czwartek, 22 października 2026

Ghiveci călugăresc i Bukowina

Kolejny raz w Rumunii, tym razem chciałem odwiedzić polskojęzyczny rejon na Bukowinie. Skąd tam Polacy? Pewnego razu cesarz Józef II postanowił, że na Bukowinie zostanie wybudowana kopalnia soli. Siłą rzeczy do zarządzania tą kopalnią zaprzągł ludzi ze swojego kręgu kulturowego, jednakże okazało się, że nie mieli oni wystarczającej wiedzy. Tak się złożyło, że przytulił od Polski rejony, na których istniały kopalnie soli, więc postanowił wykorzystać nowo nabytą kadrę. Kilka rodzin pojechało kierować kopalnią i już tam zostali. Obecnie kopalnia w Kaczycy niespecjalnie działa, ale jest świetnym miejscem do zwiedzania.


Maja tam nawet salę balową i boisko do piłki nożnej. 
W ogóle dla mnie szok, że w ramach nowej mody do wody wrzucane są już nie tylko monety i banknoty, ale też karty bankomatowe :)

Powiem tak, jakieś tam polskie domy w tej Bukowinie są, ale jakoś specjalnie języka polskiego nie słyszałem, poza polskim domem, oczywiście, ale nawet tam niespecjalnie obsługa była rozmowna. Te czasy już dawno minęły :) Wcześniej próbowałem ogarnąć sobie nocleg, żeby dać zarobić Polakowi i tu też było słabo z kontaktem. W każdym razie, największy polski ośrodek to chyba Nowy Soloniec.


 Natomiast architektura cudowna. 



Moim ulubionym elementem były studnie.


Oprócz tego jest tam charakterystycznie pomalowana wieś Ciocănești zwana żywym muzeum na wolnym powietrzu. W przeciwieństwie do polskiego Zalipia, mieszkańcy chcą, żeby turyści ją oglądali i pomalowane są prawie wszystkie domy, nawet jeśli malunek jest tylko na frontowej ścianie. 


Skoro o pisankach mowa, to na Bukowinie znajduje się ogromne muzeum pisanek.




Stolicą regionu jest Suczawa. Powiem tak, widziałem ładniejsze miasta w życiu. O ile w Mołdawii widziałem taki egzotyczny socjalistyczny brutalizm, który ma swój klimat, to Suczawa jest miastem bardzo eklektycznym i raczej biednym. Ma swoje momenty, ale zasadniczo tak średnio bym powiedział, tak średnio...


Aczkowiek muszę przyznać, że konstrukcje z rur gazowych, które biegną na zewnątrz, w pewnym sensie skradły moje serce. Zresztą to widać w wielu miejscach na Bukowinie.


Natomiast polecam wzgórze zamkowe, a właściwie wszystko co jest dookoła, jak park itp., bo sam zamek wygląda raczej lepiej z zewnątrz :)

Z tym zamkiem wiąże się ciekawa historia, a nawet powiedzenie, że za Jana Olbrachta wyginęła szlachta. Nie należy tego brać dosłownie, ale faktycznie wyprawa zakończyła się niepowodzeniem. Generalnie chodziło o to, że Polska w wyniku tego, że na północy byli Krzyżacy straciła dostęp do morza, a morze to jednak napływ towarów. Na południu było drugie morze, Czarne, więc postanowiono tam szukać portów. Nawet poszło dobrze, bo znajdująca się tam Mołdawia dogadała się z Polakami, gdyż oferowali lepsze warunki niż Węgrzy. Niestety porty czarnomorskie zostały zdobyte przez Turków, więc Mołdawia była w ich strefie wpływów. Do tego Węgrzy też zawarli rozejm z Turkami. Jan Olbracht, pewny siebie, zebrał ekipę, w tym nawet Krzyżaków (ale nie Węgrów) i pojechał odbić porty. Po drodze chciał zdobyć stolicę kraju Suczawę. Może i panujący wtedy Stefan III, którego pomniki znajdziecie nie tylko w Suczawie, ale też w Mołdawii, stanąłbym po stronie króla polskiego w tej wyprawie przeciwko Turkom, ale król chciał go wymienić na kogo innego, więc rozsądniej było stanąć po stronie Turcji. Oczywiście na pomoc Turcji przyszły też tatarskie jednostki węgierskie.
Oblężenie Suczawy nie szło najlepiej, w końcu podpisano rozejm, a Polacy mieli wrócić bezpiecznie do domu. No ale nie wrócili, bo Mołdawskie wojska nie dość, że urządziły im masakrę w zasadzce na Bukowinie, to jeszcze nękały ich do samej granicy.


Na szczęście Bukowina ma lepsze atrakcje. Na uwagę zasługują okolice zasługują okolice masywu górskiego Rarău. Oprócz szczytów, zdecydowanie polecam wąwóz Moara Dracului. Tylko pamiętajcie, że te deski są bardzo śliskie w deszczu, a barierka się giba. 


Prawdziwa perełka to opuszczona kopalnia, której jeden z korytarzy kończy się kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Jeden, bo idąc cały czas naprzód po prostu przejdziecie kopalnie i możecie zejść ze zbocza i dalej kontynuować wędrówkę natomiast ostatni skręt po lewej doprowadzi Was do miejsca z ładnym widokiem. To chyba był pierwszy skręt po zawale, gdzie trzeba się przeczołgać.



Ogólnie kopalnia w miarę stabilna i sucha.

Głównie w Bukowinie ludzie zwiedzają Monastyry, ja też, ale nie polecam wszystkich. Także opiszę je w kolejności od mojego ulubionego, do najgorszego.

Sucevița, najładniejszy i w pełni darmowy. Potężna forteca, dobrze odrestaurowana, gdyż na zabytkowych freskach są widoczne napisy wandali, ale na szczęście tylko w zasięgu wyciągniętej ręki, co sugeruje, że kilkadziesiąt lat temu była to ruina.


Twierdza nie dość, że jest majestatyczna, to jeszcze malowniczo położona. Wstęp darmowy. Do tego darmowe muzeum w środku, w którym nie wolno robić zdjęć, co wypada uszanować.



Humor. Mały, ale bardzo ciekawy, bo mury wyczyszczone, ale nie odbudowane, co ma swój klimat. 


Do tego było tam akurat nabożeństwo, więc mogłem podejrzeć fanty na ucztę po części oficjalnej. Podobno Humor słynie z chleba, ale ciężko tam o piekarnię. Odniosłem wrażenie, że w tej części Rumunii nawyki żywieniowe związane z pieczywem, to chleb krojony z marketu i przekąski do pracy - precle i kanapki.


Trzeci to ogromny monastyr w Putna. niewątpliwie sama twierdza robi wrażenie, ale świątynia już najmniej. Wstęp bezpłatny, ale muzeum płatne.


Ostatni na mojej liście i kompletnie go nie polecam to Voronet. Chyba, że to jedyny, jaki macie w planie zwiedzić. Miejsce bardzo skomercjalizowane. Aleja z kramami krupówki style i masę parkingów płatnych. Tu też sprawdza się zasada, że jeśli widzicie naganiaczkę na parking, to znaczy, że trochę dalej można parkować za darmo. Wejście płatne, jako jedyny z obejrzanych przeze mnie. W samej świątyni nie wolno robić zdjęć i nie wiem, czy gobelin z godłem Federacji Rosyjskiej ma tu znaczenie :)
Ogólnie nie polecam, bo nie zobaczycie tam nic, czego byście nie widzieli w lepszych monastyrach, poza godłem FR :)


Region słynie również z ceramiki i to nie takiej zwyczajnej, bo czarnej. Kolor zawdzięcza glebie, jak i procesowi obróbki. Oczywiście w regionie jest robiona nie tylko czarna ceramika, ale ta czarna jest najciekawsza. Miasto, jak widać jest z tego bardzo dumne i słusznie. W manufakturze możecie dorwa naczynia po przystępnych cenach.


Wracając do Polaków, to w miejscowości Clit (ciekawa nazwa BTW) dokonała żywota znana postać Jakub Szela. Dla "team szlachta" morderca o nadludzkich mocach, który otrzymał swoje nazwisko w wyniku klątwy, dla "team chłopi" bohater, jeszcze do niedawna, kiedy istniało coś takiego jak kultura chłopska, opiewany w pieśniach, choć ślady przyśpiewek ludowych na cześć Szeli jeszcze się zachowały.

Wokół jego buntu wyrosło wiele mitów. Do najpoważniejszych należą działanie na bezpośrednie zlecenie Wiednia oraz opłata za zabitego Szlachcica. Sam Szela na Bukowinę miał być też wysłany w nagrodę. Jak było naprawdę?

Zamieszanie rozpoczął cesarz Józef II, który w swoim oświeceniu chciał dać chłopom dużo praw, a część nawet zdążył przekazać. Jego następca Leopold II, nie dość, że nie chciał kontynuować polityki poprzednika, bo został team arystokracja, to jeszcze trochę ją cofnął zaogniając stosunki na wsi. Dodatkowo imperium było ogromne, więc ciężko byłoby o taką ilość austriackich urzędników, dlatego zgodnie z zasadą divide et impera na czele dominium, czyli najmniejszej jednostki administracyjnej w Galicji stał szlachcic, który dostarczał rekrutów, zbierał podatki itp. Także mamy dwa czynniki, po pierwsze regres praw, po drugie kolejny poziom konfliktu, jakby wielowiekowa przemoc szlachty względem chłopów, to było mało. Teoretycznie, inaczej niż przed zaborami, gdzie prawo było kompletnie martwe, chłop mógł się sądzić z szlachcicem, który łamał prawo, ale w praktyce było to trudne z uwagi na biurokratyczną maszynę. Przekonał się o tym Szela, który był reprezentantem wioski w sporze z rodem Boguszów, który z uwagi na wykorzystywanie kruczków prawnych trwał ponad 20 lat.
Ognisk konfliktu było sporo. Między innymi, niektórzy mówią o niedostatecznej roli agitatorów, którzy mieli namówić chłopów do powstania. Właściwie to najpierw stworzyć w nich tożsamość narodową, bo do tej pory nawet ci mówiący o sobie Polacy nie uważali chłopów za Polaków. W praktyce chłopi wiedzieli tylko, że szlachta się zbroi. Dodatkowo ktoś rzucił plotę, że na chłopów. Nie wiadomo, czy celowo, czy nie, wiadomo, że szef prezydium Lwowskiego gubernium w swoim zarządzeniu obawiał się, że chłopi nie tylko atakują szlachtę, ale też austriacką władzę. Jak się okazało, jego przypuszczenia były słuszne.

Jak wyglądał bunt chłopski, to taki klasyk, mordy kradzieże itp. Jak analizują historycy, wiele relacji jest kopią jednej, należącej do członkini rodziny Boguszów, a że chłopi byli niepiśmienni, to właśnie szlacheckie relacje dominowały.

W samym buncie Szela nie był postacią czołową. Był jednym z kilku ważniejszych, gdzie przydało się jego wojskowe wyszkolenie. Ważniejsze było to, co stało się potem, bo kiedy domy już przestały płonąć, Szela stanął na czele czegoś na kształt chłopskiej republiki, obejmującej ponad 100 wiosek, a swoim zasięgiem dochodzącej aż do Przemyśla plus coś na kształt sił zbrojnych w liczbie ponad 1000 piechoty i jeźdźców.
Plan był taki, aby wywalczyć sobie całkowite zniesienie pańszczyzny. Niespecjalnie się to podobało Austriakom, więc wysłali do regionu prawie 56 tysięcy żołnierzy, w celu otoczenia wspólnoty i sukcesywne przymuszanie wiosek, za pomocą mordów, do powrotu do pracy. Nie było to zbyt ekonomiczne rozwiązanie, dlatego pojmano Szelę i ostatecznie wysłano go na Bukowinę. Tu parę razy dopadły go opłacone zbiry i ostatecznie zmarł, nie otrzymując pochówku na poświęconej ziemi.


Natomiast, jeśli mowa o czasach bardziej współczesnych, to w okolicy polskiej wioski Plesza znajdują się skały, na których lokalny artysta popełnił rzeźby. Głównie postacie z mitologii, ale z twarzami z innych mitologii. Na zdjęciu postać Atlasa z twarzą Jezusa.


Danie będzie typowe dla miejsca z dużym zagęszczeniem świątyń, znaczy mniej więcej tyle co micha mnicha i było typowym daniem przygotowywanym dla pielgrzymów przez mnichów. Ogólnie nie ma jednego przepisu, bo to po prostu gulasz warzywny ze składników dostępnych w Rumunii, ale musi być de post, czyli warzywny.

Składniki:

- ziemniaki
- pomidory
- fasola
- cebula
- papryka
- grzyby
- inne


Wykonanie:

Fasolę gotujemy osobno lub używamy z puszki.
Cebulę kroimy w półplasterki i podsmażamy. Grzyby kroimy i dodajemy do smażącej się cebuli. Smażymy aż się zarumienią.
Obieramy ziemniaki i kroimy w kostkę. Dorzucamy do grzybów i cebuli. Dodajemy trochę wody i dusimy. 
Kroimy paprykę i dodajemy. 
Pomidory kroimy drobno i wrzucamy do garnka. Dusimy, aż się rozpadną. 
Dodajemy ugotowanej fasoli i jeszcze chwilę dusimy.


piątek, 16 października 2026

Tocană de ciuperci i Mołdawia

Będąc w rumuńskiej Bukowinie wybrałem się na krótko do Mołdawii. Historia Mołdawii, przynajmniej ta najświeższa, to rozdarcie pomiędzy Rosją, a Rumunią. Z jednej strony ludność zromanizowana, a z drugiej strony kraj, który był częścią ZSRR. Tym samym, językiem urzędowym jest rumuński. Zwyczaje kulinarne są prawie takie same jak w Rumunii, a z drugiej mamy rzeszę mówiących po rosyjsku, napisy cyrylicą i produkty, które znane są nam z Białorusi lub Ukrainy.

Jeśli chodzi o to co zobaczyłem po przekroczeniu tablicy z przekreślonym napisem Shengen, to bardzo mi przypominało moje podróże do Ukrainy lata temu. Pola po horyzont i szerokie drogi, na których są łaty na łacie.


Od czasu do czasu krajobraz zakłócają studnie. To jest bardzo ważny element mołdawskiej kultury. Stanowią one pokrzepienie dla strudzonych wędrowców, a ze względu na swoją konstrukcję, służą też jako schronienie.



Nawet, jak studnia jest na terenie posesji, to nadal jest otwarta.


Wiem, że drogi są w opłakanym stanie, ale na granicy możecie wykupić winietę. Automat, może i ma różne języki, ale już opcje wyboru przetłumaczone nie są. Na szczęście mi pomogła pani z okienka kasowego. Z danych, które podałem, zabrakło chyba tylko numeru buta, serio, bo nawet VIN auta był wymagany, natomiast radzę wykupić, bo z uwagi na brak automatycznego systemu sprawdzania, kilka kilometrów dalej miałem kontrolę straży granicznej.

Elementami, które przerywają tą monotonnie, są bardzo ciekawe konstrukcje związane z komunikacja publiczną. Pomimo upływu lat, dalej ładne.



Najbliżej leżącym dużym miastem są Bielce. To drugie co do wielkości miasto w Mołdawii, zwane stolicą północy. Co prawda, od czasu do czasu, widać nowoczesne zmiany, 


ale generalnie trochę czas się tu zatrzymał.







Zwłaszcza jak widzimy takie kwiatki :)




Każde szanujące się miasto ma targowisko, gdzie można kupić lokalne wynalazki.


Oprócz znanych mi dobrze z Białorusi i Ukrainy, marchwi po koreańsku i kapusty morskiej, można było kupić bardzo dobry chleb pieczony w formie na tartę lub pieczywo z czosnkiem i koperkiem na czubku. O słodyczach i kwasie chlebowym z baniaka nie wspomnę. Coś co mnie mocno zaciekawiło, to marynowane, już gotowe liście kapusty, do przygotowywania gołąbków.

Na szczęście ja lubię modernizm, nawet w jego brutalnej postaci, dlatego mi się tam bardzo podobało. Było z jednej strony egzotycznie, a z drugiej swojsko.


Przepis jest rumuński, ale z uwagi na zamiłowanie do grzybów, ma ewidentne wpływy słowiańskie. Podaje się go z mamałygą, ale widziałem też wersje z puree ziemniaczanym. Trochę go zmodyfikowałem dodając bardzo lokalnego składnika, jakim jest papryka.

Składniki:

- grzyby
- cebula
- czosnek
- papryka
- ziemniaki


Wykonanie:

Paprykę pieczemy i blendujemy.
Grzyby czyścimy i podsmażamy z cebulą. Kiedy już będą usmażone dodajemy wyciśnięty czosnek i chwilę smażymy. 
Dodajemy zblendowaną paprykę i chwilę dusimy.
Podajemy z puree.

czwartek, 8 października 2026

Kurki w gruszkach prawie jak kaczka w jabłkach

Jest taka idea foodpairing, która w naukowy sposób szuka ciekawych połączeń smaków. Kiedyś była taka strona, która w ograniczonym stopniu oferowała darmowe połączenia, ale teraz wszystkie są płatne. Za to wykorzystując odpowiednie narzędzia AI możemy znaleźć alternatywne źródła. Tak znalazłem połączenie kurki + gruszki + tymianek. Z czego to ostatnie najdroższe, bo nie rośnie w lesie :) 

Składniki:

- kurki
- gruszki
- tymianek



Wykonanie:

Kurki myjemy i mocno podsmażamy.
Dodajemy obrane i pokrojone gruszki. Podsmażamy i dusimy pod przykryciem.
Doprawiamy lekko tymiankiem/

czwartek, 1 października 2026

Purchawki z rydzami po francusku

Purchawki jadają nawet w Polsce, choć rzadko. Ważne, żeby były jeszcze młode. Przy czym młode to nie małe, tylko białe w środku. Gdzieś widziałem nawet marynatę, żeby smakowały jak feta, ale ja poszedłem w prostotę i zrobiłem tak, jak to robią we Francji, czyli podsmażyłem z czosnkiem. Przez przypadek wpadło mi też kilka rydzów, a ze niespecjalnie było co z taką ilością zrobić, to dodałem do purchawek. W kraju Napoleona dają tam jeszcze czasem pietruszki i podają z pieczywem.

Składniki:

- jakieś jadalne purchawki - ja miałem workowate
- jakieś jadalne mleczaje - ja miałem rydze
- czosnek


Wykonanie:

Grzyby myjemy, kroimy w plasterki i podsmażamy.
Kiedy lekko się podsmażą, dodajemy pokrojony w plasterki czosnek.
Smażymy chwilę, bo czosnek lubi się przypalać i robić gorzki.
Ja podałem z tostowanym pieczywem.

sobota, 26 września 2026

Knedle pieczone

Wariacja dotycząca klasyki z wczesnej jesieni. Plusem takiego rozwiązania jest to, że można wziąć to ze sobą na miasto i nie przyklei się do woreczka.

Składniki:

- ziemniaki
- mąka
- śliwki
- olej
- drożdże instant


Wykonanie:

Ziemniaki ugotować, ostudzić i roznieść. Wymieszać z mąką w stosunku 1:1, dodać trochę oleju, drożdże i ugnieść na jednolitą masę.
Z masy wybrać kawałek, rozgnieść na placek, włożyć wydrylowaną śliwkę i zlepić w kulkę.
Piec w nagrzanym do 180 stopni Celsjusza piekarniku, aż się zarumieni. 

czwartek, 17 września 2026

Dhingri matar

Danie z północy Indii. O tą północ to jest cały czas awantura pomiędzy Indiami, a Pakistanem. 27 lat temu, to nawet wojna wybuchła, a, że oba kraje to atomowe mocarstwa, to trzeba było ich uspokajać, żeby komuś tam nie odbiło. Możecie sobie nawet serial na Netflix o tym obejrzeć. Taki indyjski Top Gun z umiarkowaną ilością tańca, ale z dużą ilością CGI.

Składniki:

- cebula
- pieczarki
- przecier pomidorowy
- groszek w puszce
- przyprawa garam masal


Wykonanie:

Cebulę obieramy, kroimy i podsmażamy z pieczarkami i przyprawą.
Dodajemy przecier i groszek, a następnie chwilę dusimy.

piątek, 11 września 2026

Porka z kurkami

Tradycyjna potrawa kuchni polskiej. Z uwagi na to, że ponad 90% społeczeństwa nie miało dostępu do wyszukanych składników, jest to zdecydowanie bardziej polska potrawa niż coś co w PRL zostało wpisane w kanon polskiej kuchni. O ile oczywiście w momencie jej powstania można było mówić o Polsce w obecnym tego słowa rozumieniu. Oryginalnie ze skwarkami, ale, że sezon na kurki, to postanowiłem zmodyfikować, co biorąc pod uwagę ludowe tradycje, nie jest jakimś gwałtem na przepisie.

Składniki:

- grzyby kurki
- ziemniaki
- mąka


Wykonanie:

Kurki myjemy i podsmażamy.
Ziemniaki obieramy, gotujemy i kiedy są miękkie odlewamy prawie całą wodę. Dosypujemy mąkę, ugniatamy razem i chwilę gotujemy na małym ogniu.
Nakładamy ziemniaki na talerz i polewamy olejem z kurkami.

czwartek, 3 września 2026

Krautfleckerl

W zasadzie przepis bardzo podobny do poprzedniego, ale kapusta jest karmelizowana. Oryginalnie, danie pochodzi z Bohemii, a dzięki okupacji austriackiej, która miała na celu zbudowanie wielkiego Cesarstwa Austro-Węgierskiego, ostatecznie rozpropagowane po całym jego terenie, w tym Polsce.

Składniki:

- makaron quadretti
- kapusta
- cebula
- cukier


Wykonanie:

Makaron gotujemy według przepisu na opakowaniu.
Cebulę obieramy i kroimy w kostkę. Kapustę szatkujemy. Cebulę i kapustę podsmażamy z małą ilością cukru.
Mieszamy razem z makaronem.

 

czwartek, 27 sierpnia 2026

Krpice sa zeljem

Danie z Chorwacji. Taki kraj, do którego Polacy jeżdżą na wczasy, bo jest tańszy niż Włochy, porównywalny do polskiego morza, ale z gwarancją pogody, natomiast znacznie droższy od Czarnogóry. No ale jest bliższy i katolicki. Mocno to podkreślali podczas II wojny światowej obmyślając sobie plan, że prawosławnych w ilości 1/3 wypędzą, 1/3 nawrócą, a pozostałych zabiją. Przy okazji skumali się z Niemcami i Włochami. Aby zrealizować swój plan opracowali sieć obozów koncentracyjnych, o standardzie takim, że nawet Niemcy byli zszokowani. Może dlatego, że Niemcy chcieli jednak zachować pewien poziom szybkiego rozwiązania sprawy, a Chorwaci lubili się pastwić. Zabijali głównie za pomocą narzędzi. Z racji tego, że byli z Niemcami, to pomimo, że Polakom niby było do nich najbliżej, bo katolicy, woleli się przyłączyć do partyzantki Tito, któremu koło dupy latało w kogo wierzą, dopóki chcą zabijać Niemców i nikomu nie przeszkadzał sztandar z krzyżem.
Potem władze Jugosławii po wojnie, co bardziej gorliwych wsadzili na wyspę Goli Otok, gdzie musieli dzielić miejsce ze stalinistami.
Potem było kilkadziesiąt lat prosperity, bo Chorwacja, jako republika miała wybrzeże, więc trzepała kapuchę.
Potem postanowili być niepodległym państwem, bo taki był klimat wtedy. Tylko jedno "ale". O ile Niemcy mieli refleksję jakąś i przynajmniej oficjalnie przeprosili za obozy i inne rzeczy, których dopuścili się ich pobratymcy, Chorwaci powiedzieli "pa tera" i walnęli sobie na flagę symbol państwa z II WŚ. Poziom trochę taki, jakby na fladze RFN dano swastykę. To był sygnał dla prawosławnych - zrobimy to samo co było, więc ci drudzy zaczęli się szykować do wojny. Wojny były aż trzy, głównie po kluczu religijnym, z czego znamy najbardziej tą trzecią za sprawą interwencji ONZ. BTW dziś umarł Ratko Mladic, więc niech mu ziemia będzie bardzo ciężką. Katolicy w tej wojnie zmieniali często stronę, więc jeśli wierzyć polskim chłopakom, którzy wtedy byli na misji, łatwiej było zaufać i się dogadać wrogowi, czyli prawosławnemu.
Ostatnio w Chorwacji polskie statystyki nie mają dobrej passy, a to Polak zabił sąsiada, bo mu uwagę zwrócił, a to Polka była w jakiejś gangsterce. Na razie dopóki hajs płynie, jest stabilnie, choć drobne zawirowania, jak u nas z Ukraińcami się zdarzają.

Podobno to danie to takie comfort-food chorwackie. Podobne do pewnego polskiego dania i do innego austriackiego co potwierdza, że Chorwacja to nie Bałkany :)

Składniki:

- makaron quadretti
- cebula
- kapusta


Wykonanie:

Cebulę pokroić w kostkę i podssmażyć.
Kapustę poszatkować, podsmażyć chwilę z cebulą, dodać wody i dusić do miękkości.
Makaron ugotować według opisu na opakowaniu.
Odcedzić i wymieszać z kapustą.

środa, 19 sierpnia 2026

Hydrierwerke i wytrawny grunt

Ciężko sobie wyobrazić sobie transportu bez ropy naftowej. Niezależnie od tego, czy jest to transport towarów, żołnierzy, armaty na wieżyczce i czy odbywa się na lądzie, wodzie, czy w powietrzu. Problem z ropą naftową polega na tym, że nie ma jej wszędzie, więc zapotrzebowanie na nią, zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych jest ogromne. Zdarza się tak, że kraje wysoko rozwinięte mają większe potrzeby niż możliwości wydobycia, o czym przekonują się USA obecnie przy okazji wojny z Iranem. Niemcy po I Wojnie Światowej, za które zostali zmuszeni wziąć odpowiedzialność też miały taki problem, dlatego zgodnie z myślą kryzysową wymyślili proces wytwarzania benzyny za pomocą węgla. Może i nie był to proces bardzo opłacalny, bo na 1 Mg benzyny przypadało 7 Mg węgla, no ale niespecjalnie mieli wyjście.
Postanowiłem odwiedzić taką fabrykę, a właściwie tego co z niej zostało, a przy okazji nazbierałem jeżyn.


Oczywiście w pewnym momencie Niemcy sięgnęli po bardziej opłacalny sposób i po prostu sobie przytulili siłą dodatkowe złoża ropy naftowej, ale z uwagi na ogromne potrzeby, a także na fakt, że takie siłowe rozwiązania bywają krótkotrwałe, fabryka dalej funkcjonowała, tym bardziej, że o koszty pracy niespecjalnie musieli się martwić, spełniając mokry sen polskich guru przedsiębiorców, korzystając z darmowej, zamkniętej w obozach siły roboczej, która pracowała za, że się tak wyrażę jak premier, przysłowiową "miskę ryżu".


Co ciekawe, proces jest dalej w użyciu, czy to u państw, które ropy nie mają, czy w formie produkcji awaryjnej tam, gdzie są duże potrzeby. Dla przykładu, na początku XXI wieku rozpatrywali wdrożenie tego procesu Amerykanie, ale za przykładem Niemców, postanowili skorzystać z tańszego rozwiązania i zajęli Irak.


W ramach kompleksu znajdują się tunele techniczne, które były używane do transportu benzyny


do rozsianych po kompleksie żelbetonowych silosów


Z uwagi na wagę obiektu, znajdują się tam również budynki o silnym zabarwieniu militarnym. W szczególności schrony przeciwlotnicze, gdyż, jak nietrudno się domyśleć, fabryka stała się celem nalotów, dzięki działaniom wywiadowczym AK. Niestety w wyniku tych nalotów ucierpieli również więźniowie obozów, ale było to poświęcenie, na które dowództwo było gotowe. Oprócz schronów, do których jednak nie polecam wchodzić, bo jest tam rezerwat nietoperzów, możemy zwiedzić dobrze zachowaną wieżę strażniczą.


Natura jest bezlitosna, dlatego teren jest mocno zarośnięty. Na szczęście dzięki pasjonatom są tam porobione ścieżki. Na zdjęciu konstrukcja, zwana przez miejscowych "Stonehenge" :)


Z tymi jeżynami to jest tak, że jak byłem dzieckiem, rosły one dosłownie wszędzie. Najbardziej lubiły brzegi polnych dróg lub linię drzew. Potem zniknęły na długo. Pewnego razu znów się pojawiły. Przy ścieżkach w tej fabryce jest ich około mnóstwo, z czego musiałem skorzystać.
Postanowiłem zrobić grunt, czyli deser, który często robi się z ciemnych owoców. Gotuje się je w wodzie z cukrem, a potem kładzie na to kawałki surowego ciasta i poddaje dalszej obróbce termicznej. Potem sobie pomyślałem, że w zasadzie to owoce nie są zarezerwowane do rzeczy słodkich i może by przyrządzić na sposób wytrawny. Przypomniałem sobie jaką konsystencję ma ciasto na wierzchu i postanowiłem użyć kawałków suchych kotletów sojowych.

Składniki:

- jeżyny
- suche kotlety sojowe


Wykonanie:

Jerzyny zalewamy wodą, w takiej ilości, aby je przykryć.
Kotlety łamiemy na mniejsze kawałki i kładziemy na wierzch.
Gotujemy, aż większość wody odparuje.