sobota, 29 września 2018

Przekąska do kina czyli maca z maroru ala pizza

Człowiek jako istota stadna ma ogromną potrzebę uczestniczenia w wydarzeniach masowych, tak i ja postanowiłem się wybrać na premierę nowego filmu Wojtka Smarzowskiego. Jako, że widziałem jego poprzednie filmy, gdzie nawet pomimo moich wielkich obaw mnie nie zawiódł, jak w przypadku Wołynia, tak i tym razem nie spodziewałem się spadku formy. Atmosfera na długo przed upublicznieniem obrazu podkręcana była zarówno przez gorących zwolenników jak i przeciwników. Niektóre środowiska zapowiedziały nawet blokadę. Przychodząc pod kino, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że sporo osób właśnie na tą blokadę liczyło :) Cała ta otoczka mogła widza wprowadzić w pułapkę, gdzie można było łatwo zapomnieć, żeby skupić się na walorach artystycznych. Natomiast mądry widz, nie zobaczył w tym filmie nic czego wcześniej nie dowiedziałby się na lekcjach historii itp., więc, szczerze powiedziawszy, nie wiem o co całe halo :)
Scenariusz dopracowany. Wszystko na samym końcu tak się zazębia, że widać, że nie było pisane na kolanie w helikopterze do Wenecji - IYNWIM :) Początkowo jest nawet zabawnie, powiedziałbym nawet typowo po polsku, gdzie powstają kultowe teksty, cytowane później przy byle okazji, np. o tajemnicy wiary lub o karmazynie. Potem już jest poważnie, a na samym końcu nawet depresyjnie, czyli w znanym już z poprzednich filmów stylu. Muzyka, a raczej dźwięki dobijają nas kompletnie. Za żarty w stylu "co łaska, ale dają tyle", złośliwi porównują do twórczości Vegi, ale po pierwsze tu jest, o czym wspomniałem, dopracowany scenariusz. Po drugie, historie z filmów to nie miejskie legendy, tylko oparte na faktach. Po trzecie, już zupełnie abstrahując, ten tekst to nie żart, bo osobiście takowy słyszałem :) Jedyne co mnie irytowało, to te nagrania amatorską kamerą, które miały dodać realizmu, a wyszły słabo. Żeby było optymistycznie, ale tylko trochę, to w filmie są też dobrzy księża, ale ... zobaczycie sami.

Danie, które przygotowałem wybrałem nieprzypadkowo. Jest ono zainspirowane daniami, które jada się na święto paschy. Co to ma wspólnego z filmem? Otóż kultura judaistyczna, z której pochodzi to święto, dała początek dwóm największym religiom na świecie czyli chrześcijaństwu i islamowi (wszystkie czerpią ze starego testamentu), a sama maca, jest niejako przodkiem hostii. Moją macę postanowiłem podać z maroru czyli ziołami, przy czym do końca nie wiadomo jakimi, także pozostawia to duże pole do popisu. Pójście w stronę pizzy, jest wręcz idealne do filmu. 
Co prawda mojej babci powiedzieli w szkole, że prawdziwa maca jest z krwią niemowlaka i ona wierzy, ze to prawda, co było dla mnie zabawne do momentu, aż zobaczyłem, ze niektórzy moi znajomi z pracy dalej wierzą w podobne rzeczy na temat innych kultur, ale nie mam na to potwierdzonych źródeł i w mojej nie będzie :)

Składniki:

- mąka
- olej
- woda
- sól
- oregano


Wykonanie:
Do mąki dodajemy trochę oleju, wody, oregano i soli i ugniatamy ciasto. Regulujemy konsystencję wodą lub mąką, tak aby uzyskać ciasto, które nie będzie przylepiało się nam do rąk. Rozwałkowujemy na płaski placek i kroimy na kawałki jak pizzę. To ma nie tylko zabieg estetyczny, ale lepiej się piecze.
Metalową patelnię, bez żadnych sztucznych powłok, rozgrzewamy (bez oleju) i przypiekamy z obu stron. Jak macie blachę na kuchni węglowej to jeszcze lepiej :)

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza