Po wielu latach wybrałem się do Londynu. Miasto jest mi bliskie, bo kiedy tylko weszliśmy do UE i nastąpiła pierwsza fala migracji miałem okazję w nim mieszkać. Co prawda ja pojechałem ze studenckiego biura pracy na zbiory truskawek, ale niewątpliwie to zdarzenie wywarło ogromny wpływ na pracę na farmach. Specjalni wysłannicy jeździli po najbiedniejszych częściach Polski i przywozili stamtąd ludzi, którzy co prawda języka nie znali, ale byli skłonni robić dużo za funty i tym samym można było wymagać od nich większych norm i płacić mniej.
W tej sytuacji korzystając z wolności poruszania się, jaką dało mi świeże członkostwo w UE, postanowiłem porzucić pracę na farmie i wyjechałem do Londynu w poszukiwaniu szczęścia. Nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Londyn stał się doskonałym miejscem, gdzie można było uciec przed wyrokiem w Polsce (bardzo szybko staliśmy się najliczniejszą grupą obcokrajowców w więzieniach), ale niestety ci sami ludzie nieznający języka, którzy byli chętnie witani na farmach, tu zderzali się z brutalną rzeczywistością, bo bez języka nie potrafili ogarnąć niemal nic. Okolice dworca Victoria były zapełnione Polakami, którzy koczowali tam w prowizorycznych schronieniach, korzystając z ciepłych miesięcy roku. W pewnym momencie gmina chciała zasponsorować im powrót do domu, ale nie zawsze było do czego wracać. Czasami dłużej funkcjonujący rodacy wymyślali sobie sposób na biznes i wyciągali od nich ostatnie pieniądze za "załatwienie pracy". Kończyło się to tym, że ani pracy, ani pieniędzy.
Trzeba przyznać, że Londyn był dla mnie pierwszą tak długą podróżą zagraniczną, gdzie tak samo jak wielu moich rodaków, korzystałem z prawa skoterskiego. Skłoty zapewne kojarzą Wam się z różnymi subkulturami, ale w Londynie był to polski sport narodowy. Jak tylko wyczajono, że można zajmować pustostany to stało się to powszechne wśród nowej fali migracji.
Tak, to był Londyn, w którym mieszkałem i pracowałem. Po tylu latach wygląda zupełnie inaczej. Stał się bezpieczniejszym miejscem, jeśli chodzi o najcięższe przestępstwa, ale więcej w nim kradzieży - to drugie akurat w całej Europie. Nawet moje ulubione autobusy z rurą, które pozwalały mi na wysiadanie w trakcie jazdy i przesiadanie się do innego na czerwonych światłach, są teraz raczej ciekawostką turystyczną.
Po co pojechałem? Bo w Science Museum była specjalna wystawa z okazji 60-lecia uniwersum Star Trek i takiej okazji nie mogłem odpuścić :D
Co się na szczęście nie zmieniło, to że muzea są za darmo. Dzięki temu, za jednym zamachem, mozecie zwiedzić trzy sąsiadujące ze sobą gmachy. Wspomniane Science Museum.
Niesamowite, nawet tylko z powodu samego budynku, w którym się znajduje Natural History Museum.
A także Victoria and Albert Museum, czyli muzeum rzemiosła artystycznego i designu.
Korzystając z okazji postanowiłem zwiedzić też Muzeum Royal Air Force, które nie robi wrażenia dopóty, dopóki nie staniecie blisko samolotów w nim umieszczonych. Zwłaszcza bombowców, które są ogromne. Niestety eksponat, z którym zrobiłem sobie kiedyś zdjęcie wykorzystując jedną z 36 klatek turystycznego aparatu, czyli Messerschmidt Me-262 został przeniesiony do innego muzeum, ale B-17 w wersji G, czyli z wieżyczką na dole, dalej tam stoi :)
Nie mogło się obyć bez Imperial War Museum. Do tego muzeum mam słabość, bo miałem ja koło domu, wiec bywałem tam bardzo często, cały czas odkrywając coś nowego. Dumą tego muzeum, przynajmniej w rozumieniu fanów sprzętu z II Wojny Światowej, był jeden z niewielu egzemplarzy niszczyciela czołgów Jagdpanther. Niestety, o ile konwencja podziału na piętra pozostała (I poziom - I WŚ, II poziom - II WŚ, III poziom - konflikty współczesne), o tyle ekspozycja w hali głównej została uszczuplona i mój ulubiony eksponat wylądował w magazynie. Za to plus za wsadzenie innego eksponatu na dioramę okopu z I Wojny Światowej.
No ale Londyn to nie tylko muzea. Chyba najsłynniejsze turystycznie miejsca to Camden i Soho.
Może trudno w to uwierzyć, ale podczas mojego wielomiesięcznego pobytu w Londynie, na Camden byłem tylko raz i nie spodobała mi się ta komercja podszyta alternatywną otoczką. Odczucia miałem trochę takie jak pisałem kiedyś o Vama Vece :) Ale kolorowo tam jest, to trzeba przyznać :)
Soho akurat nie można pominąć, bo jest w samym sercu Londynu plus jego najbardziej malownicza część, China Town, choć są tam nie tylko chińskie przybytki, ale też z innych części Azji, natomiast dla Europejczyka, wszyscy to Chińczycy :)
No i oczywiście słynne Picadellky Circuss. Znak czasu oznacza, że już nie ma jednej reklamy TDK, tylko zmieniający się obraz.
W centrum znalazły się również ciekawe oznaczenia sygnalizacji świetlne
Oczywiście musiałem zobaczyć słynną rzeźbę Banksy'ego, czyli człowieka, którego flaga tak go oślepia, że leci ku przepaści.
Może w to też ciężko uwierzyć, ale mimo, że codziennie jechałem koło Big Bena, to pierwszy raz podszedłem pod samą wieżę, czyli to na drugim brzegu, gdzie jest pełno pozujących turystów :)
Ślady wojny są tam w wielu miejscach. Tu pomnik kobiet, które pracowały podczas nieobecności mężczyzn, a także ginęły podczas nalotów.
Gdziekolwiek widzicie wieńce z makami, to zawsze jest symbol ofiar wojny.
Możecie się również wkręcić w grę terenową i szukać kilkunastu rzeźb lwów i lwic.
Oraz misia Paddingtona, który kilka lat temu przeszedł swój renesans.
Anglicy są bardzo poukładani i wiele rzeczy wynika tam z tradycji. Nie wgłębiałem się, ale podejrzewam, że dlatego muzycy w metrze mają wydzielone specjalne przestrzenie.
Mimo, że ta historia autorstwa J. K. Rowling o molestowanym chłopcu, który siedzi zamknięty pod schodami i w wyniku dysocjacji wykreował sobie świat czarodziejów, była już znana, kiedy byłem ostatnio, ale od tego czasu, głownie dzięki ekranizacjom stała się na tyle znana, że na książkowym dworcu powstała instalacja, do której jest kolejka turystów.
Przepis, który zapodam jest z wydanej przez Imperial War Museum książki pt. Victory in the Kitchen Wartime Recipes.
Składniki:
- ziemniaki
- parówki
- parówki
Wykonanie:
W ziemniakach robimy dziury. W książce jest mowa o drylownicy do jabłek, ale ja wydrążyłem nożem.
Wkładamy parówkę i pieczemy.
Miałem gdzieś kalarepę, która również miała uznanie podczas wojny, dlatego uznałem za stosowne podać danie z sosem z tej bulwy.
Miałem gdzieś kalarepę, która również miała uznanie podczas wojny, dlatego uznałem za stosowne podać danie z sosem z tej bulwy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz