Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fasola. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2026

Dom terroru i jedzenie z węgierskiego aresztu

Terror Haza to popularne muzeum w Budapeszcie, które upamiętnia ofiary zarówno systemu faszystowskiego, jak i komunistycznego. W budynku znajdowała się siedziba faszystowskiej organizacji strzałokrzyżowców, a po wojnie, z uwagi na to, że nie trzeba było go specjalnie przerabiać, siedziba ÁVH, czyli węgierskiej służby bezpieczeństwa.

Już na wstępie otrzymujemy mocny akcent z symbolu rewolucji 1956, gdzie dwie socjalistyczne frakcje pokłóciły się ze sobą i ta druga za pomocą armii radzieckiej doprowadziła do krwawego stłumienia protestu. Tym symbolem był czołg T-55, wtedy nowość i miał okazję przejść swój chrzest bojowy, obecnie nieużywany.

Najpierw dostajemy wprowadzenie historyczne, czyli o węgierskiej dumie narodowej, która została tak brutalnie zgaszona pozbywając ich połowy terytorium (co Węgrzy pamiętają mocno do dziś), która ostatecznie doprowadziła ich do kolaborowania z III Rzeszą.


Później historie powojenne i wystawa o węgierskich gułagach. 


Po rewolucji, próbowano w jakiś sposób zapobiec kolejnym tego typu ekscesom, dlatego nadszedł okres tzw. "gulaszowego komunizmu", którego symbolem stały się kostki smalcu. Czego, jak czego, ale tego zabraknąć nie mogło.


Oczywiście, typowe dla poprzedniej epoki elementy sztuki ukazującej scenki z życia wyższych sfer :)


Po części teoretycznej zejście do podziemi i prezentacja mikroapartamentów dla niepokornych. Gdyby Stalin wiedział, że w obecnych czasach ludzie zapłacą dużo pieniędzy, żeby w takim mieszkać, to pękłby z dumy :)


Przepis znalazłem podczas zwiedzania. Podobno śmierdział, jak szmata, smakował jeszcze lepiej. Zakładam, ze to kwestia składników, a także warunków w jakich to przygotowywano, bo mój wyszedł znacznie lepiej.

Składniki:

- makaron
- fasola
- koncentrat pomidorowy
- mak


Wykonanie:

Fasolę i makaron gotujemy. 
Mieszamy. Dodajemy koncentrat pomidorowy i mak. 
Mozemy jeszcze taką brejkę pogotować, żeby rozgotować makaron. Będzie realistyczniej.

niedziela, 12 października 2025

Pasujl Czarnogórski

Pojechałem sobie na wakacje w końcu. Może trudno w to uwierzyć, ale kiedy Polacy tłumnie wybierali byłą Jugosławię, do tego stopnia, że nawet otwarto połączenie kolejowe, ja nigdy tam nie byłem. Co o tyle dziwne, że historycznie jest na Bałkanach co zwiedzać i to nawet mając na myśli tylko wiek XX.

Może na początek, co to są Bałkany? Większość ludzi powie, że to region byłej Jugosławii. Cytując klasyka - „Tak średnio, bym powiedział”. Tzn. Tak, ale nie wszystkie. Granica jest umowna, ale, jak twierdzą antropolodzy charakteryzuje ten region specyficzna kuchnia. Specyficzna dla pogranicza, czyli miejsca, gdzie stykały się kultury osmańska i europejska. Powyżej tej granicy, czyli w Słowenii i Chorwacji mamy już kuchnię typowo europejską. Pierwszą część urlopu postanowiłem spędzić nad Adriatykiem w Czarnogórze. Niby tylko kilkadziesiąt kilometrów od Chorwacji, ale ceny znaaaacznie niższe.


Wybór padł na Ulcinj. Takie typowe turystyczne miasteczko, w którym pewnie bym zwariował w sezonie. Na szczęście w październiku już jest po szczycie sezonowym. Plaże i ulice są puste, ale temperatura w dalszym ciągu wystarczająca do kąpieli.

Historycznie Ulcinj było piracką twierdzą. Coś co na początku miało być wsparciem floty osmańskiej, stało się pełnoprawną republiką, która trudniła się głównie piractwem, a jako republika stanowiła odrębny byt, który funkcjonował w przestrzeni innych republik, w tym Weneckiej, która jednakże była republiką w rozumieniu niektórych współczesnych republikanów, czyli oligarchia bogatych kupców. W każdym razie piraci z Ulcinj rządzili na całym Adriatyku i ani wojska weneckie, ani papieskie nie mogły dać sobie z nimi rady. Ostatecznie nawet Osmanów się postawili. W związku z powyższym nad miastem góruje stare miasto - twierdza.





Na terenie starego miasta jest pomnik Cervantesa autora chyba najbardziej antyreligijnej książki wszech czasów pt: Don Kichot. Z uwagi na wydźwięk całej książki, gdzie jakiś gość wierzy w stare mity, a najbardziej przeszkadza to temu, który każe wierzyć innym w swoje mity, jest to idealna metafora tego co działo się na Bałkanach 30 lat temu, gdzie ludzie wyżynali się tylko o to, w co kto wierzył.

W Ulcinj znajduje się najdłuższa plaża na Bałkanach, dlatego biorąc pod uwagę, że jest to region skalisty , mają się czym pochwalić. 


Jednym z ciekawych punktów widokowych w mieście jest tzw. Spomenik, czyli jeden z pomników o charakterystycznym stylu, które były stawiane po II wojnie na cześć bohaterów walki z okupantem. Ten konkretny jest na cześć lotników partyzanckich. Sytuacja o tyle ciekawa, że partyzantka jugosłowiańska to była prawdziwa armia partyzancka mocno nasycona ciężkim sprzętem, mająca własną flotę i lotnictwo. Początkowo samoloty ukradli Włochom i Niemcom, a potem, jako perspektywiczna siła otrzymali kolejne od Wielkiej Brytanii i ZSRR. Ostatecznie byli tak dużą siłą, że wyzwolili się praktycznie samodzielnie unikając w ten sposób okupacji ZSRR, w przeciwieństwie do innych państw, które ZSRR wyzwalało.


W północno -zachodniej części miasta znajdują się stare gaje oliwne z drzewami mającymi kilkaset lat w tym jednym, które ma aż 1300. Możecie się tam zaopatrzyć w oliwę i zrozumiecie dlaczego w tamtejszym języku mówią na nią Maslina.


Ulcinj to nie wszystko. Ja wybrałem się do popularnej dla wycieczek autokarowych miejscowości Stari Bar, która słynie z ruin swojej starówki, zniszczonej przez wybuch prochu. Oprócz „Krupówek” wokół murów, w ich wnętrzach można podziwiać, jak mocno zaawansowane było to miasto.



Z miasta idzie szlak na najwyższą górę w okolicy - Rumija. Niby tylko 1595 m n.p.m., ale nie zapominajcie, że starujecie z niskiego pułapu. Do tego na samym końcu bardzo stromo. Jak jeszcze dorzucicie do tego wiatr, na który ja trafiłem, to robi się z tego wyzwanie.

W połowie drogi macie taki drogowskaz, żeby nie było wątpliwości, gdzie idziecie. Możecie sobie pobrać kijek.


 Początkowo trasa wręcz bajkowa, ale niech Was to nie zmyli. Potem już tylko gorzej :)


Przyznaję, widoki na szczycie warte wysiłku. Z jednej strony morze, z drugiej graniczne jezioro i kolejne góry. Jednakże znajdująca się na szczycie kapliczka nie stanowi dobrej ochrony przed wiatrem, który wieje we wszystkich kierunkach.


Danie, które podejrzałem i zrobiłem na miejscu, to kuchnia kryzysowa w pełnej krasie. Proste i pożywne. Zresztą istnieje tam nawet taki idiom prosto kao pasujl.

Składniki:

- biała fasola

- marchewka

- papryka

- mąka (opcjonalnie)

- koncentrat pomidorowy


Wykonanie:

Fasolę gotujemy do miękkości. Paprykę i marchewkę podsmażamy, a następnie zalewamy wodą i dusimy. Dodajemy koncentrat i fasolę, a następnie jeszcze trochę dusimy. Można zagęścić mąką.

Co do samej Czarnogóry to polecam. Kierowcy olewają przepisy drogowe, ale jest bezpiecznie. Prawy pas w mieście, jak w Rumunii, służy do parkowania. Klimat, jak w Ukrainie 15 lat temu, ale kierowcy nie tak nerwowi jak w byłym ZSRR. Ja jechałem pod prąd i nikt nie zwrócił uwagi, łącznie z policją, gdzie w Ukrainie, czy Gruzji już byłbym dobrym kąskiem na kasę z łapówki. Weźcie pod uwagę, że auto może być lekko porysowane, zwłaszcza, jak chcecie dojechać do willi na wzgórzach ciasnymi uliczkami między krzakami itp.

W górach powoli, bo na drodze mieści się jedno auto i głupio by było się cmoknąć z innym na wyjeździe. Polecam trąbić na zakrętach, żeby dać znać temu z naprzeciwka, że jedziecie. Jakby tego było mało, to zwierzęta gospodarskie na drodze dość powszechne, nawet w górach.


Bonus. Oto aplysia fasciata. Chyba nie ma polskiej nazwy. Z jakiegoś powodu nazywane morskim zającem. Przypomina połączenie płaszczki i kałamarnicy. Nawet broni się toksycznym atramentem. Zjawiskowy widok kiedy płynie :)




sobota, 26 kwietnia 2025

MCI i BAS

Do roku 1939 Polska posiadała 147 km wybrzeża. Tym samym, baterie usytuowane na Helu, o których pisałem tutaj niemal wystarczyło do pokrycia ogniem polskiego kawałka. Po wojnie stan się mocno zmienił i ilość wybrzeża do pilnowania wzrosła pięciokrotnie. Tym bardziej, że po wojnie nastąpiła nowa, "zimna wojna", czyli okres ciągłego prężenia muskuł i strachu przed atakiem ze strony państw "zachodnich". Tym samym postanowiono zbudować sieć tzw. Baterii Artylerii Stałej, które miały bronić wybrzeża. Oczywiście, ich też miały bronić KRU i BRU, o których pisałem tutaj.

Odwiedzając rodzinne strony postanowiłem się wybrać do BAS oznaczonego numerem 9. Obecnie rozbrojony. Baza powstała w latach 50-tych i jeśli wierzyć żołnierzom z niedalekiego Centrum Szkolenia Marynarki Wojennej w Ustce, była tak tajna, że nawet oni nie wiedzieli co tam jest, a zresztą czasy były takie, że nawet wiedzieć nie chcieli. W każdym razie, dokumentów też nie ma za wiele.

Plan był taki, że zamaskowane w lesie miały być rozproszone baterie nabrzeżne, którymi miało kierować stanowisko na wieży, a awaryjnie, dwie kolejne wieże w innych częściach miały dawać namiary. Rozproszone działa są trudniejsze do zniszczenia niż skupione na okręcie. Wszystko opakowane w dużą ilością betonu.

Jak widać działobitnie były bardzo złożone. Magazyny, windy itp. Obecnie zalane.




Serce bazy stanowią dwie wieże. Z relacji byłych żołnierzy wynika, że wieża do kierowania ogniem wystawała lekko ponad drzewa, aby nie zostać wykrytym, a same drzewa były przycinane.

Jak dobrze poszukacie, to można się wczołgać do jednej z nich i zobaczyć jak to wygląda w środku.


Przede wszystkim, oczy tego serca, czyli, układ celowniczy.



I to tyle, bo baza przestała istnieć formalnie w latach 70-tych, a w 90-tych sprzęty pojechały na złom. Część oficjalnie, część mniej. 
Wynikało to z faktu, co zaczęło się już podczas II WŚ, udział tego typu artylerii tracił na znaczeniu w momencie szybkich samolotów i jeszcze szybszych kierowanych pocisków rakietowych, zarówno tych wystrzeliwanych z powietrza, jak i z wody, czy lądu. Można powiedzieć, że baza była przestarzała w momencie powstania. Na ten moment stanowi ciekawą atrakcję.

Postanowiłem przygotować danie z epoki, ale z drugiej części "żelaznej kurtyny".

W latach 50-tych w USA postanowiono zmienić wysłużone C- rations z uwagi na to, że były zbyt monotonne. Postanowiono je delikatnie zmodyfikować i nazwać Meal , Combat, Individual (MCI). Słowo delikatnie jest kluczowe, bo w praktyce niewiele się różniły i żołnierze i tak mówili na nie C-rations. 
Pod nazwą M-2 (M od Meat) można było znaleźć fasolę z pokrojonymi parówkami w pomidorowym sosie. Jak to zwykle w wojsku bywa, to danie było nazywane Beanie Weenie lub Fasolą z małymi fiutkami.

Składniki

- puszka fasoli w pomidorach
- jakieś parówki


Wykonanie:

Zawartość puszki wlewamy do garnka. Dodajemy pokrojone parówki i podgrzewamy.




czwartek, 13 czerwca 2024

Bieszczadzkie wioski marzycieli i kowbojski kawior

Kilka już wpisów o Bieszczadach było. Często tam wracam i cały czas z nowym pomysłem na wyjazd. Tym razem postanowiłem odwiedzić dwie wioski. Tzn. od strony formalnej są wioskami, bo jako takie istnieją na mapie, ale niespecjalnie funkcjonują jako skupiska ludności.

Funkcjonowały za to kiedyś. Obie zamieszkiwała ludność Rusinów Karpackich, a konkretnie Bojków. Rus, to Rus, z takiego założenia wyszły władze PRL, próbujące uporać się po wojnie z niedobitkami UPA na tym terenie. Stwierdzono, że najlepszym sposobem osłabienia partyzantki jest wyrugowanie ludności miejscowej i większość wywieziono do ZSRR. Ślady po nich również postanowiono zniszczyć, dlatego wioski zostały spalone. Tym samym pozostały tylko szczątki niepalne.

Kilkadziesiąt lat po wojnie, kiedy toczyła się ostra debata czy Bieszczady powinny pozostać dzikie, czy zagospodarowane, grupa marzycieli postanowiła przywrócić wioski do życia. 

Pierwszą z nich była Łopienka., gdzie powstał plan założenia skansenu. Władzom od razu zaświeciły się czerwone lampki. Rusińskie, czyli ukraińskie. Ukraińskie, czyli UPA. UPA, czyli nacjonalizm. W dodatku z raportów SB wynikało, że byli posądzeni o jawną krytykę władz w kwestii zagospodarowania dzikich Bieszczad. Sprawa dostała numer 9989 i kryptonim "Marzyciele".


Skansen miał być ciekawym miejscem, w którym każdy był mile widziany, pod warunkiem, że wykonał pracę na jego rzecz.

Ostatecznie doszło do odrestaurowania części znajdującej się we wsi cerkwi, a inicjatywa została skutecznie zablokowana przez władze. Sam pomysłodawca zginął podczas podróży po Pakistanie, choć cerkiew została odbudowana w latach 90-tych.


Niedaleko znajduje się kapliczka z gankiem, który może stanowić dobrą ochronę przed deszczem. Takie ganki istniały właśnie po to, aby ludzie w nich spali, także polecam :)


Druga wioska to Caryńskie. Jak sama nazwa wskazuje leży w okolicy Połoniny Caryńskiej. Tu już sprawa zaszła dalej. 

Zaczęło się od tego, że jedna osoba postanowiła rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Wybrał pozostałości po wsi Caryńskie. Był jeden problem. Urzędnicy nie pozwalali mu się tam zameldować.
W końcu dołączyli się inni i powstała wioska - kooperatywa, gdzie ludzie żyli z uprawy ziemi i zbierania runa leśnego, a jesli wierzyć opowieściom starszych ludzi, to ze zbierania runa można było zdobyć całkiem niezłe pieniądze. Sami mieszkańcy twierdzili, że za 4h pracy mieli dyrektorką pensję.


Oczywiście mieszkanie we wspólnocie wiązało się ze wspólnotowością i praca na jej rzecz, co niespecjalnie potrafili zrozumieć przybywający do niej hipisi, gdyż zderzali się z brutalną rzeczywistością - albo pracujesz, albo do domu.


Prawdziwym hitem był jednak ośrodek leczenia uzależnień. Zacznijmy od tego, że problem narkomanii w PRL nie istniał, a nawet SB zachęcało do ćpania, żeby inwigilować środowiska hipisiarskie. Nawet jeśli już ktoś został uznany za klasyfikującego się na leczenie, to stosowano faszerowanie lekami. W tym czasie jeden z lekarzy przywiózł nowatorką metodę z Holandii opartą na pracy, motywacji i nagrodach. Była jednak zbyt nowatorska, żeby można było ją stosować w państwowym szpitalu (i zbyt zachodnia), za to idealnie nadawała się do Caryńśkiego. Narkomani otrzymywali pozytywne bodźce dzięki pracy.
Terapia była tak skuteczna, ze wysoko postawione osoby w PRL wysyłały tam dzieci dotknięte problemem.


Wiadomo, ze tego typu miejsca przyciągały też całą masę kontestatorów, którzy bawili się w politykę. Znajdowały się tam nawet piwniczki do ukrywania poszukiwanych. Od początku wioska była solą w oku pułkownika Doskoczyńskiego (tzw. Czerwonego Księcia) odpowiedzialnego za stworzenie ośrodków MSW w Bieszczadach. 
Ostatecznie wieś została zrównana z ziemią przez wojsko i milicję. 
Tak wygląda widok z punktu widokowego.



Jedzenie liofilizowane idealnie nadaje się na wędrówki podczas gorących dni. Padło na kowbojski kawior.

Składniki:
- fasola biała w puszce
- fasola czerwona w puszce
- fasola biała w puszce
- papryka
- przyprawa suszone pomidory




Wykonanie:

Fasolę i paprykę wysuszyć w piekarniku lub suszarce.
Zapakować do worka i dosypać przyprawy pomidorów.
Żeby zjeść, należy zalać taką ilością wody, żeby było lekko zakryte i poczekać godzinę, aż zmięknie.

piątek, 6 stycznia 2023

Moin moin czyli kulinarne trendy w 2023 roku

Jak śpiewał znany zespół Dr Hakenbush w ulubionej piosence studentów Akademii Morskiej w Szczecinie - O k...a mać, jak zap...la czas - tak świat nieustannie się zmienia. Jedne zmiany można powstrzymać, do innych można się co najwyżej przyzwyczaić. I tu drugi cytat, tym razem Boba Dylana - The Times They Are a-Changin’ . Zmiany możemy próbować przewidzieć i choć niektóre, np. w świecie mody są zaplanowane, więc przy odrobinie szczęście możemy mieć przecieki i prawdopodobieństwo prognozy wzrasta, tak aby przewidzieć inne musimy analizować to co się aktualnie dzieje. Proces jest żmudny i nie gwarantuje stuprocentowej skuteczności, ale jeśli dobierzemy odpowiednie metody, to prawdopodobieństwo wzrośnie. Oczywiście większość z nas, nawet jeśli niektórym się wydaje, że mogą być ekspertami od wszystkiego, to brak im jednak kompetencji, żeby robić to właściwie, dlatego korzystają z autorytetu innych, specjalistów w tej dziedzinie. Autorytet ten mają nie z nadania, ale z uznania. Ważne jest tylko, żeby mądrze wybrać. Zasada ogólna (od której oczywiście też są wyjątki) jest taka, że im bardziej prestiżowe źródło, tym prawdopodobieństwo większe.
Korzystając z fachowych źródeł, tradycyjnie, przygotowałem dla Was kilka trendów kulinarnych, które mają dużą szansę obowiązywać w 2023 roku.

  • Jedzenie retro - W Polsce moda na PRL obowiązuje już od jakiegoś czasu, generalnie wszystko wskazuje na to, ze trend się pogłębi, czy to z powodu nostalgii, czy z przymusu ekonomicznego.
  • Oszczędna kuchnia - To jest to co kryzysowe tygrysy lubią najbardziej. Z jednej strony jest to podyktowane pewną świadomością społeczną, która pcha ludzi w stronę przeciwną niż konsumpcjonizm, a z drugiej - patrz wyżej :)
  • Kuchnia roślinna - Globalne ocieplenie i jego przyczyny stało się faktem naukowym. Jedni mówią, że jest już za późno, inni, że można coś jeszcze zrobić. Ci drudzy chcą ograniczać korzystanie ze źródeł emisji CO2, w tym produkcji zwierząt, dlatego wybierają produkty pochodzenia roślinnego, nie zawsze na co dzień, często tylko w określone dni tygodnia. O tym jak poważny jest to trend świadczy kwik producentów mięsa, którzy w ostatnim czasie bombardują swoimi pseudonaukowymi artykułami o szkodliwości diety roślinnej gdzie w jednej chwili weterynarz staje się specjalistą od dietetyki :) Dlatego patrz - akapit pierwszy.
  • Sztuczna inteligencja w gastronomii - Prace nad sztuczną inteligencją prowadzone są już od dawna, patrząc na takie narzędzie jak ChatGPT, to są już na dość znacznym stopniu zaawansowania. Jeśli chodzi o gastronomię, główne dwa kierunki rozwoju jakie widzę, to prognozowanie trendów i samodzielna obsługa klientów. 
    Jeśli chodzi o prognozy, to wiele poważnych przedsiębiorstw się tym zajmuje. Sam nawet pracuję w firmie, która się takim czymś zajmuje.
    Przy okazji oto jaką odpowiedź dostałem od ChatGPT, kiedy zapytałem o trendy kulinarne w tym roku:
    Trudno jest przewidzieć dokładnie, jakie będą kulinarne trendy w tym roku, ponieważ rynek żywności i napojów jest bardzo dynamiczny i ciągle się zmienia. Niemniej jednak, w ostatnich latach wiele osób interesowało się zdrowym odżywianiem i wybieraniem produktów o jak najmniej przetworzonej formie, więc możliwe, że ta tendencja będzie nadal rosnąć w nadchodzącym roku. Inne trendy, które mogą być popularne w tym roku, to na przykład kuchnia wegańska i wegetariańska, kuchnia azjatycka, a także używanie nowych i egzotycznych składników w kuchni. Oczywiście, te trendy różnią się w zależności od różnych czynników, takich jak lokalne preferencje kulinarne i dostępność składników, więc to, co będzie popularne w jednym miejscu, może być zupełnie inne niż w innym.

    Drugi kierunek jak automatyczna obsługa w celu eliminowania kosztów związanych z pracownikami i jak się okazuje niekoniecznie obniżenia cen, jest dużo silniejszy. Czasem są to rozwiązania ze sztucznej inteligencji, a czasem inteligentne rozwiązania polegające na przerzuceniu kosztów na klienta. Założę się, że każdy z Was pracuje czasem w jakimś markecie. Celowo nie użyłem słowa "dorabia", bo za tą pracę, notabene "na czarno", nie dostajecie żadnego wynagrodzenia. Praca polega na samodzielnej obsłudze kas. 

  • Poznawanie kultur przez jedzenie - będzie to zarówno gastroturystyka, dla tych, których stać i nie mogli doczekać się końca obostrzeń pandemicznych, a także gastroeksperymenty, dla tych, których nie stać na podróże, ale mają Internet i mogą sobie podejrzeć co jedzą ludzie na drugim końcu świata. Sam osobiście jestem na grupie, gdzie użytkownicy chwalą się swoim jedzeniem i największą popularnością cieszą się dania tradycyjne z miejsca zamieszkania danych użytkowników.
  • Kuchnia środkowej Afryki - Tego chyba jeszcze nie było na tapecie.
  • Wodorosty - Czyli spieszmy się jeść rzeczy z najbardziej nieodkrytej części świata, póki jeszcze są :)
  • Elitarne restauracje - Przy czym określenie trochę na wyrost, bo abstrahując od faktu, że w tkiej Polsce restauracje same w sobie robią się elitarne, to raczej chodzi o restauracje dla określonych grup, np. restauracje bez dzieci itp. Ten trend ostatnio się rozwija i będzie się rozwijał jeszcze bardziej. 
Na podstawie tych trendów, a w zasadzie kilku z nich, stworzyłem danie nigeryjskie. Super proste. Właściwie to taka moja wariacja na temat tego dania. 

Składniki:

- fasola
- cebula
- słodka papryka
- orzeszki ziemne


Wykonanie:

Fasolę moczymy kilka godzin i miksujemy z całą resztą składników.
Wkładamy do foremek i gotujemy na parze. Niektórzy pieczą, ale zasadniczo powinno się gotować na parze.

czwartek, 15 grudnia 2022

Loubia

Dziś #smutnejedzeniewpracy. Danie z północnej Afryki. Idealne na tą pogodę, z uwagi na mieszankę przypraw potrzebną do jego wykonania. Niby zwykła fasolka "po brytańsku", ale jednak trochę niezwykła.

Składniki:

- biała fasola
- pomidory
- koncentrat pomidorowy
- cebula
- kurkuma
- kminek
- chilli
- imbir
- czosnek


Wykonanie:

Cebulę kroimy w drobną kostkę i smażymy. Dodajemy przyprawy i trochę koncentratu pomidorowego, mieszamy.
Dodajemy pokrojone w kostkę pomidory i chwilę smażymy.
Dodajemy ugotowaną fasolę i czosnek. Dusimy chwilę i podajemy na bardzo ciepło.

czwartek, 6 stycznia 2022

Pasta e fagioli

Z okazji dnia fasoli, który przypada na 6 stycznia, włoskie danie z fasoli, które ma wiele różnych wariacji, a wspólną cechą wszystkich jest to, że jest tam fasola i makaron. Jaki makaron, jaka fasola, w jakim towarzystwie, a także o jakiej gęstości to już pozostawione jest kucharzowi, który zazwyczaj jest pod wyraźnym wpływem regionu, w którym żyje.
Danie idealne na ten blog, gdyż niegdyś było pożywieniem biednych chłopów (masło maślane, chłopi kiedyś zawsze byli biedni :)), ale niekoniecznie w takiej wersji, bo początkowo zamiast fasoli była wspięga wężowata, która wyglądała jak fasola z czarnym oczkiem. Coś co teraz znamy jako fasolę, było jeszcze w XVI wieku drogim towarem eksportowym zza oceanu. Później, okazała się tak wdzięczna w produkcji, że sama stała się pożywieniem biedaków.
Najłatwiej takie danie przyrządzić w Wielkiej Brytanii. Idziecie do jakiegoś wielkiego marketu, kupujecie makaron w sosie pomidorowym w puszce, podobną fasolę i mieszacie razem, natomiast u nas, o ile fasoli widziałem sporo, o tyle takiego makaronu nie, więc ten drugi musicie sobie sami ugotować. Ja pokazałem jak zrobić od "zera".

Składniki:

- fasola
- makaron
- cebula 
- czosnek
- koncentrat pomidorowy


Wykonanie:

Makaron ugotować według przepisu na opakowaniu.
Fasolę namoczyć kilka godzin i ugotować do miękkości.
Cebulę pokroić w drobną kostkę i podsmażyć. Dodać fasolę, koncentrat pomidorowy, trochę wody, wyciśnięte ząbki czosnku i chwilę poddusić. 
Podać z ugotowanym wcześniej makaronem.

środa, 17 listopada 2021

Polska jesienna miska Buddy

Budda to był kiedyś taki książę urodzony na terenach dzisiejszego Nepalu, który pewnego dnia postanowił sobie, że zrezygnuje z otaczających go luksusów i pójdzie w przebraniu w świat w poszukiwaniu prawdy. Oświecenia doznał po posiłku i stworzył coś na kształt pogranicza religii i filozofii. Piszę pogranicza, bo niektórzy twierdzą, że z uwagi na pewne pierwotne założenia buddyzm nie jest religią, jednakże jeśli przyjrzymy się zinstytucjonalizowanemu kultowi, to już ma on co najmniej znamiona religii. Dlatego też nie mogło go ominąć uczestnictwo w czystkach religijnych, czy to wycinając chrześcijan w Japonii, czy obecnie stojąc na czele czystek w Birmie.
Mamy tu dwie genezy tego dania. Jedna, dzięki której nazywa się też miską hippisów, mówi o tym, że Budda chodził od miejsca do miejsca i zbierał to co mu dali, dzięki czemu teoretycznie otrzymywał zbilansowany posiłek zgodnie z teorią dotyczącą tego, że ludzie w epoce zbieractwa byli zdrowsi od ich potomków w epoce agrarnej, bo ich posiłki były bardziej zróżnicowane i zbilansowane. I tu płynnie przechodzimy do drugiej genezy, tej bardziej romantycznej, czyli do proporcji i równowagi, bo równowaga jest motywem, który w filozofii buddyjskiej często się pojawia. Dlatego żeby przyrządzić dobrą michę obowiązują takie zasady:

  • 1/4 produktów zbożowych
  • 1/4 wsadu białkowego
  • 1/2 warzyw
  • tłuszcz, aby witaminy się dobrze wchłonęły i żeby obniżyć indeks glikemiczny
Dlatego czasem nazywana jest miską mocy.
Postanowiłem przyrządzić miskę korzystając z zasady, że dobre kompozycje produktów to między innymi takie, które stosują kryterium sezonowe i regionalne.

Składniki:
- kasza gryczana
- biała fasola
- cebula
- czosnek
- seler
- buraki
- ogórki kiszone
- orzechy
- olej


Wykonanie:
Kaszę gotujemy wg przepisu na opakowaniu.
Fasolę gotujemy. Cebulę kroimy w piórka, podsmażamy i mieszamy z wyciśniętym czosnkiem i fasolą, dusząc chwilę.
Seler ścieramy na drobnych oczkach i doprawiamy.
Buraki gotujemy i ścieramy na grubych oczkach.
Ogórki kroimy, albo nie :)
Orzechy kruszymy, prażymy, mieszamy z olejem i polewamy kaszę.

poniedziałek, 3 maja 2021

Dwa dania i spływ tratwą po Biebrzy

 Pływał raz marynarz który

Żywił się wyłącznie pieprzem

Sypał pieprz do konfitury

I do zupy mlecznej

"Morskie opowieści" - znana polska szanta

Tegoroczny weekend majowy postanowiliśmy spędzić na tratwach na jedynej rzece na zachód od Białorusi, która na nie ma ani jednego odcinka uregulowanego. O pływaniu tratwą wiedziałem niewiele, gdyż moim głównym źródłem była książka Marka Twaina Przygody Hucka Finna", którą czytałem prawie 30 lat temu. Resztę zobaczyłem na stronie promującej. Te dwa źródła okazały się na tyle ciekawym połączeniem, że taki sposób spędzenia czasu okazał się być równie ciekawy. 
Sama tratwa to taki pływający domek. Znajduje się tam budka, w której mieszczą się trzy osoby. Tej samej wielkości taras z podwieszonym stołem i ławkami, który spokojnie można przerobić na miejsce do spania, gdyż jego boki można zasłonić przesuwanymi ścianami z desek, a przód specjalną plandeką. Dodatkowo jest namiot na dachu. Na upartego taka tratwa pomieści 6 osób, ale my wynajęliśmy dwie na 7. 



Oczekiwania były takie, że popłyniemy dzikim terenem w doborowym towarzystwie, chilloutując się przy piwku, patrząc na piękne dziewicze tereny Biebrzańskiego Parku Narodowego oraz na jakąś zwierzynę od czasu do czasu. Z uwagi na to, że mieliśmy najzimniejszy kwiecień w XXI spodziewaliśmy się, że będzie w miarę zimno, ale cała reszta oczekiwań bez zmian.

Dziki teren. Tak jak pisałem, Biebrza nie jest uregulowana w ogóle, nie ma ani jednego kilometra, który by został temu poddany, natomiast sama trasa bardzo popularna - inne tratwy, kajaki i wędkarze.  

Doborowe towarzystwo. Tu obyło się bez zgrzytów. Poza drobnymi uszczypliwościami, że ktoś nie wiosłuje, wszyscy stanęli na wysokości zadania, kiedy trzeba było szybko dopłynąć do brzegu, bo dwie osoby wypadły z tratwy, co (jak się dowiedzieliśmy po rozmowie z innymi załogami) nie było niczym nadzwyczajnym jak się okazuje, a następnie, pomimo zmiany ciuchów były mocno zziębnięte. 

Chillautując się przy piwku - jak wchodzicie na tratwę, to podczas trwania rejsu zapomnijcie o chilloucie. To nie jest szeroka prosta rzeka, gdzie raz ruszona tratwa płynie sama. To w zasadzie co minutę trzeba było odpychać się od brzegu za pomocą dostarczonych żerdzi lub wioseł. Inaczej, w najlepszym wypadku się zatrzymacie, a w najgorszym przywalicie na zakręcie w brzeg, powodując wstrząs, po którym ktoś z załogi może wpaść do wody. X

Patrząc na piękne widoki Biebrzańskiego Parku Narodowego. 
Może pokażę Wam najpierw najciekawsze widoki.


Ale zasadniczo jest tak


Czyli po jednej stronie trzciny, po drugiej tereny uprawowe, nawiezione obornikiem. Jeśli spodziewacie się zwalonych drzew, zarośniętych gajów to tak średnio. Krajobraz jest baaardzo monotonny. Głownie pola, bo jak się okazuje rolnictwo jest wszędzie i kawałek lasu w oddali. X

Zwierzyna. Jestem pewien, że ornitolodzy mieliby tu raj. Ja widziałem pustułki, bociany, żurawie, brzegówki i masę innych małych ptaków, których nazw nie znam. Pływających ptaków nie ma prawie w ogóle, bo nie miałyby tu życia, a co do ssaków to więcej widzę jadąc samochodem. X

Weźcie to pod uwagę, że na takiej tratwie jest jak na campingu. Nie ma wody w kranie, kibla, prysznica. Wszystko musicie zorganizować sobie sami. Dostajecie butlę z gazem, na której można zrobić bardzo dużo. Ja poszedłem w szybkie dania i na pierwszy ogień poszło risotto grzybowe.

Składniki:

- ryżowe sprasowane morskie racje przetrwania
- pieczarki
- suszona pietruszka


Wykonanie:
Pieczarki należy sobie w domu wysuszyć i zmielić. Wymieszać z pietruszką i wsadzić do worka. Gotujemy wodę, ale naprawdę mało. Wsypujemy pieczarki z pietruszką i chwilę gotujemy.
Kruszymy rację ryżową i mieszamy. Wygląda średnio, smakuje ciut lepiej, ale jesteście na tratwie, a nie w Hiltonie :)

Drugiego dnia zrobiłem sobie challenge. Cały dzień tylko na wojskowej racji MRE z tym, że sam chciałem sobie taką rację skomponować. Z kilku powodów. Raz - będzie taniej. Dwa - to wyzwanie dla kucharza. Trzy - postanowiłem zrobić jeszcze większe wyzwanie. Na forach górskich itp. ludzie pytają o zestawy wegańskie i mają problem z ich dostaniem (w Polsce nie ma), dlatego wzorując się na oryginalnej racji wojskowej 1W(wege) zrobiłem własną.

Składniki:
- pieczywo chrupkie
- masło orzechowe (w kiszonce z folii aluminiowej)
- kakao z mlekiem w proszku
- pieczywo chrupkie innego typu
- pasztet sojowy
- puszka fasolki w sosie pomidorowym
- suchary specjalne
- batonik owocowy
- czekolada gorzka
- batonik musli
- herbata granulowana malinowa
- kawa rozpuszczalna
- cukierki z witaminą C
- gumy do żucia


Taka porcja starcza na dzień, bez dojadania. Zarówno kawę i herbatę można rozpuścić w zimnej wodzie. Nie jestem fanem, ale chciałem zrobić mały eksperyment, a także pomóc społeczności podróżników. 

Wracając do tratw. Najgorsze co Was może spotkać to wiatr w przeciwną stronę. Jak sobie wykonacie skomplikowane obliczenia, gdzie pod uwagę weźmiecie siłę wiatru, powierzchnię tratwy, a także ewentualną moc wiosłowania, to dojdziecie do wniosku, że czasem najlepszym sposobem jest burłaczenie, czyli ciągnięcie tratwy przez osoby na lądzie. Bez tego tratwa albo się cofa, albo nie możecie odbić od brzegu, bo tak Was spycha wiatr. Polecam mieć dwie liny, bo tratwa nie ma steru i ciągnięcie jej po jednym brzegu powoduje że dopływamy znów do brzegu.


Jeśli myślicie, że to luźny relaks, zwłaszcza w taką pogodę, to zapewniam Was, że tak nie będzie. Nie zrozumcie mnie źle, wiele razy ścierałem się z zimnem, wodą, a także jednym i drugim, ale to miała być wyprawa rekreacyjna. Kiedy w terenie zmarzniecie lub zmokniecie, to zasadniczo możecie obrać kierunek w celu znalezienia schronienia. Tu niestety musicie doprowadzić jeszcze tratwę do określonego miejsca, bo tylko stamtąd można ją zabrać. Co w warunkach silnego wiatru nie jest łatwe, więc o rekreacji zapomnijcie :) 

Na szczęście palnik przeznaczony do gotowania można wykorzystać w inny sposób :)



Na co zwrócić uwagę. Wymiar tratwy. Niby są podobne ale czasem jest różnica 20-30 cm, które są niesamowicie ważne do łapania balansu przy uderzeniach, a tych będzie sporo. 
Przygotujcie się na dodatkowe koszty, bo nawet jak nie będziecie gapami i nie zgubicie kratki od grilla, to prawdopodobnie połamiecie jakąś żerdź lub wiosło. Co jakiś czas któraś załoga nas pytała, czy też tak mamy. Nasze straty to akurat tylko jedno wiosło :)

Komu bym to polecił? Miłośnikom kempingów, którzy mają plan taki, że w ciągu dnia się pomęczą, ogarną ruch tratwy, a wieczorem dobiją do odpowiedniego punktu, gdzie już będzie kilka innych tratw, ewentualnie przycumują w jakimś dogodnym miejscu i tam spędzą noc na wodzie. Jak chcecie relaksu, to albo załatwcie sobie załogę do ogarniania tratwy, albo zostawcie tratwę zacumowaną na cały dzień :)