Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza jaglana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kasza jaglana. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 lipca 2022

Hołubce z Lipowic

Danie z okolicy miasta Lipowiec w Ukrainie. Miasto zostało prawdopodobnie założone przez tatarskich jeńców i innych zbiegów po to, żeby ostatecznie zostać wcielonym pod władanie Królestwa Polskiego. Po powstaniu Chmielnickiego, miasto wraz z całą ludnością, nie stosując żadnej dyskryminacji z uwagi na wiek, płeć, czy wyznanie, zostało zniszczone, przez Polaków na czele ze, znanym szerszej publiczności ze słów hymnu, Stefanem Czarnieckim, pod którego panowaniem uprzednio znajdowały się zbuntowane ziemie.

Informacje o tej potrawie wynalazłem w moim ulubionym i jak do tej pory niewyczerpanym źródle wiedzy o biedakuchni ludowej - Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej z 1884 roku. Materiały zebrała niejaka panna Z.D., kimkolwiek ona by nie była. Z uwagi na to, że nie została wspomniana, a także, że był to jednak XIX wiek, opis czyta się trochę jak dzieła Sienkiewicza, czyli wplatane są tam delikatne uwagi oceniające życie tubylców z perspektywy człowieka "bardziej cywilizowanego" :)
Pomijając te wszystkie uwagi, to czego możemy się dowiedzieć? Na przykład ciekawe rzeczy o wystroju domów.

Każda izba wewnątrz jest od góry do dołu zawieszona obrazami, w których się kocha lud tutejszy.[...] Nad obrazami ciągnie się jeden długi ręcznik przez całą ścianę, a dwa jego kmice wzorzysto wyszyte, zwieszllją się po obu stronach obrazów. Obrazy, dla ich uczczenia czy ozdoby, obtykane są lubystkiem, miętą, szałwią, matosznykiem(melissą), rutą imaruną.

Mi się jeszcze spodobał rozdział o obrzędach. Tam oprócz standardowych typu Wigilia i Wielkanoc, jest ciekawa wzmianka o Kupalnocce (przesilenie letnie):

Obchód "Kupajły" z każdym rokiem bardziej zatraca swe dawne znaczenie i cechy obrzędowe. Obok innych przyczyn, wpływa na to zakaz i prześladowanie od władzy policyjnej.[...] Igrzyska (Igrzyska Miłosne, obchodzone w ramach tego święta - przyp. red.) te w okolicy Pliskowa mają być przy tem tak nieprzystojne ,iż p. D. niepodobna było pójść i przypatrzyć się im osobiście.

Także niestety pani Z.D. najwyraźniej nie miała duszy prawdziwego naukowca i nie dowiemy się wszystkiego :)

Przechodzimy do jedzenia. Gospodynie wstają przed świtem, gotują obiad i po obiedzie idą do roboty. Nie bardzo wiadomo gdzie idą, bo jak pisze pani Z.D. W bardzo wielu wsiach lud bywa stosunkowo dość zamożny, lecz nie dlatego że pracuje, tym samym trafiając na czarną listę Ryszarda Petru. Jak się później dowiadujemy te hołubce, żeby nic się nie zmarnowało, jada się z barszczem. Czyli z korzenia robi się barszcz, a z liści hołubce.

Składniki:

- liście buraka czerwonego
- kasza jaglana
- korzeń chrzanu


Wykonanie:

Liście buraka parzymy wrzątkiem, żeby się je lepiej zwijało. 
Kaszę jaglaną gotujemy i mieszamy z odrobiną startego chrzanu.
Nakładamy łyżeczką na liście i zawijamy. Technika taka, że zawijamy brzegi do środka, żeby nie wyleciało i robimy rolki.


czwartek, 2 kwietnia 2020

Donkey Fruit Crepe z Lollipop Chainsaw

Pisałem już czym się różni blog od serwisu kulinarnego. Krótko przypomnę, że na blogu mamy prawdziwe jedzenie, które ugotował prowadzący i zostało przez niego zjedzone oraz na blogu zamiast przepisu mamy tez jakieś przemyślenia autora. 

No i skoro ocieramy się też o sferę life style, to nie sposób nie zauważyć, że staje się ona mocno ograniczona i ujednolicona ostatnimi czasy. Pomijając już kompletnie tych, których życie odwróciło się o 180 stopni. W każdym razie siedzimy w domu i co prawda nie dostaliśmy tak jak Włosi od serwisu PornHub darmowych kont premium, ale również zmieniamy swój tryb dnia. Mimo tego naprawdę nie rozumiem, kiedy mi ktoś mówi, że się nudzi, bo mi, mimo wszystko brakuje czasu. W każdym razie jedną z najbardziej popularnych rozrywek, zaraz po oglądaniu filmów są gry video, którym zresztą też osobiście się poddaje, a które oprócz porządnej dawki dopaminy dają mi też kulinarne inspiracje.

Jedną z takich gier jest Lollipop Chainsaw. Taka trochę na czasie :) Gra, która jest krótka, w miarę prosta, do bólu kiczowata, ale o dobrze dopracowanej mechanice i z jakiegoś powodu jest poszukiwana przez posiadaczy konsol PlayStation 3. 

W grze o komiksowej grafice, poruszamy się cheerleaderką uzbrojoną w różową piłę motorową w serduszka, zabijającą zombie, które zaczęły pojawiać się w mieście. Jak się potem okazuje należy ona do rodziny łowców zombie, w której każdy z członków specjalizuje się w jakimś orężu. Jej mentorem jest mistrz sushi, uzbrojony w dwa noże kuchenne Sensei Morikawa do złudzenia przypominający Senseia Miyagi z Karate Kid, który instruuje swoją podopieczną "jak gotować zombie". Ostatecznie nasza protagonistka musi się zmierzyć z wielkimi demonami, z których główny to Elvis Presley i tu pozwolono sobie na małe żarciki kulinarne. Wiem, że fani wyżej wspomnianego woleliby żeby zginął w wypadku samochodowym jak James Dean, przedawkował jak Jim Morrison albo strzelił sobie w głowę niczym Kurt Cobain, ewentualnie dostał nożem podczas bójki w barze. Niestety Elvis słynął z bardzo niezdrowej diety i klasycznie nie mógł się wypróżnić, czy mówiąc prościej się zatkał. W grze, podczas walki z Elvisem wielkości budynku słyszymy jak krzyczy od czasu do czasu - Kocham Cheeseburgery!

W grze istnieje system rozwoju, a nasze statystyki rozwijamy w sklepie. Zdrowie rozwijamy za pomocą jedzenia. I tak, jedna z takich rzeczy do jedzenia jest Donkey Fruit Crepe. Celowo tego nie tłumaczyłem, bo wyszłoby z tego coś w stylu Osiołkowy Owocowy Naleśnik, dlatego jako nazwa własna po angielsku brzmi lepiej. Chciałem zrobić coś podobnego na bazie dobrze znanego fast foodu jakim są rożki naleśnikowe, ale pomimo użycia owoców, chciałem zachować wytrawny charakter dania.

Składniki:
- mąka
- kasza jaglana
- jakieś orzechy
- jabłka
- banany
- chilli
- sól
- cukier


Wykonanie:
Z mąki i wody robimy lejące się ciasto i smażymy naleśnika. 
Orzechy miksujemy na gładką masę i dodajemy do nich ugotowanej kaszy jaglanej oraz dosypujemy chilli.
Banany obieramy i kroimy w plasterki.
Jabłka obieramy i kroimy w kostkę. Smażymy, dodajemy cukru, żeby całość nam się skarmelizowała i solimy.
Na naleśnik nakładamy masę z kaszy oraz orzechów i układamy na połówce plasterki banana. Składamy na pół. Zawijamy w rożka tak, aby dół czubek był tam gdzie połowa naleśnika na zgięciu, a część otwarta była tą szerszą. Nakładamy jabłek i podajemy. 

wtorek, 4 lutego 2020

Groszkowy burger czyli trendy kulinarne 2020

Tradycyjnie popełniam wpis dotyczący trendów kulinarnych, które prawdopodobnie rozwiną się w tym roku. Skąd wiem jakie będą? Nie wiem, dlatego napisałem "prawdopodobnie". Dlaczego uważam, że stanie się to z dużym prawdopodobieństwem? Dlatego, że zastosowałem zasadę - mądrego dobrze posłuchać. Mało jest ludzi, którzy wiedzą wszystko, głównie ze względu na ograniczone możliwości umysłu, a także ograniczenia czasowe, dlatego większość specjalistów, zajmuje się wąską dziedziną wiedzy. Właśnie dlatego informacji na ten temat nie zasięgam u fizyków  jądrowych, a u ludzi zajmujących się badaniem trendów, którzy publikują wyniki swoich badań w branżowych pismach, a swoje badania opierają statystykach jak wyglądają zmiany na rynku produktów spożywczych, jak konsument reaguje na zmiany, a także dlaczego tak się może dziać.
  • flexitarianizm - coraz więcej osób, czy to z powodów etycznych, czy zdrowotnych decyduje się na dietę roślinną, gdzie o skali zjawiska możemy się przekonać słuchając lamentów branży mięsnej, ale jest jeden problem. Taka dieta wymaga jednak wyrzeczeń na które nie wszyscy są gotowi. Dlatego właśnie bardzo popularna staje się dieta flexitariańska, która zasadniczo opiera się na pokarmach bezmięsnych, przy jednoczesnym rzadkim spożywaniem mięsa. Taka dieta nie jest niczym nowym, gdyż jest to taki ukłon w stronę ludów pierwotnych, gdzie mięso, z uwagi na trudność w zdobyciu, było raczej traktowane jako nagroda. Dlatego niektóre ludy polowały dopiero wtedy, kiedy miały wystarczająco dużo zapasów, gdyż utrata energii potrzebna na zdobycie takiego pożywienia była niewspółmiernie duża do kalorii, które się przyjmowało jedząc je.
  • białko z groszku (soja stop) - skoro ludzie rezygnują z mięsa, to muszą mieć dobry powód. Królowa białka roślinnego - soja - nie cieszy się dobrą sławą, obojętnie, czy słusznie czy nie słusznie, bo faktycznie istnieje wiele innych źródeł białka. W tym roku moda na groch. 
  • hummus - przy czym nie mówimy tu o nawozie do roślin. Ja pierwszy raz zetknąłem się z tym 17 lat temu. Było to kwaśne, zimne i pożywne, w sam raz na stan w jakim się wtedy znajdowałem :) Jakieś 4 lata temu kiedy byłem na wdrożeniu w jednej szkole, pewna nauczycielka żaliła się, że zrobiła hummus na imprezie urodzinowej, ale nikt go nie chciał jeść, bo raz, że nowy smak, a dwa, że żydowskie. Minęły 4 lata i hummus podbił salony.  Ci, którzy hummusem gardzą, bo się nim przejedli wtedy, kiedy jeszcze nie był modny, mogą poszukiwać nowych smaków, bo hummus to nie tylko ciecierzyca.
  • zdrowy fast food - w dalszym ciągu odpowiedź na pytanie "Kto to ugotuje" pozostaje taka sama - "Nie ja".  Jakiś czas temu koncerny żywieniowe wpadły na pomysł, że na przetworzonej żywności więcej zarobią, dlatego zaczęły przedstawiać gotowanie jako czynność stresującą, przestarzałą, a nawet jako formę niewolnictwa. W dodatku dostarczyli produkt, który zapracowana kobieta mogła przygotować swojemu mężowi w mgnieniu oka, a nawet on, nie posiadając specjalnych zdolności mógł zrobić sobie sam. Po pewnym czasie doprowadziło to do chorób cywilizacyjnych, a tego typu jedzenie poszło w odstawkę. Pojawił się pewien dysonans, pomiędzy lenistwem, a chęcią bycia zdrowym. Koncerny szybko się przestawiły i zaczęły produkować całą gamę pożywienia sygnowanego "EKO", "BIO" itp. Czy jest zdrowiej? Nie wiem, ale na pewno jest drożej :)
  • afrykańskie zboża - coraz bardziej popularne stają się wszystkie, używane w kuchni afrykańskiej zboża jak np. sorgo i proso. Nawet jeśli często używaliście tego drugiego, to zapewniam Was, że nie było ono jeszcze niedawno tak popularne jak jest teraz.
  • inne smaki burgerów - w skrócie, nie tylko HAMburger, ale też inne burgery, głównie roślinne (patrz punkt 1). Bardzo modne stają się grzyby, ale mając na uwadze, że po wprowadzeniu przepisu, w myśl którego myśliwy może sobie według własnego widzimisię wyrzucić grzybiarzy z lasu, raczej odnotowany zostanie spadek zainteresowania tym surowcem, ze względu na jego wysoką cenę. 
  • bezalkoholowe drinki - czyli, w skrócie wymyślne koktajle bez alkoholu
  • nieplastikowe opakowania - ostatnio można zauważyć wzrost świadomości jeśli chodzi o wysoki poziom CO2, toksyn wydzielanych przez plastik i smog. To znaczy mocno powiedziane świadomość. Wiemy, że takie coś się dzieje, ale nie wiemy skąd, dzięki czemu łatwiej przesunąć winę z produkcji przemysłowej na obywateli i tych ostatnich obciążyć wszelkimi kosztami za obecny stan rzeczy. Do tego są potrzebne symbole. Takim symbolem jest np. zakaz słomek, przy masowej produkcji napojów w butelkach PET. Takim symbolem jest też wycofywanie opakowań plastikowych. Nie wiem czy to coś da, ale ważne, że konsument ma nadzieję, że da, a to on wyznacza trendy.
Tradycyjnie postanowiłem przygotować coś zgodnego z obecnymi trendami, czyli burger groszkowo jaglany z hummusem z fasoli :)

Składniki:
- groszek konserwowy
- kasza jaglana
- fasola
- cytryna
- olej
- papryka słodka
- czosnek granulowany
- marchewka


Wykonanie:
Pół woreczka kaszy jaglanej gotujemy i miksujemy z puszą groszku. Dodajemy paprykę i czosnek. Formujemy płaskie kotleciki, które możemy usmażyć, co jest trudne, ale możemy też upiec, tak jak to się robi w porządnych restauracjach :)
Marchewkę obieramy, kroimy we frytki i możemy usmażyć, ale możemy też oblać trochę olejem i upiec w piekarniku razem z burgerami.
Fasolę gotujemy, miksujemy z sokiem z cytryny, czosnkiem i olejem.
Wkładamy kotlet w bułkę i podajemy z upieczoną marchewką i hummusem z fasoli, w którym zwyczajowo będzie się tą marchewkę moczyć.


Nasiona roślin strączkowych na talerzu 4.

Nasiona roślin strączkowych na talerzu. Edycja 4.

piątek, 15 listopada 2019

Pańszczyźniane całki z kaszą

Dawno, dawno temu w Europie, w tym w Polsce, istniał dość specyficzny system społeczny oparty na hierarchii. Polegało to w skrócie na tym, że jedni mieli więcej praw od innych, co zaowocowało tym, że jedni twierdzili, że drudzy są ich własnością. Kiedy ci drudzy protestowali, pierwsi skutecznie ich do tego przymuszali. Przymuszanie kończyło się często śmiercią, zwłaszcza, że do XVIII wieku zabicie chłopa nie podlegało karze. Oczywiście chłop był użyteczny, więc nie można było przesadzić z zabijaniem, bo nie byłoby komu pracować, niemniej jednak dalej istnieją spory, który system zabił więcej osób, feudalizm, czy coś co było jego naturalną konsekwencją - komunizm, nawet jeśli ten drugi miał większy przyrost ofiar w krótszym czasie.
Są oczywiście tacy, którzy twierdzą, że pańszczyzna nie trwała cały tydzień i w pozostałe dni chłop mógł sobie nieźle dorobić i pewnie jeszcze mógł sobie nazbierać na wakacje w Bułgarii, dlatego tym bardziej dziwi dlaczego od czasu do czasu chłopi się buntowali i np. wieszali na jednej szubienicy szlachcica, plebana, psa i Żyda, uznając ich za jedno i to samo :) Z czego ci dwaj ostatni oberwali przez przypadek. Jestem pewien, że wszyscy orędownicy tej teorii, jak i tych jak dobrze pracowało się dzieciom w XIX wiecznych fabrykach, bo dzięki temu mogły sobie odłożyć pieniądze na Playstation, bardzo chętnie wcieliliby się w taką rolę, żeby sobie dorobić na Passata.
Oczywiście kiedy zniesiono pańszczyznę, część chłopów chciała powrotu tego systemu, ale głównie dlatego, że nie wyobrażali sobie jak można żyć inaczej. To jak z więźniem, który wychodzi po 25 latach więzienia i nie radzi sobie na wolności.
Zobaczmy co o pańszczyźnie mówi moje kulinarne źródło. Źródła to sprawa poważna. Kiedy piszecie publikację naukową, to żeby była uznana, musicie przeprowadzić odpowiednie, uznane przez naukowców badania. Dobrą metoda nie jest analiza ilości wyników w wyszukiwarce internetowej, ale dobrą jest np. analiza materiałów źródłowych, tudzież posiłkowanie się publikacjami osób, które do takich źródeł się odwołują. Kiedy przedstawiacie jakąś tezę, to w dobrym tonie jest się jakimś źródłem podeprzeć, żeby nie wyjść na ignoranta. Niektórym taki poziom bardzo przeszkadza, bo nie mogą przeforsować jakiś niestworzonych historii, ale to tylko argument za tym, żeby trzymać się takiego poziomu. 
Skoro o materiałach źródłowych mowa, to tu chciałbym przytoczyć fragment moich ulubionych zeszytów, z których biorę wiedzę na temat nawyków żywieniowych w XIX wieku - Zbiór Wiadomości do Antropologii Krajowej Tom VIII.

W publikacji dotyczącej jednej wsi na Mazowszu możemy przeczytać.
Dawniej jak była pańszczyzna i mieli większą biedę aniżeli teraz, to drobną marchew, pasternak, ćwikłę i rzepę suszyli na zimę. Marchew dzieci gryzły i miały uciechę, ćwikłę kwasili na barszcz, albo tak na ocet napić się, pasternak zaś gotowali na pośnik to jest na wilię, z pęcakiem, a rzepę z kaszą jaglaną. Rzepy suszyli najwięcej nawet umyślnie siali ją na św. Annę na ugorze, żeby mieć drobną do suszenia. Takie suszone rzepki nazywali: całki albo całecki.
Zainspirowało mnie to do stworzenia dania. Zdjęcie z pracy, bo w końcu wpis o pańszczyźnie :)

Składniki:
- kasza jaglana
- rzepa
- zioła, które były wtedy powszechnie używane - lubczyk, koper.


Wykonanie:
Rzepę kroimy w kostkę, wrzucamy wraz z kaszą jaglaną do garnka, a następnie zalewamy wodą. Gotujemy, dolewając ewentualnie wody, jeśli wszystko zostało wchłonięte lub konsystencja nas nie zadowala. Doprawiamy ziołami.

piątek, 13 lipca 2018

Pochrzanione gołąbki

Kolejny przepis z cyklu "smutne jedzenie w pracy", dla niewtajemniczonych jest to antytrend "food porn", odwołujący się do autentyczności :) Krótko mówiąc, a właściwie pisząc, ten pierwszy pokazuje jedzenie tak jak byśmy chcieli żeby wyglądało, a drugi tak jak wygląda naprawdę. Aby opisać to bardziej obrazowo podam na konkretnym przykładzie czym te oba trendy się różnią. Jeśli pójdziecie sobie do jakiegokolwiek baru szybkiej obsługi, czy to będzie budka koło dworca w Radomiu, czy coś co będzie Wam wmawiało, że jest restauracją, w której każdy chce pracować, to prawdopodobnie będzie tam wielka plansza z menu w postaci obrazkowej. To co dostaniecie będzie, tu zacytuję klasyka "cholernie daleko" od tego co jest na obrazku. I to jest właśnie ta różnica. Im szybciej sobie to uświadomicie tym bardziej unikniecie frustracji z tym związanej, żebyście nie zrobili tego co William Foster grany przez Michaela Douglasa w filmie Upadek. Tym bardziej, że Wasza frustracja będzie podwójna, bo prawdopodobnie nie będziecie mieli ze sobą broni palnej.

Poprzednio robiłem gołąbki z liści szpinaku, teraz przyszedł czas na liście chrzanu, które znane były raczej jako lek stosowany zewnętrznie. Przemawiają za nimi właściwości zdrowotne (mają dużo witamin), właściwości antybakteryjne, antygrzybiczne i antywirusowe oraz, przede wszystkim, smak. Smakują jak ... liście chrzanu :) Czyli jak delikatne liście, które smakują chrzanem. Jest jeszcze jeden dobry argument przemawiający za tą rośliną. Rośnie ona w każdym przysłowiowym rowie :)
Jedyny mankament, to, w przypadku dużych liści, dość gruby nerw główny. Nie jest na tyle twardy, żeby nie dało się go pogryźć, ale jest twardszy niż reszta :)
Ja akurat zrobiłem wypełnienie z kaszy jaglanej i grzybów, ale możecie je wypełnić czymkolwiek.

Składniki:
- kasza jaglana
- pieczarki
- liście chrzanu


Wykonanie:
Kaszę gotujemy. Pieczarki trzemy na tarce i podsmażamy, a następnie mieszamy z kaszą.
Kładziemy na umyte liście chrzanu i zawijamy.



piątek, 22 grudnia 2017

Kryzysowa wigilia - tradycyjna.

Tradycja to obyczaje właściwe dla określonej grupy społecznej, które są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Dla wielu z Was jest ważna tak bardzo, jak dla Tewje Mleczarza. Tradycja podlega, jak to się fachowo mówi, ustawicznemu doskonaleniu. Wynika to z faktu, że zmieniają się warunki, w których przyszło im istnieć i nie ma sensu utrudniać sobie życia. Bywa i tak, że pewne tradycje były aktualne kiedyś, a nie są już aktualne dziś. Tak jak ta, o której opowiadała anegdota z przycinaniem mięsa po dwóch stronach, przed pieczeniem. Czasem tradycje się ścierają. Co do tego, że wigilijna wieczerza jest tradycją, jesteśmy zgodni. Potwierdza to nawet Tłoczyński, bohater filmu Miś, autor słynnego monologu. Natomiast przyczyny owej bywały różne.
Najstarsza była związana z nowym rokiem. Zanim wymyślono kalendarz z jakim teraz mamy do czynienia, mierzono czas na podstawie pewnych regularnych prawidłowości, które odbywały się w przyrodzie. Na potrzeby tego artykułu i jako, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, nazwijmy go ruchem słońca. Początek nowego roku przypadał na moment, w którym dni stawały się coraz dłuższe, albo jak to poetycko stwierdzono, "słońce wygrało nad ciemnością". Takie okazje były powodem do świętowania. Zaryzykuję stwierdzeniem, że to najstarsze święto znane ludzkości.
I tak to się toczyło długie lata, ludzie cieszyli się, że przeżyli jeden rok. Dziękowali, prosząc jednocześnie, aby kolejny był dobry. Potem nastąpił okres migracji kultury z Bliskiego Wschodu na nasze ziemie i nastąpiło starcie kultury europejskiej i azjatyckiej. Początkowo ta druga próbowała przeforsować swoje święto na początku stycznia, ale ostatecznie musiała pójść na kompromis i zaadoptowała istniejące święto do swoich celów. Tak powstało Boże Narodzenie.
Jakiś czas to sobie funkcjonowało, aż nastąpiło kolejne starcie tradycji i w miejsce duchowej abstrakcji wszedł namacalny konsumpcyjny materializm. Podobnie adaptując istniejące już święto.

Chciałbym się tym razem cofnąć do tej najstarszej tradycji, oczywiście poddanej doskonaleniu, ale dobrowolnym, a nie w wyniku starcia.
Tradycyjnie powinno być 12 dań, tyle ile jest miesięcy w roku, no bo w końcu to on jest naszym punktem odniesienia, ale kryzys to kryzys i zgodnie z tradycją przyjętą na tym blogu, i zwyczaju gdzie status materialny decydował o ilości dań, będzie 6.



Zupa grochowa z grzybami


Można było w bardzo prosty sposób zmierzyć czy rok był dobry czy zły. Decydowała o tym ilość plonów. Dlatego właśnie na potrawach zbożowych skupiano się podczas tej wieczerzy. Ryby przyszły dopiero w wyniku pierwszego starcia tradycji, o którym pisałem, kiedy na te tereny wkroczyło z Azji chrześcijaństwo.
Podczas tych wieczerzy zostawiano też puste miejsca wierząc, że przyjdą na nią nasi przodkowie. Wszak do przodków miano ogromny szacunek, ze względu na to, że sprowadzili nas na ten świat. Problem był w znalezieniu wspólnego języka. Należało się wprowadzić w pewien trans, używając substancji psychoaktywnych. Stąd w tradycji wigilijnej mamy grzyby, w które, mam nadzieję, każdy się zaopatrzył w sezonie i wysuszył, bo obecnie w sklepach są dość drogie.
Postarałem się zrobić ją również tylko ze składników dostępnych w tamtych czasach.

Składniki:
- groch
- seler
- pietruszka
- grzyby suszone
- pieprz ziołowy

Wykonanie:
Groch moczymy kilka godzin. Pietruszkę, seler i grzyby gotujemy w wodzie. Kiedy się ugotują, warzywa wyciągamy. Dodajemy wypłukany groch i gotujemy aż zmięknie. Doprawiamy solą i pieprzem ziołowym.

Carpaccio z pieczonego buraka z sosem jałbkowym

Niby jakieś carpaccio, ale składniki tradycyjne. Według wierzeń jabłka i buraki gwarantowały zdrowie. W nowym roku chyba chcemy być zdrowi, co nie?

Składniki:
- buraki
- jabłka 
- olej rzepakowy

Wykonanie:
Buraki obieramy i pieczemy w piekarniku w temperaturze 180 stopni. Ile czasu, zależy od wielkości. po godzinie proponuję sprawdzać. Jabłka też obieramy, ale trzemy na drobnej tarce. Jabłka mieszamy z olejem, a buraki kroimy na cienkie plasterki. Ja podałem jak widać na talerzu po lewej, ale może będziecie mieli lepsze pomysły.

Szczodraki ze śliwkami suszonymi

Kiedyś to święto nazywane było Szczodre Gody. Na pamiątkę tego, w niektórych częściach kraju jada się małe bułeczki zwane szczodrakami. Zazwyczaj są drożdżowe, ale ja zrobiłem na zakwasie. I to gryczanym :)

Składniki:
- kasza gryczana niepalona
- śliwki suszone

Wykonanie:
Kaszę zalewamy taką ilością wody, aby tylko ją przykryć. Moczymy przez dobę w ciepłym miejscu. Następnie wszystko miksujemy i zostawiamy na kilka godzin. Ciasto jest dość płynne, dlatego musimy użyć foremek. Jajowate foremki napełniamy do połowy masą, kładziemy śliwkę, albo dwie i przykrywamy tą samą masą. Wkładamy do nagrzanego na 180 stopni piekarnika. Powinno wystarczyć 15 minut.

Bliny owsiane z makiem

Bliny to jedna z najstarszych form pieczywa, a mak to też bardzo stara forma narkotyzowania się,  choć nie typowa dla Europy. Trafiła do nas z tego samego miejsca co chrześcijaństwo, czyli Bliskiego Wschodu. Jak już wspominałem wcześniej, trzeba było niegdyś doprowadzić się do pewnego stanu, aby nawiązać kontakt z zaświatami. Stąd ten mak na wigilijnych stołach. Obecnie mak, w wyniku jakiejś paranoi jest pozbawiony "mocy", gdyż ustawodawca naiwnie myśli, że przy takiej dostępności do narkotyków, komuś się będzie chciało w domu robić heroinę. Nie byłoby to takim problemem, gdyby nie fakt, że stracił on też swoje walory smakowe.

Składniki:
- płatki owsiane
- mak

Wykonanie:
Płatki owsiane mielimy na proszek. Dodajemy mak i tyle wody, aby powstało nam gęste, lejące się naleśnikowe ciasto. Nalewamy na patelnie i smażymy małe placki.

Kutia
Była to tak wypasiona potrawa, że symbolizowała dostatek. Wszystkie najlepsze dary natury w jednym. Co prawda kasza jaglana jest znanym symbolem biedoty, ale stała się nią znacznie później. Obecnie zresztą wraca do łask. Tu w towarzystwie darów lasu. Miód, który niegdyś zbierano i orzechy.

Składniki:
- kasza jaglana
- mak
- miód
- orzechy laskowe

Wykonanie:
Kasze jaglaną gotujemy, a następnie mieszamy z pozostałymi składnikami.

Piwo

Piwa nie zrobiłem, tylko kupiłem. Nie jestem jeszcze na tym etapie :) Piwo było tradycyjnym napojem. Najnowsza teoria antropologów mówi, że początkowo ziarno było uprawiane właśnie po to aby produkować napoje, a nie chleb :)

Jak widzicie powodów do obchodzenia wigilii jest wiele. Główny to taki, że to najstarsze święto znane ludzkości. Część obchodzi ze względów religijnych. Natomiast zagorzali miłośnicy wyższości nauki mogą sobie powiesić jabłko na drzewie z okazji urodzin Izaaka Newtona.

Jak to mawiają na zachodzie. Happy Holidays :)



poniedziałek, 17 lipca 2017

Bieszczady - wyprawowe jedzenie - peas pudding i kaszotto

Plan był ciekawy, wyruszyć z Ustrzyk w godzinach porannych, dojść na Halicz, stamtąd z górki do Bukowca i przespać się pod wiatą. Potem powrót wzdłuż granicy i znów wiata. Tyle teorii. Jak to zwykle w życiu bywa, nie wszystko poszło tak jak planowaliśmy. Zwłaszcza, jak się opiera na niewiarygodnych źródłach, ale po kolei.

Pierwszą noc w Ustrzykach, oczywiście Górnych, spędziliśmy w Białym Hoteliku. To takie baaardzo klimatowe, przypominające schronisko miejsce, które ma wszystko czego trzeba, łącznie z przemiłą właścicielką :) No i tuż przy szlaku czerwonym. Wzięliśmy nasze wielkie plecaki ze wszystkim, czego będziemy potrzebowali na 3 dni i w drogę. Lekko nie było, ale trasa obliczona była na 6-8 godzin i tyle było do wytrzymania z takim balastem.
Pogoda dopisywała więc widoki przednie. Dla takich warto się męczyć.


Odbiliśmy trochę, aby zdobyć Tarnicę, czyli najwyższy szczyt polskich Bieszczad. Gdzie obskoczyły nas małe motyle :)


Kolejny punkt Halicz czyli gdzieś tam.


Po drodze przystanek na skałce i widok na Tarnicę, z której zeszliśmy.


Po drodze jeszcze trochę lokalnej zwierzyny :)


Na Haliczu przerwa na chałwę i idziemy szukać naszej ścieżki. Ta ścieżka jest na mapach google, a co najważniejsze była na mojej mapie analogowej, tylko w terenie jej nie było. Nie było też drugiej, ani trzeciej. Pomimo kluczenia i zawracania. Gratuluję wydawnictwu Expressmap tak wspaniałych kartografów, którzy sobie wysysają dane z palca. Jeszcze bardziej będę im gratulował jak dowiem się o jakimś zgonie z tego powodu. Chyba, że jest to element skomplikowanej strategii obronnej kraju, jak to powiedziała nasza kolejna gospodyni -  Mapy są dla szpiegów. 

Żebyśmy wiedzieli, że przyjdzie nam zrobić trasę turystyczną, to jak wielu turystów na szlaku, byśmy się modnie ubrali i zabrali małe plecaki, także wkurzeni opracowaliśmy plan B. Tym planem było Wołosate i schronisko, a Bukowiec będzie następnego dnia. Był jeszcze jeden problem. Balast na plecach po 10 h marszu (doliczając nieudane próby znalezienia ścieżki) zaczynał być odczuwalny, więc zdecydowaliśmy przynajmniej się najeść. Znaleźliśmy dobre miejsce, blisko strumienia i tam postanowiliśmy przygotować posiłek. U mnie było to kaszotto jaglane. Idea była taka, żeby nie trzeba było długo gotować, a najlepiej w ogóle :)

Składniki:
- płatki kaszy jaglanej
- suszone pieczarki
- suszona włoszczyzna
- wysuszony groszek konserwowy (opcjonalnie)


Wykonanie:
Wszystko mieszamy i zalewamy wrzącą wodą. Jeśli chcemy dodać groszku to musimy wcześniej dodać go do wody, żeby zdążył nabrać wody. Samo zalanie go wodą nie wystarczy, aby napęczniał. Groszek możemy sobie wysuszyć wcześniej w piekarniku, lub specjalnym do tego celu urządzeniu.


Myśleliście, że nieistniejące ścieżki to koniec niespodzianek? Na mapie było również nieistniejące schronisko. Na szczęście przygarnęła nas miejscowa pani, która skutecznie zgasiłaby zapał każdego, kto chciałby się tam przeprowadzić. Rano, dzięki temu, że jak to powiedziała  - dzień wcześniej wypiła sobie piwko - pojechaliśmy z nią do sklepu jej samochodem, dzięki czemu mogliśmy sprowadzić nasz środek transportu bez konieczności straty czasu na marsz z Wołosatego do Ustrzyk. Tym bardziej, ze marsz po asfalcie to żadna atrakcja.

Nadszedł czas na właściwy cel naszego wypadu. Chyba najmniej uczęszczany szlak do źródeł Sanu. Dokładnie to czego szukam w górach - spokój :) A jeśli już ktoś ma go zakłócić to ewentualnie naturalni mieszkańcy :)


Bukowiec to taka wioska która najpierw została całkowicie wysiedlona, a potem zrównana z ziemią za pomocą materiałów wybuchowych. Zostały tylko drobne ślady. Połowa krzyża, reszta pewnie na złomie.


Jedyne co tak naprawdę zostało to cmentarz i ruiny cerkwi, wraz z chrzcielnicą.


Szlak jest naprawdę dziki i mało uczęszczany, ale bardzo malowniczy. Wiadomo, że każdy mostek poprawia atrakcyjność szlaku :)


Po drodze spotkaliśmy sporo czarnych (tak, on jest czarny tylko teraz złożył skrzydła :)) motyli Apatura iris , które upodobały sobie moje spodnie. napotkane w zimie, według góralskich legend zwiastowałyby zgon. Skojarzenie ze śmiercią nie jest przypadkowe. Oprócz żałobnych barw, które przybiera, motyl ten żywi się substancjami powstającymi na zgniłych organizmach.
Jako, że było lato, zgon nastąpił, ale odwracalny :)


Następne w kolejności - Sianki. Kiedyś był to wielki ośrodek sportów zimowych, łącznie z torem saneczkowym i skocznią narciarską, a teraz ... no cóż, już nie jest, delikatnie mówiąc. Tu ruiny dworu Stroińskich z zasypanym wejściem do piwnicy, co by nikt nie wchodził.


No i grobowiec hrabiostwa. Tak przy okazji. Wiecie, że w Polsce nie było takich tytułów? (tak wiem, że przewodniczącym ZSP jest hrabia, ale to też dla mnie kuriozalne ) Kto i za co nadał to tej rodzinie pozostawiam do spekulacji :)


W końcu źródło. Jest i ono. 


W drodze powrotnej spotkaliśmy straż graniczną, która za pomocą przyjacielskiej pogawędki, sprawdziła czy wszyscy mówimy po polsku. Widoki też niczego sobie.


I kolejna noc w Białym Hoteliku. Tym razem na obiad peas pudding.

Składniki:
- groch łuskany
- papryka wędzona


Wykonanie:
Groch moczymy i gotujemy. Suszymy np. w piekarniku i mielimy na pył. Dodajemy wędzonej papryki i innych ulubionych przypraw. Możemy to zabrać ze sobą wszędzie Kiedy potrzebujemy, zalewamy tylko wrzącą wodą.

Wieczorem relaks przy lokalnych trunkach. Tak oto czarny motyl przepowiedział przyszłość. Nie moją na szczęście :)


W drodze powrotnej jeszcze Sanok i wystawa poświęcona Beksińskiemu, o którym większość osób usłyszało najpierw przy okazji jego śmierci, a cała reszta przy okazji ubiegłorocznego filmu. Oto jego mądrości kulinarne, które wisiały w zrekonstruowanej pracowni.

A także "wagina pośród chmur" czyli słynny pomnik czynu rewolucyjnego w Rzeszowie. Nie wiem o jaką rewolucję chodzi, ale jak na niego patrzę to myślę, że seksualną :)


Reasumując. Jako, że Bieszczady sa specyficzne to i turystów jest coraz mniej, bo młodzież woli spędzać czas na smartfonach, a nie w dzikim terenie, a jak już jada w góry, to żeby było tam wi-fi, to wygrywa ekonomia i z bazami noclegowymi coraz gorzej. Łatwych asfaltowych szlaków gdzie można zaprezentować swój drogi sprzęt jak na wybiegu (vide -Morskie Oko) tez nie ma, wiec wszyscy zainteresowani takim czymś już odpadają. Miejsc na nowobogackie rozrywki (czytaj narciarstwo) brakuje, także poza sezonem ruch mniejszy. Z drugiej strony też nikt nic nie robi żeby  turystów było coraz więcej. Często można było spotkać rodziców, którzy chcieliby zarazić swoje dzieci zajawką na Bieszczady, ale co z tego skoro schroniska zlikwidowane. Dobrze, że są ładniejsze wiaty, tylko szkoda że jest na nich zakaz przebywania po zmroku. Nie wiem jak się to ma do ich funkcji ochronnej. Ogólnie panuje tam swoisty dualizm, bo z jednej strony nie chcemy turystów włóczykijów, bo nie zostawiają dutków, a z drugiej strony nie ma infrastruktury dla tych dutkowych. Na szczęście jest jeszcze sporo miejsc dzikich, które znam (np. Łupków) i do takich pewnie wybiorę się następnym razem, ale najpierw niech się lato skończy, bo góry latem to nie dla mnie. Teraz był wyjątek, żeby się lepiej na dworze spało :) Natomiast, ze względu na ilość przeróżnej zwierzyny, którą spotkałem, duży plus.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Jak bracia Grimm radzili radzić sobie z głodem czyli "Słodka Breja"

Każdy zna co najmniej kilka baśni braci Grimm. W takiej czy innej wersji. Nawet jeśli nie zdaje sobie do końca kto jest ich twórcą. Bajki takie, tak samo jak książki fabularne, mogą dać nam informację jak ludzie radzili sobie z głodem. Oczywiście bajki te poddawane zostawały sukcesywnej cenzurze, dlatego najlepiej sięgać do pierwotnej wersji. Oczywiście bajki to jednak bajki niemniej jednak dają nam pewne informacje jakie zachowania były praktykowane. Zważywszy, że bracia byli badaczami kultury germańskiej to nawet prawdopodobne ;)

Znacie pewnie bajkę Jaś i Małgosia? Czy zastanawialiście się kiedyś dlaczego dzieci zostały wyprowadzone do lasu? W oryginale oboje rodziców było oryginalnych, niemniej jednak nie mieli na tyle jedzenia żeby się nim dzielić i jednocześnie na tyle zimnej krwi żeby zabić dzieci, dlatego wysłali je do lasu w nadziei, ze natura sama załatwi sprawę, a oni będą mieli czyste ręce.

W Dzieciach czasu głodu już się nikt nie szczypał. Matka, jako, że ma pełne prawo dysponować swoim potomstwem wpadła na pomysł, ze je zje. Powód? Bieda i głód. Mam nadzieję, że nikt nie wykorzysta tego pomysłu w nadchodzących czasach :)

Abstrahując od sytuacji, w których z jednej strony ograniczamy ilość gąb do wykarmienia, przy jednoczesnym nasyceniu własnego żołądka pamiętajmy o tym, że czynnik ludzki może stanowić nieograniczone źródło pokarmu. Tak też poradzili sobie w Zbójeckim narzeczonym gdzie jedli złapane kobiety.

Inaczej rzecz się miała w przypadku arystokracji. Według braci Grimm, za każdym razem kiedy członek rodziny królewskiej został postawiony w ciężkiej sytuacji zarabiał jakimś uczciwym zajęciem. Tak było w Dwunastu braciach oraz Królu drozdobrodym. No bo jakżeby inaczej ;)

Były jednak optymistyczne akcenty. O ile można było je tak nazwać. Było to raczej podsycanie nadziei. Przykładem tego jest Słodka breja  czy  Słodka zupa jak to inaczej tłumaczono gdzie w beznadziejnej sytuacji pozostawała modlitwa. Oto jej krótka treść.

        Żyła sobie niegdyś uboga, pobożna dzieweczka, która mieszkała razem z matką, a obie nie miały już co jeść. Poszło więc dziecię do lasu, spotkało tam staruszkę, a ta znając nędzę dzieweczki podarowała jej garnuszek, do którego wystarczyło powiedzieć: "Gotuj, garnuszku!", a wnet zaczynała się w nim gotować wspaniała zupa jaglana, gdy zaś dzieweczka wołała: "Dosyć, garnuszku!" - garnuszek wnet przestawał gotować. Dziewczynka, uradowana, podziękowała staruszce i zaniosła garnuszek do domu. Odtąd skończyła się nędza matki i córki, mogły bowiem zawsze do woli najeść się słodkiej zupy jaglanej.
       Pewnego razu dzieweczka poszła w pole, matka zaś rzekła: "Gotuj, garnuszku!" i wnet garnuszek zaczął gotować zupę jaglaną. Wreszcie zupy było już dość, ale matka zapomniała slow, którymi można było powstrzymać garnuszek. Gotował wiec garnuszek dalej, a słodka zupa przelewała się za brzegi, i gotował ciągle, a tu już cała kuchnia pełna i cały dom, i drugi dom, i ulica, jakby garnuszek chciał cały świat nasycić. Nikt nie mógł go powstrzymać.
      Wreszcie gdy pozostał tylko jeden dom nie zalany, wróciła dziewczynka i rzekła tylko: "Dość, garnuszku!", a garnuszek wnet przestał gotować. Ale kto chciał się dostać do miasta, musiał przejść przez słodką zupę jaglaną

Baśnie braci Grimm przekład z 1982 roku przez Emilie Bielicką i Marcela Tarmowskiego

  Kasza jaglana, jak i brukiew przedstawiane były zawsze jako surowce niższego sortu, zarezerwowane dla biedaków. Do tego brukiew jest słodka, dlatego postanowiłem skomponować takie proste danie. Nie zapominajmy o tym, że marzenia były ograniczone wyobraźnią, a ta ilością znanych potraw. Dlatego też garnuszek nie rozdawał kawioru :)

Składniki:
- kasza jaglana
- brukiew


Wykonanie:
Właściwie to przepis jest jakby z epoki :) Brukiew kroimy w kostkę i wrzucamy do wrzącej wody. Dosypujemy kaszy jaglanej i gotujemy aż zmięknie, dolewając ewentualnie wody aby regulować jej gęstość. Doprawiamy ulubionymi przyprawami. Ja tam lubię :)

Kasza jaglana na słodko i słono



niedziela, 26 kwietnia 2015

Czy jedzenie może być bronią? - potrawka jaglana.

Popularność "Familiady" sugeruje, że każde wystąpienie należałoby zacząć od jakiegoś suchara. Tak też zacznę :)
W sądzie sędzia pyta:
- Więc oskarżona twierdzi, że rzuciła w męża pomidorami?
- Tak wysoki sądzie.
- To w takim razie dlaczego pani mąż ma wstrząs mózgu i rozbitą głowę?
- Bo pomidory były w puszce.

Czy jedzenie może być bronią? W 1974 amerykański polityk Henry Kissinger opracował raport, w którym dostrzegł, ze jedzenie może być doskonałym orężem walki politycznej. Spójrzmy na temat bardziej bezpośrednio.

Oprócz wojen na jedzenie, które zazwyczaj odbywają się wśród młodszej części społeczeństwa, albo bitwy na pomidory w hiszpańskim Buñol istnieją przypadki, w których bezpośrednie użycie jedzenia może być albo formą nacisku, wyrażeniem opinii albo najzwyczajniej w świecie być metodą zadawania obrażeń.
Z pierwszym przypadkiem stykamy się dość często podczas wątpliwej jakości przedstawień artystycznych w jeszcze mniej jakościowo miejscach. Międzynarodówka tortowa poszła o krok dalej i zaczęła wybierać poważniejsze cele, żeby demonstrować swoje niezadowolenie oraz wywrzeć wpływ na celu. Jedną z pierwszych znanych ofiar był Bill Gates. Chciano zaatakować Jana Pawła II, ale do ataku nie doszło. W tym wypadku ciastko z kremem byłoby ironią losu. Mniej szczęścia mieli już Leszek Balcerowicz czy Jerzy Buzek.
Jedzeniem można zadać poważne obrażenia. Zwłaszcza jeśli jest mocno zamrożone lub zamknięte w puszce. Umieszcza się coś takiego w mocnej torbie, np. ostatnio modnej ekologicznej torbie na zakup i traktuje jak korbacz. Można też coś lekko stunningować, np. włożyć porządnego gwoździa do ziemniaka. Ziemniakiem można rzucić lub nawet wystrzelić go z ziemniaczanego działa, które w bardzo łatwy sposób można wykonać z rur PCV.
Z racji tego, że memy ograniczoną odporność na temperatury i w przypadku bezpośredniego kontaktu z tymi większymi następuje uszkodzenie tkanek. Odpowiednio podgrzane i "podane" jedzenie to dość powszechna broń stosowana przez kilkaset lat.

Był sobie kiedyś taki ktoś jak Hrabia Peter Ernest III von Mansfeld. Był w Niemczech dowódcą protestantów, ale został pokonany przez katolików pod dowództwem Albrechta von Wallensteina. Wpadł na pomysł, że się przegrupuje, zbierze sojuszników z Węgier i się odgryzie. Nie wszystko jednak poszło po jego myśli i zmarł. Wojska jednak zostały i jak to na najemników przystało były, delikatnie mówiąc, nienasycone. W 1627 podeszły pod Gliwice, gdzie w krytycznym momencie miejscowe kobiety nawarzyły kaszy jaglanej i tak przygotowana strawa została wylana na wojsko wroga. Miasto się obroniło. Na część tego wydarzenia stoi pomnik.


Na pamiątkę tego wydarzenia stworzono także mural na budynku ZUS, jednak tam artyści dali się ponieść fantazji i zamiast kaszy jaglanej jest gorąca woda, która topi lód. Zapewne ma to symbolizować topniejące pieniądze :)

W każdym razie, jeśli ktoś chciałby ugotować sobie taką broń, to polecam moją potrawkę jaglaną. Zawsze warto ugotować doprawione danie, bo nigdy nie wiadomo do jakich celów zostanie użyte :)

Składniki:
- kasza jaglana
- marchewka
- koperek


Wykonanie:
Marchew obieramy, kroimy w kostkę i gotujemy. Kiedy zmięknie wyciągamy z wody. Dolewamy trochę wody i gotujemy w niej kaszę jaglaną do momentu aż będzie bardzo miękka czyli jakieś 40 minut. Mieszamy z wodą i dodajemy dużą ilość posiekanego koperku. W zależności od przeznaczenia regulujemy gęstość dania. Na wrogów wylewa się rzadszą, ale nie za bardzo, bo cała idea polega na tym, żeby się przykleiło.
Kasza jaglana, potrawa udana - I edycja