czwartek, 21 października 2021

Ziemniaki O'Brien

Danie wymyślone na początku XX wieku w USA, na cześć Williama Smitha O'Briena.
Kim był ten O'Brien?

To był taki Irlandczyk, który w 1848 wzniecił małe powstanie przeciwko Anglikom, za co mieli go poćwiartować zupełnie jak warzywa na to danie, ale ostatecznie zmienili mu karę na zesłanie do Australii, która była wtedy kolonią karną. Żeby lepiej zrozumieć temat samych Irlandczyków w Australii polecam obejrzeć film Ned Kelly, ale nie ten kinowy hit z Heathem Ledgerem tylko tą wersję z 1970 z Mickiem Jaggerem w roli tytułowej. O'Brien miał też epizod polski, bo po ułaskawieniu, podczas powstania styczniowego odwiedził Polskę i po powrocie do kraju zaangażował się w sprawę polskiej niepodległości. Najwyraźniej dostrzegając wiele podobieństw pomiędzy Polakami, a Irlandczykami.
Ale dlaczego wzniecił powstanie i dlaczego to takie ciekawe z punktu widzenia tego bloga?
Oprócz sprawy naturalnej, jaką był (jest) zabór Angielski na irlandzkich ziemiach, bezpośrednią przyczyną była postawa Anglii względem Irlandczyków podczas wielkiego głodu, co doprowadziło do śmierci  prawie 1/3 populacji.
O co chodziło z głodem i jaka była w tym wina Anglii?
Od początku. Zacznijmy od tego, że na terenie Irlandii, po tym jak zostali podbici przez Anglików obowiązywał szereg praw, które mocno dyskryminował ludność lokalną. Właściwie kryterium nie było narodowościowe, a wyznaniowe, no ale w sumie na jedno wychodziło. Efektem tego Irlandia była mocno zacofana, a rolnictwo niesamowicie rozdrobnione. Poza wielkimi posiadaczami ziemskimi. Jako, że przeciętny chłop miał mało ziemi musiał na niej hodować to, co było najbardziej wydajne. Wybór padł na ziemniaki. Jakoś to działało, ale w połowie XIX wieku przyszła zaraza ziemniaka i plony były dużo mniejsze. Zasadniczo jedzenie w obrębie kraju było, ale zboża były głównie w posiadaniu wielkich właścicieli ziemskich, a jako, że eksport do Anglii następował na bardzo preferencyjnych zasadach, sprzedawali je oni właśnie tam. Dodatkowo import był obwarowany bardzo wysokimi opłatami, dzięki czemu nie można było np. sprowadzić kukurydzy. Anglicy z jednej strony chcieli pomóc Irlandczykom, bo w końcu była to ich kolonia, ale z drugiej strony uważali, że jest ich tam za dużo. Zasłaniali się trochę tym, że to Irlandczycy mają pomóc Irlandczykom zamiast sprzedawać zboże do Anglii i w związku z tym to nie ich wina. 
No to dlaczego O'Brien obwinił Anglików? 
Głównie dlatego, że pośrednio za pomocą prawa, to właśnie oni byli odpowiedzialni za obecną sytuację, a przysłowiową wisienką na torcie, wyjaśniającą dobitnie intencje Anglików było zupełnie inne podejście do wielkiego głodu w Szkocji.

W każdym razie Tony Blair po latach przeprosił, a sam O'Brien doczekał się pomnika :)

Składniki:
- ziemniaki
- papryka
- cebula

Wykonanie:
Zasadniczo jest to danie smażone, ale ja upiekłem.
Ziemniaki obrać pokroić na kawałki. Cebulę obrać, pokroić w półplasterki. Paprykę pokroić w kawałki. Wymieszać i wsadzić do brytfanki lub jakiegoś zamykanego naczynia, które potem można umieścić w nagrzanym piekarniku. Piekarnik standardowo na jakieś 180 stopni Celsjusza. Czas jakieś 40 minut.

środa, 13 października 2021

Szarpana sparasina

Zdjęcie jeszcze z wyjazdu, dlatego bardziej partyzancka stylówa. W każdym razie znalazłem bardzo smaczny grzyb, którym od kilku lat możemy się cieszyć (wcześniej był pod ochroną), który się nazywa siedzuń sosnowy, nazwa łacińska Sparassis crispa. Można zrobić z niego wiele rzeczy, ale samo ugotowanie go, a nawet przygotowanie go z sosem byłoby nudne, dlatego wymyśliłem takie coś, do czego ten grzyb idealnie się nadaje z uwagi na jego specyficzny wygląd. Postanowiłem poszarpać go na kawałki i przygotować coś na kształt szarpanej wieprzowiny z tym, że posiłkując się jego łacińskim mianem, nazwać to "sparasina" :)

Składniki:

- siedzuń sosnowy
- przyprawa gyros
- bułka
- cebula


Grzyba dobrze czyścimy i gotujemy. Możemy pokroić go na mniejsze kawałki do czyszczenia, bo ostatecznie i tak go podzielimy na małe strzępki.
Rwiemy na małe kawałki i podsmażamy chwilę z przyprawą do gyrosa.
Wkładamy do bułki razem z podsmażoną cebulą, ewentualnie jakąś zieleniną i sosami.

środa, 6 października 2021

Bułka z "serem" pasztetowym i polska Bawaria

Kotlina Kłodzka, a ściślej rzecz biorąc rejony Międzygórza są określane mianem Polskiej Bawarii. Niewątpliwie wpływ na to ma wyjątkowo niepolska architektura, przypominająca tą z małych alpejskich miasteczek, która znajduje się w urokliwym otoczeniu gór. Co prawda nie tak wysokich jak Alpy, ale jednak. 



Kolejne, nowo powstałe elementy krajobrazu podtrzymują to miano.


Wiadomo, że jak Bawaria, to i góry. Niedaleko znajduje się najwyższy szczyt Sudetów Wschodnich, należący również do Korony Gór Polski - Śnieżnik.

Droga jest bardzo prosta. Od Międzygórza prowadzi tam szlak czerwony i tu mała uwaga. Jak dojdziecie do parkingu to zamiast szlaku wybierzcie trasę alternatywną po prawej stronie rzeki przez las, która w końcu zejdzie się ze szlakiem czerwonym, zamiast czerwonego, który prowadzi leśną drogą, po której co chwila jeżdżą samochody, a jak wiadomo, właścicieli terenowych aut nie powstrzymują znaki zakazu. Jedyne co ich może zatrzymać, to wariat zakładający pułapki :)
Potem do szczytu czerwonym, aż do schroniska, które ma całkiem dobre piwo. Teoretycznie lokalne, ale w praktyce produkcja jego jest zlecana w Nysie. Najbardziej zastanawiająca w schronisku jest pozycja - dania półmięsne :D
Potem przysłowiowym "zielonym do góry". Jako, że trwają prace renowacyjne na szczycie możecie spotkać maszyny budowlane. Kiedy ja to spotkałem na swojej drodze poczułem się jak główna bohaterka filmu Labirynt z 1986 - scena z czyścicielami tunelów :)


Za szczytu podobno jest ładny widok, niestety mi pozostało bujać w obłokach :)


Na samym szczycie była kiedyś kamienna wieża. Obecnie trwa jej renowacja. Właściwie ciężko powiedzieć jak ona będzie później wyglądać, gdyż bardzo często praktyką w Polsce, zwłaszcza w przypadku przetargów na renowacje, jest pokazywanie innego projektu niż ten, który ma się faktycznie plan wykonać :) Póki co wygląda tak.


Do schroniska wracacie tą samą drogą, ale od schroniska, żeby nie było nudno, wymyśliłem powrót trasą niebieską, który niestety okazał się nudny i przewidywalny jak przemówienie prezesa o kondycji firmy. 
Z trasy widać szczyty, na które można się wybrać idąc z Międzygórza w drugą stronę, w tym słynny kościół, który radzę omijać, bo możecie tam oberwać od narwanego proboszcza z paralizatora, a jak złożycie na niego skargę to sam minister oskarży Was o obrazę uczuć :)


Skoro jesteście tak blisko to koniecznie zobaczcie jedno z ładniejszych architektonicznie miast w Polsce - Bystrzycę Kłodzką i jej średniowieczny układ z ciasnymi uliczkami i murami.



Największą atrakcją jest tu muzeum filumenistyczne. Niestety atrakcyjne również dla wczesnoszkolnych wycieczek. Choć oprócz tego,, że głośno było też zabawnie, kiedy pani zapytała po co ogień, a odpowiedź padła - "do palenia na stosie" :)


A także Kłodzko, czyli taka trochę większa wersja powyższego :)
A w nim elementy ludowej propagandy na murach katedry :) Zastanawia mnie dlaczego akurat tam :)

 
A także nieco poważniejszej na sklepie z artykułami katedralnymi :)


Czym byłaby Bawaria bez swojego bajkowego zamku. Wobec powszechnej w owym czasie mody na średniowiecze, tak jak w Neuschwanstein, tak w Kamieniu Ząbkowickim wybudowano zamek, którym miał przypominać stylem te średniowieczne. Ten akurat zbudowała Marianna Orańska, która zasłynęła tym, że mocno uprzemysłowiła region i zbudowała sieć dróg. Ponad to, stwierdziła, że jej mąż, brat cesarza Prus jest dla niej za głupi, a ponad to nie podobały się jej jego zdrady, więc go zostawiła. Jako, że przy okazji stwierdziła, że stajenny jest bardziej wartościowym człowiekiem od brata cesarza, szwagier zabronił jej przebywania w Prusach dłużej niż dzień. Dlatego żeby korzystać z tego pałacu musiała mieszkać na stałe po austrowęgierskiej stronie granicy.


Trochę dalej jest miasto Ząbkowice Śląskie. Miasto miało potencjał, ale poprowadzono przez nie główne drogi i obecnie nie wygląda ładnie, ale ... jest tam lokalny browar oraz z miastem wiąże się ciekawa historia, bo do 1945 roku nazywało się Frankenstein. To właśnie stamtąd Mary Shelley wzięła inspirację do swojej książki. 
Na początku XVII wieku była tam epidemia dżumy. Jako, że grabarz nie nadążał z chowaniem ciał wynajął jedyne osoby, które chciały się nająć czyli bandę oprychów, do pomocy. Często był tu dobry interes, bo w przypadku śmierci całej rodziny dzielili się majątkiem. W każdym razie zostali oskarżeni, że podkładają za pomocą specjalnej pomady bakterie dżumy, żeby było więcej ofiar i po pokazowym procesie, w równie pokazowy sposób zostali spaleni, a nawet nie tyle spaleni co upieczeni. 
Przez ponad 100 lat historia tak ewoluowała, że w wersji, która dotarła do Shelley, pomocnicy zostali oskarżeni o sprzedawanie komuś kawałków ciał. Tak też powstała książka. Jest temu poświęcone małe muzeum. Lekko kiczowate, ale dla celów edukacyjnych warto.


Koniecznie wybierzcie się na Góry Stołowe, czyli przy stosunkowo niewielkim wysiłku będziecie mieli okazję zwiedzić mocno skaliste formy. Oczywiście możecie iść na flagowce, czyli Błędne Skały, albo Szczeliniec, ale tam idzie każdy :) 
Polecam Wam trasę, która wydaje się krótka, ale spędzicie tam sporo czasu i będziecie mieli te same atrakcje co na wyżej wspomnianych, za to za darmo. Chodzi o Narożnik. Potem polecam podejść kawałek do Fortu Karola - zaznaczony kółkiem.
Jak wolicie chodzić niż podziwiać, to trasę możecie poszerzyć o torfowiska.


Z nim się oczywiście wiąże bardzo przykra historia, gdzie para studentów została brutalnie zamordowana. Po latach kiedy odkryto, że broń, z której dokonano morderstwa to unikatowa broń jednostek SS, podejrzenie padło na neonazistów, którzy urządzali tam obozy survivalowe, tym bardziej, że data tez nie była z przypadku. Agencji rozpracowujący te grupy mówią jednak, że nie było tam takich twardzieli. Jak jest naprawdę, tego się nie dowiemy, w każdym razie ta wersja przeszła do oficjalnej wiadomości na tyle, że sami wyżej wspomniani też tak uważają i traktują to miejsce za swoistą mekkę :)


Natomiast sam masyw to świetne miejsce na piknik i warto takowy właśnie tam zrobić, a miejsc macie pod dostatkiem.  


Powrót z początku wydaje się nudny, ale potem wbijamy się w różne formy skalne i przewidziane pomiędzy nimi ścieżki edukacyjne, czyli to co mielibyśmy gdzie indziej ale płacąc za bilet i w większym tłoku.


Natomiast największą atrakcją Międzygórza jest ogromny Wodospad Wilczki, z bardzo malowniczą infrastrukturą dookoła. Bardzo widowiskowe nocą. Teraz wodospad ma 22 m, a przed wielką powodzią miał 30 :) Okazało się, że próg wodospadu był wykonany przez człowieka.

 
I ogłoszenie na nieczynnej toalecie, które skradło moje serce. W skrócie - "sikaj w krzakach, tylko nie tam, gdzie kto inny" :)


Danie, które przygotowałem wzoruje się na kuchni bawarskiej. Pamiętacie spór o to czy parówki wegetariańskie można nazywać parówkami? Podbijam stawkę. Co powiecie o leberkase, czyli ser z wątroby ?:) Tak konserwatywni Bawarczycy nazywają zapiekany pasztet, którego gruby plaster zjadają pomiędzy połówkami, oczywiście, kajzerki :) Nie mam 
Miałem do wyboru, zrobić jakiś pasztet w foremce i go pokroić, albo wyjąć pasztet z opakowania, uformować w kwadratowy kształt i upiec. Wybrałem to drugie :)

Składniki:
- jakiś pasztet
- jakaś bułka



Wykonanie:
Pasztet kładziemy na blachę i formujemy w kwadratowy kształt. Zapiekamy w nagrzanym do 180 stopni Celsjusza piekarniku i wkładamy między dwie połówki bułki.

Bawaria słynie z kościołów, tak więc takowych też jest tam sporo, ale znalazłem w okolicach jednego z nich taką ciekawostkę :)




wtorek, 28 września 2021

Bieszczady mniej znane i makaron po Bieszczadzku

Z uwagi na to, że miałem zawodowo bardzo obciążający rok postanowiłem zresetować się w Bieszczadach, jeszcze bardziej niż zazwyczaj potrzebując izolacji, dlatego wybór padł na jak najmniej schodzone szlaki. Co więcej, postanowiłem nawet przyrządzić danie z lokalnych smakołyków, ale po kolei.

Ostatnio usłyszałem od kolegi, że turystyka górska to rozrywka dla znudzonej klasy średniej, która popisuje się wśród znajomych jak bardzo jest aktywna. Jest to trochę krzywdzące dla pasjonatów gór. Moim zdaniem jest podział na 4 rodzaje turystów pod względem tego co kupują i gdzie jeżdżą :) Oczywiście typów jest więcej, ale tu zastosujemy model uproszczony w odniesieniu do Bieszczad :)
  • TYP I - jeździ głównie w Tatry, a kryterium wyboru sprzętu to cena i kolor (jaskrawy), dzięki czemu niejednokrotnie przepłaca. Uwielbia najbardziej oblegane szlaki. W Bieszczady pojedzie tylko raz do schroniska bez prądu, żeby potem na lunchu w biurowcu pochwalić się, że był na survivalu. Jeśli w górach pada, to żeby nie mieć okienka, przejdzie się w stroju górskim po Krupówkach.
  • TYP II - uważa, że fajne góry to nie zawsze skały. Jeśli kupuje drogi sprzęt, do najpierw robi z niego "doktorat" czego konkretnie potrzebuje. Uwielbia Bieszczady. Chodzi w ciuchach górskich do sklepu, bo innych nie spakował.
  • TYP III - dla niego główna forma turystyki górskiej to narty, a kryterium wyboru sprzętu to cena i wygląd, bo zawsze kupuje wszystko najdroższe i najlepsze. Czasem pojedzie na Morskie Oko lub Śnieżkę. Nie ma gdzie używać górskich ciuchów dlatego jeździ w nich na zakupy do marketu w swoim mieście, gdzie do gór ma trzycyfrową ilość km. O Bieszczadach wie tyle, że są tam złe wilki, które napadają na ludzi oraz nie ma ekskluzywnych hoteli i stoków narciarskich.
  • TYP IV - nie ma nowoczesnych ciuchów górskich, bo są drogie. Wystarczą mu wojskowe buty i flanelowa koszula. W góry jeździ tam, gdzie ma najbliżej, bo uwielbia góry, ale nie zawsze sobie może pozwolić na wyjazdy. Z Bieszczadami ma mnóstwo wspomnień z czasów kiedy był bardzo młody.
Na rozruch poszedł szlak z Jabłonek do Jabłonek. 


Z czego słyną Jabłonki? Z tego, że zastrzelili tam generała Karola Świerczewskiego. Jako, że, delikatnie mówiąc, nie była to zbyt pozytywna postać, jedna z teorii mówi, że zastrzelili go jego właśni współpracownicy, choć oficjalna wersja mówi, że to bojownicy UPA. Generalnie cały ślad po nim został z tego miejsca wymazany. Góra Walter (pseudonim Świerczewskiego) nazywa się już inaczej, a pomnik, który się tu znajdował, został zlikwidowany. Tak czy siak, ten plac, to dobre miejsce, żeby zostawić auto :)



Na początku szlak idzie leśną drogą i trzeba bardzo uważać, żeby nie przegapić gwałtownego skrętu i wejścia pod górę, gdyż sama droga idzie dalej. 


Szlak to typowe leśne pagórki, ale jest też to co Tygrysy lubią najbardziej czyli spontaniczne formy skalne, na które można się wdrapać i zrobić sobie zdjęcie :)


Na koniec trzeba przejść przez bród, na którym jest ustawiona ścieżka z kamieni. Problem w tym, że padające deszcze powodują podniesienie się poziomu rzeczek, a skakanie po zanurzonych kamieniach nie jest dobrym pomysłem, o czym się kiedyś boleśnie przekonałem, dlatego należało przejść bez butów. Szum wody zagłuszył przekleństwa wydobywające się z moich ust, a które były odpowiedzią na temperaturę wody. patent używany przez służby wywiadowcze - aby uniknąć podsłuchania rozmowy odbywają się przy fontannach :)

Uważajcie pod nogi na małych mieszkańców wielkich gór. Tym bardziej, że człowiek to jedyne zagrożenie dla Salamandry Plamistej. Nie mówię tego z jakiejś nadmiernej wrażliwości, ale uważam, że każde ciekawe dzikie zwierzę, które spotkamy w swoim najbliższym otoczeniu wprowadza pewien koloryt do tej szarej beznadziejnej rzeczywistości :)


Będąc w Bieszczadach trzeba jednak odbębnić Tarnicę. Aby uniknąć tłumów można na nią dojść przez Bukowe Berdo. W porównaniu to standardowego z Ustrzyk Górnych, czy najkrótszego z Wołosatego, to ten jest najmniej oblegany. Dopiero pod Tarnicą robi się tłoczno i spotkacie masę wycieczek szkolnych itp. 


Tym bardziej, że idziecie po pięknej połoninie.


Ja wiem, że skalne kawałki kuszą, żeby zjeść tam śniadanie, ale uszanujcie prośbę pracowników parku, bo nie dali jej tam bez przyczyny :)


Prawdziwa perełka Bieszczad to Dwernik Kamień. Trasa mało znana i o tyle ciekawa, że leży poza granicami parku, więc możecie się wybrać tam z psem. 


Jedyny minus, to żeby docenić piękno szlaku, trzeba na niego wejść przy dobrej pogodzie. Za to można tam znaleźć sporo borowików :)


Nie samymi szczytami człowiek żyje, dlatego warto się przejść do wsi Krywe. Można tam dość, a nawet całkiem blisko dojechać szlakiem czerwonym ze wsi Zatwarnica. Droga jest nienajlepsza, ale do pewnego momentu otwarta. Dalej jest zakaz wjazdu, z czego bardziej nie tyle dla samego zakazu, co z rozsądku, bo jeśli tam wjedziecie, to możecie już nie wyjechać :) Idealny pojazd to taki, jaki stoi tam na parkingu.


Szlak prowadzi nas do całkiem dobrze zachowanych ruin Cerkwii, które wyglądają na dalej użytkowane, a później do ruin dworku szlacheckiego, z czego to drugie jest już słabo zachowane i mocno zarośnięte. 
Uwaga na żubry, które same z siebie nie atakują, ale jak podejdziecie za blisko, albo będziecie krzyczeć, to mogą się poczuć zagrożone.


Danie, które przygotowałem pochodzi głównie z lokalnych składników. Głównie, bo jedyne co przywiozłem ze sobą to błyskawiczny makaron gryczany soba, który zawsze kupuję tanio przy okazji tygodni azjatyckich w marketach. Świetna rzecz, idealna na wyjazdy, która bardzo szybko się gotuje. Pozostałe to własnoręcznie zebrane borowiki z bieszczadzkich lasów i pesto z czosnku niedźwiedziego, które możecie kupić niemal wszędzie. Co prawda czosnek jest pod ochroną, ale tylko częściową. Co to oznacza? Oznacza to tyle, że jak wykupicie specjalne zezwolenie to możecie zbierać. Oznacza to też tyle, że możecie posiadać czosnek zakupiony od podmiotu, który takowe pozwolenie posiada. W praktyce oznacza to tyle, że jeśli nie zostaniecie złapani na gorącym uczynku, to możecie produkować pesto bez zezwolenia, co wiele osób robi :)
Takie pesto możecie też sobie zrobić samemu. Po prostu musicie zmiksować liście czosnku niedźwiedziego z olejem.

Składniki:
- makaron gryczany soba
- pesto z czosnku niedźwiedziego
- borowiki

 

Wykonanie:
Grzyby kroimy i podsmażamy. Makaron gotujemy i mieszamy z grzybami i pesto.

piątek, 24 września 2021

Mój pierwszy raz z Amanitą, czyli sznycel górski z ... muchomora

jako, że sezon górski zaczyna kończy się dla mnie w lipcu i zaczyna we wrześniu, pojechałem sobie w Bieszczady. Tutejsze lasy obfitują w grzyby wszelkiej maści. Jednym z nich jest hit tego sezonu muchomor czerwieniejący. Hit sezonu u nas, bo nasi południowi sąsiedzi znają go od dawna. O tym grzybie pierwszy raz usłyszałem od kolegi z liceum, którego przez przypadek spotkałem po latach. Zajawiła mnie na niego koleżanka Paulina, fascynatka leśnych wypraw o charakterze zbierackim. Celowo nie używam tu słowa "grzybiarka" gdyż to ostatnio jest używane dla innej formy aktywności :)
W każdym razie zanim się zainteresowałem tym grzybem, byłem przekonany, że muchomor czerwieniejący to wyblakły na słońcu muchomor czerwony. Jednak okazuje się, że, kolokwialnie mówiąc, nawet koło siebie nie leżały. 
Ten drugi, choć, ze względu na swoją jaskrawą kolorystykę, w kreskówkach dla dzieci funkcjonuje jako symbol grzyba trującego, jest grzybem uznanym za niejadalny. W tradycji ludowej pełnił raczej funkcję rekreacyjną, gdyż odurzano się nim przy okazji świąt, stąd antropologiczna teoria o stroju Mikołaja, o której pisałem tutaj.
Ten pierwszy jest uznawany za grzyb jadalny. Jest bardzo smaczny, o strukturze przypominającej mięso ryb. 
jak je odróżnić i jak nie pomylić go z czym innym? W zasadzie różnic jest wiele, np. kolor blady ceglasty, mało wyraziste plamki itp, ale najważniejsza ukrywa się w jego nazwie. Miąższ czerwienieje przy przełamaniu trochę jak w przypadku rydza. 
jako, że to mój pierwszy raz, a i możliwości w kwaterze górskiej są ograniczone, postanowiłem po prostu usmażyć go jak sznycel i zjeść go z bułką. Oczywiście sam fakt jedzenie muchomora jest na tyle creepy, że nawiązanie do opowiadania Rolanda Topora nie jest przypadkowe.

Składniki:
- muchomor czerwieniejący
- cebula (opcjonalnie)
- pieczywo (opcjonalnie)


Wykonanie:
Kapelusz muchomora myjemy, zmywając z niego plamki.
Solimy z dwóch stron i wrzucamy na patelnie, smażąc również z dwóch stron.
Ja podałem z podsmażoną cebulą i lokalną bułką, ale możecie go zjeść z czymkolwiek.

wtorek, 14 września 2021

Dapanji

Chiny są tak ogromne i zróżnicowane etnicznie, że każdy region ma swoją specyficzną kuchnię. Np. o mieszkańcach Kantonu mówi się, że jedyne co ma nogi, a oni tego nie jedzą, to stół. Danie, które przedstawię pochodzi z autonomicznego regionu Xīnjiāng, który jest zamieszkały głównie przez Ujgurów, czyli grupa etniczna pochodzenia tureckiego. Danie stało się popularne w latach 90-tych i podobno było serwowane w barach dla kierowców wzdłuż tamtejszych autostrad. Obecnie uchodzi za danie regionalne.
Oryginalnie z kurczakiem. Ja wsadziłem tańszy, a właściwie darmowy, zamiennik - leśnego kurczaka, zerwanego z drzewa.

Składniki:

- leśny kurczak - żółciak siarkowy
- cebula
- papryka czerwona
- ziemniaki
- szczypiorek
- imbir
- chili
- cynamon
- liście laurowe
- piwo


Wykonanie:
Liście laurowe podsmażamy na oleju.
Dodajemy pokrojonego w kostkę i ugotowanego kurczaka leśnego. Smażymy aż się podrumieni.
Dodajemy pokrojone w kostkę ziemniaki oraz cebulę i dalej smażymy.
Dodajemy pokrojoną w kostkę paprykę, cynamon, imbir, chili, smażymy chwilę mieszając, a następnie podlewamy trochę piwem. 
Dodajemy szczypiorku, chwilę jeszcze dusimy i podajemy.
Zasadniczo podaje się to z makaronem, ale ja podałem z ryżem.

piątek, 10 września 2021

Ametystowe klejnoty na talerzu

Lakówka ametystowa - świetny grzyb, bo jego kolor skutecznie odstrasza innych grzybiarzy od zbierania, za to świetnie prezentują się na talerzu, zwłaszcza w otoczeniu czegoś żółtego z uwagi na to, że fiolet kontrastuje z żółcią. Jeśli chcecie zrobić wrażenie na znajomych, albo jeszcze lepiej, na ludziach z pracy, to przygotujcie sałatkę. Tym bardziej, że grzyby nie tracą bardzo swojego fioletowego koloru po ugotowaniu.
Chciałem napisać magiczne grzyby, ale magiczne grzyby kojarzą mi się z tymi, którymi obecnie leczy się depresję i poprawia kreatywność. Natomiast kiedy byłem w Wielkiej Brytanii, sprzedawali je na rynku właśnie jako artykuły dekoracyjne, więc trochę mają wspólnego.

Składniki:

- lakówki ametystowe
- makaron z zupki "chińskiej"
- cebula
- curry


Wykonanie:
Lakówkom obcinamy ogonki i gotujemy przez kilka minut.
Makaron zalewamy wrzącą wodą, żeby spęczniał.
Cebulę podsmażamy. Dodajemy grzyby, makaron i curry.
Podsmażamy chwilę.

czwartek, 2 września 2021

Tinga

Bardzo ciekawe danie kuchni meksykańskiej. Bardzo ciekawe ze względu na sposób podawania.
Jeśli wierzyć zapisom, to te danie jest powiązane ze świętem Cinco de Mayo, które obchodzi się ... 5 maja, na pamiątkę zwycięstwa wojsk meksykańskich nad francuskimi w 1862. Nie wiem jak bardzo są one ze sobą powiązane, ale na pewno danie to pochodzi z miejsca, w którym ta bitwa miała miejsce, czyli w mieście Puebla. Oczywiście bitwa, jak na bitwę przystało, rozegrała się pod miastem, a nie w mieście :)
Oryginalnie jest z kurczakiem. Sam sposób przygotowania tego kurczaka jest bardzo kryzysowe, bo jest zazwyczaj robione z poszarpanych ścinek. Ja zamiast kurczaka użyłem własnoręcznie nazbieranych kurek :)

Składniki:
- mąka kukurydziana
- olej
- kurki 
- cebula
- przecier pomidorowy
- chili
- fasola czerwona


Wykonanie:
Do mąki dodajemy trochę oleju i tyle wody, aby powstało nam jednolite ciasto, które następnie rozwałkowujemy na placki i umieszczamy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni Celsjusza na 10 minut.
Fasolę z zalewą podsmażamy i rozgniatamy na pastę.
Kurki tniemy w cienkie paski, podsmażamy razem z pokrojoną w plasterki cebulą i dodajemy przecieru. Dusimy chwilę i doprawiamy chili.
Na placku rozsmarowujemy pastę z fasoli, a na to dajemy sos z kurek.

czwartek, 26 sierpnia 2021

Bangers and mash

Dzisiaj danie z wysp brytyjskich, często podawane w tradycyjnych pubach. Jest uważane za jedno z bardziej popularnych comfort food. Co to jest comfort food pisałem już tutaj, a także wskazywałem w tym wpisie uwagę na to, że takie jedzenie jest zgodne z obowiązującymi trendami kulinarnymi.
Powstanie tego dania datuje się na okres I Wojny Światowej, kiedy było mniej jedzenia. Wtedy właśnie do popularnych już od dawna, z uwagi na cenę, wśród robotników, kiełbas, zaczęto dodawać więcej niemięsnych składników. Dzięki temu, a konkretnie z uwagi na większą obecność wody, kiełbasy pękały w czasie gotowania, czyli robiły bang :) Stąd nazwa bangers. W luźnym tłumaczeniu "kiełbaski, które wybuchają". Mash to skrót od mashed potatoes - gniecione ziemniaki., które na brytyjskich stołach są od połowy XVIII wieku.

Składniki:
- jakieś parówki
- ziemniaki
- cebula
- mąka
- groszek konserwowy (opcjonalnie)

Wykonanie:

Cebulę zrobimy na polską modłę, czyli pokroimy tylko w plasterki. Następnie podsmażamy, posypujemy lekko mąką, mieszamy, a następnie dolewamy lekko wody cały czas mieszając, żeby powstał nam cebulowy sos.
Parówki gotujemy.
Ziemniaki obieramy, gotujemy i gnieciemy.
Na talerz nakładamy ziemniaki, kładziemy na to parówki i polewamy sosem. Często podaje się z groszkiem.

To danie jest tak głęboko zakorzenione w brytyjskiej kulturze, że swego czasu istniał nawet serial animowany o dwóch szympansach - Bangers i Mash.


A nawet powstała gra komputerowa na platformę Commodore 64 :)



czwartek, 19 sierpnia 2021

Hasz

Wiem, że ze względu na to, że oczy całego świata zwrócone są teraz na Afganistan, temat haszu jest mocno na czasie, ale nie o tym tym razem :)
Z uwagi na to, że nazwa tego dania wzięła się od francuskiego hacher, hasz to nic innego jak różne siekane rzeczy podsmażone razem. Z tego względu było to bardzo popularne danie z resztek, dlatego amerykańskie restauracje z XIX wieku, serwujące tanie jedzenie nazywano Hashery. Po polsku pewnie byśmy to przetłumaczyli Haszerie :)
Nic w tym dziwnego, że rozkwit tego dania nastąpił podczas Drugiej Wojny światowej. Oczywiście mówimy tu nie o krajach przeznaczonych do eksterminacji, bo tam, to zasadniczo był problem z każdym jedzeniem, tylko tych, które miały trudności gospodarcze w wyniku przeniesienia zasobów na produkcję broni.
Wojenny przepis zakładał użycie przydziałowych puszek z mielonką. Ja wykorzystałem parówki, które, jak głosi jedna z hipotez, zostały wymyślone podczas oblężenia Leningradu, kiedy to w okolicach Newy znaleziono zakopanych kilka ton wnętrzności baranich.

Składniki:
- ziemniaki
- jakieś parówki
- cebula 


Wykonanie:
Wszystkie składniki kroimy w kostkę. Warunek konieczny, bo inaczej nie możemy tego dania tak nazwać.
Najpierw na olej wrzucamy ziemniaki, bo smażą się najdłużej. Druga w kolejności cebula, a na koniec parówki. Jak chcemy na wypasie, to w USA podają to z fasolką w sosie pomidorowym - taką gotową z puszki.