Korzystając z promocji w PLL, a także dobry kurs Yena wybrałem się do tzw. Kraju Kwitnącej Wiśni. Piszę "tzw.", bo akurat jak byłem to wiśnie już nie kwitły. Hermetyczność Japonii rozsławiło jej specyficzną kuchnię, z czego ci bogatsi znają bardziej sushi, a ci biedniejsi ramen, zwane u nas "zupką chińską", co nie jest jakimś błędem, bo co prawda Japonia hermetyczne była, ale wpływy kuchni chińskiej są wyraźne.
Oczywiście miałem jakieś wyobrażenia o tym kraju, czy to z filmów, czy to z materiałów promocyjnych rządu Japońskiego, więc oprócz doznań kulinarnych nie omieszkam się podzielić z Wami tym, jak brutalnie się z nimi zderzyłem.
Na pierwszy ogień poszła Osaka. Niegdyś centrum rozwoju Japonii, obecnie jeśli miałbym jednym zdaniem określić jak wygląda to miasto, to jest to cyberpunkowa dystopia. Z jednej strony neony, kolorowe świecące reklamy i przebodźcowanie.
słynna reklama Gliko Man
i szyldy w kształcie zwierząt z morza.
Z drugiej strony slumsy, zajęte pustostany i ludzie handlujący rzeczami ze śmietnika.





Dzielnica szczyci się tym, że była jedynym miejscem w Japonii, gdzie doszło do zamieszek. I to nie byle jakich, bo na kilkanaście tysięcy ludzi.
Geneza była taka, że Osaka mocno się rozwijała i ciągnęli tu ludzie do pracy, zgodnie z japońską zasadą, że skoro jest tyle korporacji, to każdy w Japonii może mieć pracę. Aby poprawić pozycję negocjacyjną korporacji, postanowiono sprekaryzować wszystkie zawody, ale głównie dotkliwie odczuli to ci najniżsi, gdzie postanowiono skorzystać z agencji pracy tymczasowej prowadzonych przez Yakuzę. Nie trzeba nikomu chyba mówić jak jakuza traktuje ludzi. Niestety nie można było się pożalić policji, bo ta współpracowała z Yakuzą. Efekt był taki, że doszło do ogromnych zamieszek zakończonych m.in. spalonym dworcem i szturmem na komisariat. Generalnie po jednej stronie byli robotnicy i organizacje studenckie, a po drugiej Yakuza, policja i ostatecznie nawet Japońskie Siły Samoobrony. Można powiedzieć, że Osaka wygląda tak, jak za jakiś czas będzie wyglądał cały świat.
Natomiast największą atrakcją turystyczną Osaki jest zamek. Jak to zwykle z zamkami bywa, ładniejszy z zewnątrz niż w środku :)
No i rzecz jasna, pomnik 47 roninów. Świat usłyszał o tej historii przy okazji filmu "Ronin", a jakby to kogoś ominęło, to jeszcze był popularny film "47 Roninów".

Natomiast moja ulubiona atrakcja, to buddyjska świątynia, do której można wejść za darmo, a to akurat nietypowe jak na świątynie buddyjskie (buddyjscy duchowni to zarabiający na swojej funkcji uprzywilejowani urzędnicy), gdzie w ramach radzenia sobie z niewystarczającą iloscią miejsca na cmentarzu, tworzono posągi Buddy z kości ludzkich.
Z Osaki jest blisko do Hiroszimy. I choć naloty na Tokio w marcu 1945 było znacznie gorsze jeśli chodzi o zniszczenia, to jednak Hiroszima stała się symbolem okrucieństwa, z uwagi na użycie całkiem nowej broni - bomby atomowej.
Tak, wiem, że to Japończycy rozpoczęli według niektórych kryteriów II Wojnę Światową, a ich jednostka 731 robiła większe okropieństwa niż Mengele, ale Hiroszima była tylko zwykłym poligonem dla nowej broni pod płaszczykiem bomby. Takim trochę pokazem siły dla reszty świata.
Najwięcej atrakcji jest w około jedynego budynku, który przetrwał wybuch bomby, pewnie dlatego, że zbudowany zgodnie z technologią europejską.
Abstrahując od faktu, ze 150 m dalej znajduje się średnio oznaczone miejsce, gdzie spadła bomba
To po drugiej stronie rzeki macie wszystkie memoriały, tablice i muzeum.
Z Hiroszimy z kolei jest blisko na wyspę Mijayima, gdzie znajduje się najsłynniejsza brama Torii, na świecie. Generalnie pro tip. Jeśli nie ma przypływu, to nie warto płacić za wstęp na pomost, tylko omińcie ten kompleks i zróbcie sobie fotę stojąc w wodzie. Zapewniam Was, że wyjdzie ładniej. Kompleks w przypadku odpływu jest tylko zwykłym pomostem w błocie :)
Kolejną znaną atrakcją jest park Nara, gdzie szwendają się oswojone jelenie dybowskiego. Na dole możecie nawet kupić specjalne krakersy, które te zwierzaki uwielbiają i nie odczepią się od Was, dopóki nie oddacie ostatniego. Natomiast moim zdaniem to co najlepsze jest u góry, czyli jeśli zadacie sobie choć trochę trudu, żeby iść łagodną trasą górską.
Tam też spotkacie jelenie, choć mniej, ale w znacznie lepszym krajobrazie.
To co najlepsze to świetna trasa przez las.
I co jakiś czas szintoistyczne świątynie.
Kolejne na mojej liście Kioto, to już zupełnie inny klimat. Przypominało mi trochę takie japońskie Sarajewo z piękną starówką, targowiskiem i wieloma atrakcjami na wzgórzach.
Na targu możecie kupić chyba wszystko co można zjeść, nawet wróble na patyku.
Natomiast Kioto słynie też z dwóch cukierni, które mają kilkaset lat.
W pierwszej sprzedawane są cukierki z prosa, które wg legendy duch kobiety kupował swojemu żyjącemu jeszcze dziecku.
Druga to jedna z niewielu cukierni, która mogła dostarczać słodycze cesarzowi. Tam sprzedają tzw. jadalne kadzidła, czyli sakiewki z kruchego ciasta z pastą z fasoli i odrobiną kadzidła.
Oczywiście najsłynniejszymi atrakcjami jest Świątynia Tysiąca Bram, którą polecam zwiedzać w nocy, zwłaszcza, że świątynia jest przepięknie oświetlona, a w dzień będzie tam mnóstwo ludzi.
a także bambusowy las. Tam nie idźcie główną trasą tylko w prawo, jak zobaczycie przejazd kolejowy.
Tam kierujcie się pod górę do świątyni z posągami pokrytymi mchem.
Blisko starówki, też możecie się lekko powspinać, ale zapewniam, że jest warto, bo możecie zwiedzić piękny górski kompleks świątynny z tarasem i pięknymi widokami.
Po drugiej stronie miasta, jest największy ogród Zen, który warto zobaczyć, jak i teren dookoła, a nawet zjeść obiad w świątyni.
Po wyjściu możecie zwiedzić handlową uliczkę z demonami.
Świątyń w Kioto jest akurat sporo.
Shintoizm w Japonii, oprócz budowania pozycji cesarza jako boga, a Japończyków jako narodu wybranego przez bogów, ma jeszcze tą właściwość, że mają bóstwa od wszystkiego. Tu świątynia dzików.
I koniecznie jakiś tofu shop, bo Kioto słynie z najlepszego tofu. Najlepiej taki, gdzie sprzedają gofry z tofu.
Nie zapomnijcie odwiedzić kopiec z tysiącami koreańskich uszu i nosów, które Japończycy przywozili jako trofea wojenne.
Generalnie starówka piękna, ale teren przy rzece bardzo turystyczny niczym kurort bałkański. Natomiast tam bym mógł pojechać raz jeszcze.
Największe na koniec - Tokio. Wielki moloch, który z daleka wygląda jak Night City.
Oczywiście dzielnica, gdzie możecie zaopatrzyć się w elektronikę, czyli Akihabara Electric Town. Wszędzie są świecące reklamy, ale tam więcej :)
Oczywiście jednym z symboli Japonii jest Godzilla, czyli uosobienie ataku atomowego, która ma tak niszczycielską siłę jak bomba, a jej skóra wygląda jak popalone skóry ofiar. Doczekała się specjalnego pomnika.
Ale to nie jedyny film, który ma swój pomnik :)
Natomiast niedaleko Godzilli jest ulica znana z wielu japońskich filmów, ale głównie z tego, że jest powiązana z Yakuzą.
Tam znajdziecie wiele miejsc wszelakiej rozrywki, począwszy od tzw. kabin relaksacyjnych. Do innych mogą Was zaprowadzić stojące naganiaczki. Do tego jest tam pełno czarnoskórych dilerów. Jeśli miałbym zgadywać, to nie mają oni tam na tyle silnej pozycji, żeby założyć własne struktury i podejrzewam, że pracują dla lokalsów, żeby sprzedawać dragi Gaijinom.
Tak, Moi Drodzy, z jednej strony Japonia szczyci się tym, że jest jednym z najbezpieczniejszych krajów (między innymi dlatego, że stosują wielodniowy areszt wydobywczy, mając 90% przyznań się do winy:) ), ale jest też przykładem tego, co widzieliśmy również przy okazji wyspy Epsteina, czyli, że demokracja przegrała i w systemie, gdzie wszyscy powinni być równi względem prawa, bogaci są ponad prawem. Wielcy gracze jak Yakuza działają oficjalnie, mając swoje biura i strony internetowe.
Gdzie możecie to zobaczyć? Teoretycznie w Japonii jest 10 lat pudła za handel podróbkami, a jednocześnie w wielkich sklepach, czy to z drogą odzieżą, czy elektroniką, macie całe masy podróbek. Od popularnych marek odzieży, po ekskluzywne zegarki.
Bardzo często zdarzają się "Lumpeksy" z używanymi ekskluzywnymi torebkami. Czy te na zdjęciu to podróby, czy jak to mówi ładnie młodzież, repliki? Oceńcie sami, ja się na torebkach nie znam. Ciuchy marek, które dobrze znam nimi były.
Główna świątynia i centralne miejsce turystyczne znajduje się w dzielnicy Asakusa. Tam będziecie mieli również widok na najwyższą wieżę świata, a także zobaczycie największe sandały :)
Dość charakterystyczne dla świątyń są wróżby. W tej konkretnej płacicie drobną opłatę, zadajecie pytanie, losujecie patyczek z puszki i wyciągacie wróżbę z szuflady z odpowiednim numerem.
Jeśli wróżba Wam się nie spodoba, to aby się nie spełniła, wieszacie ją na specjalnym wieszaku :)
Oczywiście dla mnie, najlepszą porą na zwiedzanie Tokio była noc, co nie było specjalnie trudne, bo zaczynała się o 19, jak za dziecka, czyli po "Dobranocce" :)
Oczywiście, Japonia znana jest z tego "wyzwolenia seksualnego", ale inaczej rozumianego. Tak, to prawda, że można kupić używane majtki, ale nie tylko majtki, bo nawet zwykłe damskie sweterki, jak na zdjęciu.
Przy czym to wyzwolenie jest trochę inaczej rozumiane. Tam jest ogromna wstrzemięźliwość seksualna, czy to z powodu pracy, braku umiejętności zawierania relacji, czy warunków ekonomicznych, czy w końcu kultury. Jako Gaijin też nie jesteście zbyt atrakcyjni, bo rasizm w Japonii, pielęgnowany od kilkuset lat ma się całkiem dobrze i nawet część prostytutek obsługuje tylko Japończyków. Chodzi o to, że nie ma tam tabu. Oczywiście pozostają niezrealizowane potrzeby więc jest skala molestowania w metrze, co powoduje powstaniem wagonów tylko dla kobiet.
Jeśli już o metrze mowa, to wyższy level rajdów na orientację. Prawdopodobnie jesteście przyzwyczajeni do systemu europejskiego lub takiego jak jest w Pekinie, gdzie poruszając się po podziemnym kompleksie i zmieniając piętra, przechodzicie na inne linie. Tam stacje metra to wielkie podziemne galerie handlowe, a przejście do innej linii wymaga wyjścia na powierzchnię i przejścia do innego budynku. Wejścia do metra nie zawsze są oznaczone wielkimi szyldami. Czasem są małymi w budynku, a czasem w środku marketu. Mimo, że oznaczają jak mogą w tej sytuacji, to ja nie znalazłem stacji aż dwa razy. Poza tym, że google mówiło, ze jest pode mną :)
Jeśli o gastronomii mowa, to najlepsza jest w małych uliczkach np. tej zwanej aleją moczu :)
I teraz, pewnie słyszeliście nie raz, jak to Japończycy umierają z przepracowania, a co za tym idzie knajpy będą czynne od rana do rana. System jest zbliżony do hiszpańskiego. Od przedpołudnia do lunchu, potem przerwa do 17-18, a potem gdzieś do 20-21. Lokale będą małe, więc jest kolejka. Tu sobie poszperajcie w sieci gdzie lokal jest fast foodem, nie mylić z junk food, a gdzie przy tak małych gabarytach udaje restaurację, bo się nie doczekacie. Przez pierwsze dwa dni odbiłem się od knajp.
Co mnie jeszcze zaskoczyło? Krojenie turystów. Niemal zawsze rachunek się nie zgadzał, chyba, że w knajpach dla miejscowych. Bardzo często cena jest podawana bez podatku, także przy kasie macie zdziwienie, że Wam doliczają 10%. Są niby zakupy TAX FREE, jak pokażecie naklejkę w paszporcie, ale okazuje się, ze od pewnej kwoty, a np. niektóre towary są z nich wyłączone. Powiem szczerze, jak na tak uporządkowane społeczeństwo, to jestem w szoku skalą krojenia.
Danie, które Wam zaprezentuję miałem okazję skosztować i jest to japońska idea bieda kuchni zero waste. Dwa główne składniki to to, co każdy Japończyk ma zawsze w domu, a reszta wedle uznania.
Składniki:
- zielona herbata
- ryż
- dodatki smakowe
Wykonanie:
Ryż gotujemy wg przepisu na opakowaniu.
Przygotowujemy mocną zieloną herbatę.
Do herbaty możemy dodać jakieś przyprawy lub zrobić z niej bulion, którym potem zalewamy ryż.
Wskazane inne dodatki, co akurat macie w lodówce lub na półce, ale Japończycy lubią wysuszone przetwory sojowe, jak nasze kotlety lub granulat.