bezpiecznie. Prawy pas w mieście, jak w Rumunii, służy do parkowania. Klimat, jak w Ukrainie 15 lat temu, ale kierowcy nie tak nerwowi jak w byłym ZSRR. Ja jechałem pod prąd i nikt nie zwrócił uwagi, łącznie z policją, gdzie w Ukrainie, czy Gruzji już byłbym dobrym kąskiem na kasę z łapówki. Weźcie pod uwagę, że auto może być lekko porysowane, zwłaszcza, jak chcecie dojechać do willi na wzgórzach ciasnymi uliczkami między krzakami itp.

W górach powoli, bo na drodze mieści się jedno auto i głupio by było się cmoknąć z innym na wyjeździe. Polecam trąbić na zakrętach, żeby dać znać temu z naprzeciwka, że jedziecie. Jakby tego było mało, to zwierzęta gospodarskie na drodze dość powszechne, nawet w górach.


Bonus. Oto aplysia fasciata. Chyba nie ma polskiej nazwy. Z jakiegoś powodu nazywane morskim zającem. Przypomina połączenie płaszczki i kałamarnicy. Nawet broni się toksycznym atramentem. Zjawiskowy widok kiedy płynie :)




środa, 6 sierpnia 2025

Wyprawowe bułki bananowe i betnowiec.

Mimo, że tyle lat mieszkałem w Szczecinie nigdy jakoś nie mogłem się wybrać na wrak Ulricha Finsterwaldera, jak jeszcze wtedy sądzono. W końcu się wybrałem, zwiedzając przy okazji opuszczoną osadę Inoujście. 
Swoją drogę rozpocząłem w Policach, gdzie już na wstępie przywitała mnie taka rodzina. Z uwagi na to, że nienaturalne jest tylko to co się nie może wydarzyć w naturze, a odwoływanie się do świata zwierząt stanowi bardzo częsty argument, wielu ludzi podpatrzyło jak żyją Kaczki Krzyżówki i postanowiło wdrożyć taki model rodziny, w myśl którego samiec jest zainteresowany rodziną tylko do czasu zapłodnienia samicy. Potem opuszcza rodzinę, szukając nowej :)


Kolejnymi ptakami, które spotkałem były Bieliki. Co ciekawe, o ile pilnują w miarę swojego terytorium, to na tym obszarze jest ich tak dużo, że pozwalają sobie na pewne ustępstwa i zawężenie terenu polowania. Czyli zasadniczo nie walczą z innymi osobnikami, tylko dlatego, że je widzą. Za to ewidentnie zdominowały teren, gdyż nie widziałem tam innych drapieżników.


Przy okazji. Wiecie, że Bielik nie jest orłem, ale bliżej mu do jastrzębia? Tylko nie mówcie tego kibolom na osiedlu, bo w łeb dostaniecie za nazwanie ptaka w godle jastrzębiem :) Bielik to taki symbol polskości, że Polacy uzurpowali sobie wyłączne prawo do ich zabijania, jednocześnie mocno się denerwując, jeśli inna nacja macza w tym palce :)

Dopóki płyniecie jednym z kanałów jest całkiem przyjemnie, potem, wpływając na odrę już musicie liczyć się z wodnym ruchem, który generuje fale, a te mogą się źle skończyć dla kajakarza.
Co do zasady właściciele pojazdów silnikowych zwalniają, kiedy widzą kajaki, choćby po to, żeby samemu nie mieć problemu, kiedy taki kajakarz utonie, ale są wyjątki:
  • wielkie jednostki np. zbiornikowce - one i tak płyną najwolniej jak mogą, ale ich masa robi swoje,
  • skutery wodne - właściciele skuterów są jak właściciele motorów, czyli indywidualizm pełną gębą,
  • wędkarze - to tacy ludzie z mentalem myśliwych, tylko biedniejsi, a co za tym idzie, wszyscy na ich terenie ich denerwują. Jak jeszcze ma redneckowski kamuflaż duck hunt, to nie spodziewajcie się myślenia społecznego :)
To wszystko powoduje, że płynięcie głównym korytem Odry, a zwłaszcza jej przekraczanie można porównać do całowania lwa w dupę - duże ryzyko przy wątpliwej przyjemności.

Dlatego warto korzystać z takich elementów infrastruktury jak ta do pompowania produktów okolicznych zakładów chemicznych.


Sam betonowiec był produktem na miarę tamtych czasów, że się tak posłużę klasyką. Była wojna, a stal była najważniejszym surowcem do budowy, dlatego szukano alternatyw. O ile w Panzerfaustach można było zastosować karton, o tyle ciężko było zrobić z tego statek. Na szczęście przypomniano sobie o projekcie sprzed 50 lat i zbudowano statek z betonu. Właściwie, jak widać, z żelbetonu.


Jak pisałem, kiedyś sądzono, że konstrukcja to wrak tankowca Ulrich Finsterwalder. Po latach okazało się, że to tylko kadłub, który nie dostał jeszcze swojego imienia.


Na wysokości wraku jest niezamieszkała już osada Inoujście. Właściwie pozostałości po tej osadzie. Do niedawna był jeszcze w miarę widoczny cmentarz, obecnie o tym, że on tam się znajdował świadczy co najwyżej ten kawałek czarnego marmuru.


Cmentarz jest rozjechany przez samochody terenowe, które urządziły sobie tam poligon, a pamiętajcie, robienie z cmentarza drogi jest niewłaściwe tylko wtedy, kiedy leżą na nim Orlęta Lwowskie ;)


Z uwagi na to, że wpadło mi w ręce sporo bananów postanowiłem je zutylizować i zrobić bułki bananowe. Poza tym banany przydają się podczas wysiłku.

Składniki:

- mąka
- drożdże instant
- olej
- banany
- jakieś bakalie (opcjonalnie)


Wykonanie:

Banany gnieciemy i mieszamy z mąką w stosunku 1 do 1. Dodajemy trochę oleju i drożdże w takiej ilości, jak na instrukcji.
Dobrze mieszamy i czekamy do wyrośnięcia.
Formujemy bułki i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza, aż się zarumienią.

poniedziałek, 28 lipca 2025

Śniadanie przy wulkanie à la Iga Świątek

Na "Śląską Fudżijamę" wybierałem się już od dawna. Może nie jest to jakiś wymagający szczyt, aczkolwiek najwyższy na Pogórzu Kaczawskim. Nie o wysokość wszak chodzi, tylko o idealny symetryczny kształt, stąd przydomek, bo formalnie nazywa się Ostrzycą. Kiedyś była wulkanem, który bardzo ładnie się ukształtował.

Pod ostrzycą znajduje się parking z biesiadną wiatą, więc można przespać się na stołach i rozpocząć swoją przygodę rano, zanim zjada się tłumy na ten niewymagający, ale ładny szczyt. Przed snem było słychać wiele odgłosów, podczas snu pewnie też miało miejsce, ale szczekanie lisów już mnie obudziło :)

Na szczyt prowadzą głównie schody


ale prawdziwe piękno wulkanicznych skał widać dopiero wyżej.

W tym bazaltowe słupki.


Ciekawostką jest fakt, że góra co prawda symetryczna, ale niesymetrycznie nasłoneczniona, dlatego w różnych jej częściach panuje różny mikroklimat i roślinność.

Jak napiszę, że wpadłem na ten posiłek przed aferą z Igą, to i tak mi nikt nie uwierzy, więc mogę się podłączyć do jej pleców. Po raz kolejny postanowiłem wykorzystać racje żywnościowe dla rozbitków. Moje podstawowe jedzenie na biwakach i wyprawach.

Składniki:

- suche zbożowe racje żywnościowe dla rozbitków jak 7 oceans.
- białko o smaku truskawkowym
- nudle instant


Wykonanie:

Makaron zalewamy wrzącą wodą. Czekamy aż zmięknie.
Dodajemy pokruszone racje i białko. Mieszamy.

środa, 25 czerwca 2025

Curry z racji dla rozbitków w Parku Narodowym Gauja

Zniesmaczony wyprawami kajakowymi w zatłoczonych miejscach, a zwłaszcza tych, w których każdy skrawek dzikiego brzegu jest stygmatyzowany tabliczką "TEREN PRYWATNY, POSTÓJ 5 ZŁ", długi weekend postanowiłem spędzić w miejscu, w którym promuje się biwakowanie na świeżym powietrzu, czyli parku narodowym skupionym koło jednej z głównych łotewskich rzek - Gauji.

Pierwszy plus to taki, że rzeka jest dość szeroka więc nawet przy większym tłoku i założeniu, że większość ludzi nie wie jak się zachować i blokuje ruch, można płynąć płynnie. W ogóle cały krajobraz wygląda jak na Alasce :)

Co najlepsze w tym Parku, to że zamiast prywatnych pól biwakowych były te finansowane z publicznych pieniędzy, aby zachęcać obywateli do obcowania z naturą. W każdym z nich była odpowiednia infrastruktura w postaci zaplecza gastronomicznego,


a także baza noclegowa w postaci wiat ze specjalnym podestem do spania.



Minusem wiat jest to, że przy dużej ulewie, a na taką miałem przyjemność trafić, która trwała 14 h, trochę przeciekają. Tzn. moja trochę, a ta obok bardzo :)

Oczywiście, było też to, co najważniejsze - wychodki. Z uwagi na to, że musiałem wykorzystać jedyną szansę rano, rozwiązaniem pobudzenia układu do pracy był snuss. Dla kogoś takiego jak ja, kto nie pali, taka dawka nikotyny powodowała natychmiastowy zrzut, niczym ten na Tokio w marcu 1945.


Zasadniczo płynie się lasem, ale czasem spotyka się mniejsze lub większe przejawy cywilizacji. Z uwagi na to, że akurat była najkrótsza noc w roku, spotkałem ludzi ubranych w stroje ludowe.


Pamiętajcie, że to jednak duża, więc od czasu do czasu, przy okazji wysp, znajdowały się skupiska drzew, które do niej wpadły.


No i w końcu to, co tygrysy lubią najbardziej. Papu. Z uwagi na to, że w terenie możliwości gotowania są ograniczone, posłużyłem się kostkami z racji dla rozbitków. To takie, hmmm, powiedzmy, że kruche ciastka o wysokiej kaloryczności i w miarę zbilansowane, które wkłada się do magazynków szalup ratunkowych. Na rynku są różne, ale moim zdaniem, najlepsze w smaku i najtańsze są te "Seven Oceans". Lubię je na surowo, ale ile można :)
Na zdjęciu w tle świeca na komary. Jest to świeca okopowa z dodatkiem suszonej wrotyczy, bazylii i kawy. Komarów to tam było sporo, więc trochę pomagało.

Składniki:

- kostki z racji żywnościowych "Seven Oceans"
- przyprawa curry
- orzeszki ziemne
- wiórki kokosowe


Wykonanie:

Orzeszki prażymy mocno wcześniej w domu.
Kostki kruszymy i zalewamy taką ilością ciepłej wody, aby powstał nam gęsty sos.
Dosypujemy wiórek, curry i orzeszków. Mieszamy.


niedziela, 16 lutego 2025

Serce w jaskini kanibali

Kilka dni temu Polskę obiegł news o znalezieniu szczątków w jednej z małopolskich jaskiń. Same szczątki to nic nadzwyczajnego, ale te miały specyficzne ślady.
Jak dowiedziałem się od mojego dobrego kolegi, wybitnego archeologa Szymona, kilkanaście tysięcy lat temu jedna ekipa zajmowała jaskinię, a druga na nią napadła. Przegrani wylądowali w garze. Sytuacja o tyle ciekawa, że zasadniczo kanibalizm był praktykowany raczej w formie rytualnej, natomiast tu doszło do spożycia ludzkiego mięsa z powodów kryzysowo-kulinarnych.

Jedna z teorii mówi, że na jednym terenie były dwie grupy, a akurat był problem z jedzeniem, co za tym idzie jadło się co było.

Sama jaskinia (Maszycka) jakaś nadzwyczajna nie jest, ale, przynajmniej do niedawna, jej zwiedzanie odbywało się w warunkach małego zagęszczenia. Póki co jest o niej głośno, ale zobaczymy jak będzie.

Jedzenie jakie przygotowałem na wyjazd musiało być poręczne, żeby można je było nosić w plecaku. Zainspirowały mnie też ozdoby walentynkowe. Padło na serce. Jako, że serca mają dużo żelaza, postanowiłem użyć wysokożelazowych składników, no i w sumie zawsze chciałem wypróbować zapiekanie tortilli w tosterze, dlatego postawiłem na kuchnię meksykańską.

Składniki:

- tortille
- fasola czerwona
- powidła śliwkowe
- chili
- kakao


Wykonanie:
Fasolę miksujemy z powidłami. Dodajemy delikatnie kakao do smaku i trochę chili.
Rozsmarowujemy na połowie tortilli. Składamy ja na pół, a jej brzegi jeszcze raz, aby powstało nam coś w kształcie serca. Oczywiście mówimy o symbolu serca, nie o prawdziwym sercu.
Zapiekamy w tosterze.

Jakby co to tam jest więcej jaskiń, ale w niektórych jest więcej ludzi i nie są darmowe. Np. Jaskinia Łokietka. Legenda głosi, że Łokietek schował się tu przed wojskami Wacława II, a pająk szybko utkał sieć, dzięki czemu zamaskował wejście. 
Złośliwi twierdzą, że musiały zapanować czeskie rządy, żeby było normalnie :)
Obecnie jaskinia zamknięta, bo zimują tam nietoperze.


Nawet jeśli nie chcecie wejść do jaskini, bo szkoda Wam 30 zł lub nie chce Wam się stać w kolejce dla zwiedzających drugiej kategorii (tak są dwie kolejki, jak te na lotniskach Schengen i poza Schengen :)), to warto poszwendać się po okolicy i pooglądać skały.


Lub inne elementy lokalnej infrastruktury :)


Choć przyznam, że to mnie zastanowiło. Pierwsze moje skojarzenie, to z jednym z moich ulubionych zrywów, czyli powstania styczniowego.



wtorek, 20 sierpnia 2024

Spływ Czarną Hańczą i wyprawowy chutney z ryżem

Długi weekend postanowiłem spędzić z dala od problemów codziennego życia, w miejscu, w którym jest problem z zasięgiem, śpiąc tam, gdzie akurat uznam za stosowne i nie zostanę wygoniony :) Wybór padł na Czarną Hańczę, rzekę zdecydowanie ciekawszą niż Biebrza, która ma świetny marketing, ale sama w sobie jest nudna jak kazanie. 
Nie chciało mi się brać ze sobą namiotu, licząc na to, że hamak z tarpem w zupełności wystarczą, podobnie, jeśli chodzi o kuchenkę, to postawiłem na suche racje.

Wyprawę rozpocząłem od jeziora Wigry. Tam na jego północno wschodnim końcu musicie poszukać mostka z dwoma okrągłymi kanałami, który otwiera Wam drogą do Czarnej Hańczy.

Krajobraz jest mocno zróżnicowany. Zaczyna się dość nudno z dużą ilością trzcin i płyniecie w otwartym słońcu, ale za to możecie już od samego początku zachwycać się wodną florą i fauną. 

Tu mało płochliwa czapla biała, która jeszcze niedawno była na skraju wyginięcia z uwagi na to, że można było na nią polować.


Są też bardziej pospolite łabędzie nieme, mniej płochliwe, ale zasadniczo mają słabe nerwy. Zwłaszcza jak są z młodymi :)


Pamiętajcie, że jest to park narodowy, także należy wnieść drobną opłatę, ale przede wszystkim odpowiednio się zachowywać. Po jakiś 10 km zaczynają się już ciekawsze widoki.



Przepływacie przez iglasty las, którego runo pozwala na rozłożenie obozu. 
Niestety z miejscami na obóz będzie ciężko. Cała trasa to własnościowe Eldorado, gdzie nigdy chyba nie widzieliście tak wielkiego natężenia tabliczek z napisem TEREN PRYWATNY, czasem wzmocnionych dodatkową tabliczką - POSTÓJ 5 ZŁ, a nawet ogrodzeniami pod napięciem, jakbyście jednak uważali, że macie prawo do przebywania w linii brzegu.

Co nie znaczy, że nie ma dzikich polanek.

Kolejny tip. Jak ktoś Wam zachwala swoje pole namiotowe jako najlepsze, a dalej to "nic nie ma", z dużym prawdopodobieństwem możecie założyć, że mówi nieprawdę.

Oczywiście nie zawsze da się rozbić hamak. Raz miałem tylko jedno drzewo, więc rozłożyłem tarpa i spałem na ziemi.

Na mostach znajduje się zabieg marketingowy mający zachęcić do uczestnictwa w trasie, o następującej treści:
KAJAKOWY SZLAK PAPIESKI
Tajemnice Zawierzania
I. OSOBISTE ZAWIERZENIE P. JANA PAWŁA II Totus Tuus
WIGRY - WYSOKI MOST
II. ZAWIERZENIE ROSJI NIEPOKALANEMU SERCU MARYJI
WYSOKI MODT - FRĄCKI
III. ZAWIERZENIE ŚWIATA MATCE BOŻEJ
FRĄCKI - JAŁOWY RÓG
IV. ZAWIERZENIE ŚWIATA BOŻEMU MIŁOSIERDZIU
JAŁOWY RÓG - SUCHA RZECZKA
V. OSOBISTE ZAWIERZENIE UCZESTNIKA SZLAKU
SUCHA RZECZKA - STUDZIENNICZA/AUGUSTÓW

Trudno powiedzieć o co chodzi z punktem drugim, gdyż zasadniczo wg. abp. Michalika (tego od obwiniania dzieci i rodziców za pedofilię), który podpisał ze znanym współpracownikiem KGB list o pojednaniu wskazując na Rosję jako wzór cnót chrześcijańskich w przeciwieństwie do zgniłego Zachodu. Co zresztą nie jest niczym nowym, bo Rosja zawsze za taki uchodziła w oczach hierarchów od czasów rozbiorów.

Polecam zrobić ponadprogramową pętelkę w okolicy Okółka.


W pewnym momencie trasa robi się bardziej wymagająca pod kątem przeszkód.


W pewnym momencie można skręcić w stronę Kanału Augustowskiego, gdzie czeka ciekawa atrakcja w postaci chińskiego wynalazku, który ma pomóc w pokonywaniu różnic w poziomach wody. Koszt 5,40 od kajaka. Należy tam wpłynąć i przytulić się do kajaka sąsiada :)



Postawiłem na suchy prowiant, dlatego przygotowałem chutney z ryżem w formie suchych pasków tzw. apple leather. 

Składniki:

- jabłka
- ryż preparowany
- chilli
- sos sojowy


Wykonanie:

Jabłka ścieramy na miazgę. Dodajemy trochę sosu sojowego, chili i mieszamy z ryżem. Rozsmarowujemy na papierze do pieczenia i suszymy w piekarniku w temperaturze 60 stopni Celsjusza.

Na koniec kilka rad, pozyskanych metodą obserwacji, jak zyskać sympatię na Czarnej Hańczy.
  1. Załatw sobie głośnik BT i puszczaj współczesne rapsy z autotune.
  2. Jeśli płyniesz bardzo powoli, to płyń środkiem.
  3. Jeśli czekasz na znajomych, to najlepiej w poprzek trasy.
  4. Jeśli wpadniesz w krzaki, to jak najszybciej odbij się do tyłu nie patrząc, czy ktoś płynie.
  5. Na polach biwakowych, w upalny dzień, wykup sobie gorącą banie, ale koniecznie poinformuj o tym całe pole.
  6. Jak zastosujesz punkt 3 i 4, to wzmocnisz efekt ciągnąc coś za sobą na sznurku.