środa, 7 lutego 2018

Indiańskie pączko-chrusty czyli frybread Navajo - idealne na wyprawę

Jutro tłusty czwartek. Trochę zmieniona starosłowiańska tradycja w wyniku której żegnamy wiosnę. Zmieniona, bo wbrew temu co się próbuje nam wmówić, zima ma się całkiem dobrze.
W każdym razie tego dnia jedni jedni jedli kulki ciasta chlebowego, a drudzy okrągłe placki, które symbolizowały słońce, bo w końcu tego będzie wiosną więcej.
Przepis, który zaprezentuję jest połączeniem obu.
Żeby Was nie zanudzić, to wyjątkowo zacznę od przepisu, a później pokażę, gdzie miały, w moim przypadku zastosowanie :)
Przepis powstał dzięki Indianom Navaho, szerszej publiczności znani z tego, że w czasie wojny na Pacyfiku służyli jako szyfranci, gdyż Japończycy nie znali ich języka. Jak wielu natywnych mieszkańców zostali wyrzuceni ze swojej ziemi. Tam gdzie przyszli nie zdążyli jeszcze sobie wyhodować fasoli i warzyw, do których przywykli, ale dostali od wspaniałomyślnego rządu USA mąkę i zrobili takie chlebki, zasługując na tytuł prawdziwych kryzysowych kucharzy.
Obecnie dodaje się do nich proszku do pieczenia, którego, siłą rzeczy wtedy nie mieli :)
Normalnie robi się je ze zwykłej mąki, dzięki czemu są bardziej pofalowane i jaśniejsze, ale ja zrobiłem z pełnoziarnistej, bo ten ciemny kolor mi się podoba :) Wyglądają tak dobrze, że możecie wsadzić sobie je w bułkę i wciskać w pracy kit, że macie schabowego :)

Robi się je też z cukrem, a przepis eksa prosty :)

Składniki:
- mąka pełnoziarnista
- proszek do pieczenia (płaska łyżeczka na pół mąki)
- olej
- woda
- trochę soli


Wykonanie:
Do mąki dodajemy trochę oleju, soli, proszek do pieczenia i tyle wody, aby po ugnieceniu mieć ciasto które nie będzie lepić się do rąk. Formujemy owalne placki i smażymy na głębokim oleju.

Oprócz tego, że wspaniałomyślnie pozwolono mi je wnieść na pokład samolotu, gdzie w połączeniu z darmowym piwem komponowały się wyśmienicie, były także przydatne podczas wycieczki, którą odbyłem następnego dnia do Wąwozu Partnachklamm. 

Być tak blisko gór i nie skorzystać? Nie ma opcji!

Wycieczka zaczyna się w Garmisch-Partenkirchen. To takie jakby Zakopane, tylko, że leży bliżej gór:) Jest tam skocznia, której rekord pobił Adam Małysz. Rekord jest niemożliwy do pokonania, bo skocznie przebudowano :)


Potem dochodzimy do wąwozu, w którym idziemy wzdłuż płynącej rzeki. Jest dużo bardziej bezpiecznie niż w Słowackim Raju, o którym pisałem tutaj, gdyż idziemy wykutymi w ścianie tunelami.


Za to jest ciaśniej. Ten wąwóz prezentuje nieco inny poziom estetycznej rozrywki.


Nie ukrywam, że cieszę się iż właśnie o tej porze roku tam trafiłem :)



Wąwóz ma w najwyższym punkcie 80 m głębokości. To prawie tyle co 3 wieżowce :)


W Polsce mamy prawie samych Alpinistów, dlatego każdy szuka w górach czego innego. Ja w każdym razie szukam spokoju i takich widoków :) Takie mnie właśnie czekały na końcu trasy. Niestety dla mnie same szczyty są niedostępne, ale dla wspomnianych wyżej, jak najbardziej ;)


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza