czwartek, 27 sierpnia 2026

Krpice sa zeljem

Danie z Chorwacji. Taki kraj, do którego Polacy jeżdżą na wczasy, bo jest tańszy niż Włochy, porównywalny do polskiego morza, ale z gwarancją pogody, natomiast znacznie droższy od Czarnogóry. No ale jest bliższy i katolicki. Mocno to podkreślali podczas II wojny światowej obmyślając sobie plan, że prawosławnych w ilości 1/3 wypędzą, 1/3 nawrócą, a pozostałych zabiją. Przy okazji skumali się z Niemcami i Włochami. Aby zrealizować swój plan opracowali sieć obozów koncentracyjnych, o standardzie takim, że nawet Niemcy byli zszokowani. Może dlatego, że Niemcy chcieli jednak zachować pewien poziom szybkiego rozwiązania sprawy, a Chorwaci lubili się pastwić. Zabijali głównie za pomocą narzędzi. Z racji tego, że byli z Niemcami, to pomimo, że Polakom niby było do nich najbliżej, bo katolicy, woleli się przyłączyć do partyzantki Tito, któremu koło dupy latało w kogo wierzą, dopóki chcą zabijać Niemców i nikomu nie przeszkadzał sztandar z krzyżem.
Potem władze Jugosławii po wojnie, co bardziej gorliwych wsadzili na wyspę Goli Otok, gdzie musieli dzielić miejsce ze stalinistami.
Potem było kilkadziesiąt lat prosperity, bo Chorwacja, jako republika miała wybrzeże, więc trzepała kapuchę.
Potem postanowili być niepodległym państwem, bo taki był klimat wtedy. Tylko jedno "ale". O ile Niemcy mieli refleksję jakąś i przynajmniej oficjalnie przeprosili za obozy i inne rzeczy, których dopuścili się ich pobratymcy, Chorwaci powiedzieli "pa tera" i walnęli sobie na flagę symbol państwa z II WŚ. Poziom trochę taki, jakby na fladze RFN dano swastykę. To był sygnał dla prawosławnych - zrobimy to samo co było, więc ci drudzy zaczęli się szykować do wojny. Wojny były aż trzy, głównie po kluczu religijnym, z czego znamy najbardziej tą trzecią za sprawą interwencji ONZ. BTW dziś umarł Ratko Mladic, więc niech mu ziemia będzie bardzo ciężką. Katolicy w tej wojnie zmieniali często stronę, więc jeśli wierzyć polskim chłopakom, którzy wtedy byli na misji, łatwiej było zaufać i się dogadać wrogowi, czyli prawosławnemu.
Ostatnio w Chorwacji polskie statystyki nie mają dobrej passy, a to Polak zabił sąsiada, bo mu uwagę zwrócił, a to Polka była w jakiejś gangsterce. Na razie dopóki hajs płynie, jest stabilnie, choć drobne zawirowania, jak u nas z Ukraińcami się zdarzają.

Podobno to danie to takie comfort-food chorwackie. Podobne do pewnego polskiego dania i do innego austriackiego co potwierdza, że Chorwacja to nie Bałkany :)

Składniki:

- makaron quadretti
- cebula
- kapusta


Wykonanie:

Cebulę pokroić w kostkę i podssmażyć.
Kapustę poszatkować, podsmażyć chwilę z cebulą, dodać wody i dusić do miękkości.
Makaron ugotować według opisu na opakowaniu.
Odcedzić i wymieszać z kapustą.

środa, 19 sierpnia 2026

Hydrierwerke i wytrawny grunt

Ciężko sobie wyobrazić sobie transportu bez ropy naftowej. Niezależnie od tego, czy jest to transport towarów, żołnierzy, armaty na wieżyczce i czy odbywa się na lądzie, wodzie, czy w powietrzu. Problem z ropą naftową polega na tym, że nie ma jej wszędzie, więc zapotrzebowanie na nią, zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych jest ogromne. Zdarza się tak, że kraje wysoko rozwinięte mają większe potrzeby niż możliwości wydobycia, o czym przekonują się USA obecnie przy okazji wojny z Iranem. Niemcy po I Wojnie Światowej, za które zostali zmuszeni wziąć odpowiedzialność też miały taki problem, dlatego zgodnie z myślą kryzysową wymyślili proces wytwarzania benzyny za pomocą węgla. Może i nie był to proces bardzo opłacalny, bo na 1 Mg benzyny przypadało 7 Mg węgla, no ale niespecjalnie mieli wyjście.
Postanowiłem odwiedzić taką fabrykę, a właściwie tego co z niej zostało, a przy okazji nazbierałem jeżyn.


Oczywiście w pewnym momencie Niemcy sięgnęli po bardziej opłacalny sposób i po prostu sobie przytulili siłą dodatkowe złoża ropy naftowej, ale z uwagi na ogromne potrzeby, a także na fakt, że takie siłowe rozwiązania bywają krótkotrwałe, fabryka dalej funkcjonowała, tym bardziej, że o koszty pracy niespecjalnie musieli się martwić, spełniając mokry sen polskich guru przedsiębiorców, korzystając z darmowej, zamkniętej w obozach siły roboczej, która pracowała za, że się tak wyrażę jak premier, przysłowiową "miskę ryżu".


Co ciekawe, proces jest dalej w użyciu, czy to u państw, które ropy nie mają, czy w formie produkcji awaryjnej tam, gdzie są duże potrzeby. Dla przykładu, na początku XXI wieku rozpatrywali wdrożenie tego procesu Amerykanie, ale za przykładem Niemców, postanowili skorzystać z tańszego rozwiązania i zajęli Irak.


W ramach kompleksu znajdują się tunele techniczne, które były używane do transportu benzyny


do rozsianych po kompleksie żelbetonowych silosów


Z uwagi na wagę obiektu, znajdują się tam również budynki o silnym zabarwieniu militarnym. W szczególności schrony przeciwlotnicze, gdyż, jak nietrudno się domyśleć, fabryka stała się celem nalotów, dzięki działaniom wywiadowczym AK. Niestety w wyniku tych nalotów ucierpieli również więźniowie obozów, ale było to poświęcenie, na które dowództwo było gotowe. Oprócz schronów, do których jednak nie polecam wchodzić, bo jest tam rezerwat nietoperzów, możemy zwiedzić dobrze zachowaną wieżę strażniczą.


Natura jest bezlitosna, dlatego teren jest mocno zarośnięty. Na szczęście dzięki pasjonatom są tam porobione ścieżki. Na zdjęciu konstrukcja, zwana przez miejscowych "Stonehenge" :)


Z tymi jeżynami to jest tak, że jak byłem dzieckiem, rosły one dosłownie wszędzie. Najbardziej lubiły brzegi polnych dróg lub linię drzew. Potem zniknęły na długo. Pewnego razu znów się pojawiły. Przy ścieżkach w tej fabryce jest ich około mnóstwo, z czego musiałem skorzystać.
Postanowiłem zrobić grunt, czyli deser, który często robi się z ciemnych owoców. Gotuje się je w wodzie z cukrem, a potem kładzie na to kawałki surowego ciasta i poddaje dalszej obróbce termicznej. Potem sobie pomyślałem, że w zasadzie to owoce nie są zarezerwowane do rzeczy słodkich i może by przyrządzić na sposób wytrawny. Przypomniałem sobie jaką konsystencję ma ciasto na wierzchu i postanowiłem użyć kawałków suchych kotletów sojowych.

Składniki:

- jeżyny
- suche kotlety sojowe


Wykonanie:

Jerzyny zalewamy wodą, w takiej ilości, aby je przykryć.
Kotlety łamiemy na mniejsze kawałki i kładziemy na wierzch.
Gotujemy, aż większość wody odparuje.




czwartek, 13 sierpnia 2026

Sop, czyli rosół trzeciego dnia

Podczas gdy w Polsce rekordy popularności bije serial "1670", coś trochę w tym klimacie.
Danie jeszcze z czasów średniowiecza, od którego wzięło się słowo zupa.
To nic innego, jak te czy inne pieczywo zalane breją, bulionem, a nawet winem. Niektóre wersje możemy obserwować do dziś, czy to w biedakuchni - wodzionka, czy gourmet - soupe à l'oignon.

W wydanym przez Oxford University Press The Diner's Dictionary możemy poczytać, że słowo zupa pochodzi od łacińskiego suppare - moczyć. Nic dziwnego, że w średniowieczu zupami nazywano pieczywo zalane jakimś płynem. Jak nietrudno się domyśleć, była to podstawa żywienia biedoty. Z czasem wydzieliły się dwie gałęzie. Jedna zupa, mająca swoje odpowiedniki w wielu językach i sop, znane w Szwecji, ale też w kulturze anglosaskiej, gdzie mianem sop nazywano chleb zalany herbatą z dodatkiem dżemu, co było podawane głównie w przytułkach, więzieniach lub zakładach psychiatrycznych.

Obecnie danie świetnie się wpasowuje w ideę zero waste, zakładając, że chleb jest suchy, a nie spleśniały.
No i jak w niedzielę macie za dużo rosołu, potem w poniedziałek robicie pomidorową, to, trzeciego dnia możecie zrobić sop, przy okazji unikając wojny, czy podać z ryżem, czy makaronem.

Składniki:

- jakaś zupa lub bulion (najlepiej rzadka, nie to co u mnie :) )
- kromki czerstwego chleba


Wykonanie:

Kromki chleba kładziemy do talerza i zalewamy zupą.

czwartek, 6 sierpnia 2026

Bigos z cukinii

Z sąsiadami się czasem wymieniamy różnymi rzeczami, tak sobie rozumiemy patriotyzm, przede wszystkim jako pomoc wzajemną. Dlatego mam dużo cukinii. Postanowiłem zrobić bigos, który już jakiś czas temu, w wyniku kryterium uzualnego, stracił swoje pierwotne znaczenie, gdzie był daniem mocno mięsnym z dodatkiem kapusty, a po latach stało się na odwrót. Może to wynik niedoboru tego pierwszego, a może ogólnie dlatego, że panta rei i zawracanie nic nie zmieni. Tego nie wiem, ale bigosy nie tylko z kapusty, na dobre zadomowiły się na polskich stołach. Podobnie jak leczo z cukinią, podczas gdy w oryginale nie uświadczysz :)

Składniki:
 - cukinia
 - cebula
 - jakieś kiełbaski, parówki
 - koncentrat pomidorowy lub ketchup, ale to pierwsze tańsze


Wykonanie:
Cebulę i kiełbasę pokroić i podsmażyć.
Dodać pokrojoną w półplasterki cukinię, chwilę smażyć, dodać koncentrat i wodę, a następnie dusić pod przykryciem.

czwartek, 30 lipca 2026

Baechujeon

Danie koreańskie, piękne w swojej prostocie. Właściwie to kapusta w cieście, ale nie jak w Japonii, szatkowana, tylko całe liście i mniej ciasta.

Składniki:

- liście kapusty pekińskiej
- mąka
- szczypiorek


Wykonanie:

Z mąki i wody robimy gęste, lejące się ciasto.
Liście kapusty moczymy w cieście z dwóch stron i smażymy również z obu stron.
Posypujemy pokrojonym szczypiorkiem.

czwartek, 23 lipca 2026

Courgettes avec des arachides

Sezon na cukinię. Danie z Czadu, jednego z najbiedniejszych krajów na świecie, więc chyba rekomendacja na kuchnię kryzysową odpowiednia. Najpierw Czad był kolonią, potem w wyniku układu kolonialnego trwała tam wojna domowa pomiędzy zwolennikami religii, która obowiązuje w części północnej części Afryki, a zwolennikami religii przywiezionej przez siły kolonialne. Potem uzyskaniu niepodległości drudzy dyskryminowali pierwszych, więc się ostro pożarli i trochę to trwało, bo interweniowały nawet siły z zewnątrz.

Z Czadem też wiąże się pewna pogmatwana anegdota z wieloma wątkami politycznej poprawności tamtych czasów. Po wojnie domowej w Hiszpanii, zwolennicy Republiki, którzy uciekli przed faszystowskim rządem do Afryki zostali zamknięci we francuskich obozach koncentracyjnych. Potem przyszły inne siły francuskie wraz z żołnierzami kolonialnymi np. z Czadu i wyzwoliły obóz. Weteranów walk wcielili do wojska, głównie do 9 Kompanii Czadyjskiej. Po lądowaniu w Normandii należało wysłać do Francji Francuzów, żeby byli twarzą wyzwolenia, zamiast Amerykanów, którym się nudziło więc rozrabiali i gwałcili. Może nie tyle co Ruskie po drugiej stronie wojny, ale też. Wojska wysłano do Europy, ale wszystkich żołnierzy z Czadu zostawiono w Afryce, żeby nie testować tolerancji Francuzów. Efekt taki, że Kompania czadyjska składała się z samych osób spoza Czadu, głównie weteranów walk w Hiszpanii. Jako, że byli weteranami, dobrze się bili, ale jako, że większość była anarchistami, to byli dość niezdyscyplinowani.  To niezdyscyplinowanie popchnęło ich, podczas oblężenia Paryża, aby ruszyć na miasto na prośbę lokalnego ruchu oporu. Ruszyli, myśląc, że całkiem sporo wojska pójdzie za nimi. Na szczęście Niemcy myśleli tak samo. Chcąc nie chcąc, jako wyzwoliciele musieli uczestniczyć w defiladzie wyzwolenia, ale z powodów politycznych nie pozwolono im na flagi Republiki, żeby nie drażnić Hiszpanii, która, mimo faszystowskiego reżimu, była później sojusznikiem USA. Również z powodów politycznych, dopiero kilkadziesiąt lat później postawiono w Paryżu tablice upamiętniające wyzwolenie przez 9 Kompanię Czadyjską. 

Składniki:

- cukinia
- cebula
- czosnek
- orzeszki ziemne


Wykonanie:

Cebulę kroimy w kostkę i podsmażamy. Dodajemy obraną i pokrojoną cukinię i chwilę smażymy. Dodajemy wody i dusimy pod przykryciem z drobno posiekanym czosnkiem.
Kiedy będzie prawie gotowe, dodajemy orzeszki, Można je pokruszyć, ale ja lubię w całości.

sobota, 18 lipca 2026

Potato piglets i Londyn

Po wielu latach wybrałem się do Londynu. Miasto jest mi bliskie, bo kiedy tylko weszliśmy do UE i nastąpiła pierwsza fala migracji miałem okazję w nim mieszkać. Co prawda ja pojechałem ze studenckiego biura pracy na zbiory truskawek, ale niewątpliwie to zdarzenie wywarło ogromny wpływ na pracę na farmach. Specjalni wysłannicy jeździli po najbiedniejszych częściach Polski i przywozili stamtąd ludzi, którzy co prawda języka nie znali, ale byli skłonni robić dużo za funty i tym samym można było wymagać od nich większych norm i płacić mniej. 

W tej sytuacji korzystając z wolności poruszania się, jaką dało mi świeże członkostwo w UE, postanowiłem porzucić pracę na farmie i wyjechałem do Londynu w poszukiwaniu szczęścia. Nie tylko ja wpadłem na taki pomysł. Londyn stał się doskonałym miejscem, gdzie można było uciec przed wyrokiem w Polsce (bardzo szybko staliśmy się najliczniejszą grupą obcokrajowców w więzieniach), ale niestety ci sami ludzie nieznający języka, którzy byli chętnie witani na farmach, tu zderzali się z brutalną rzeczywistością, bo bez języka nie potrafili ogarnąć niemal nic. Okolice dworca Victoria były zapełnione Polakami, którzy koczowali tam w prowizorycznych schronieniach, korzystając z ciepłych miesięcy roku. W pewnym momencie gmina chciała zasponsorować im powrót do domu, ale nie zawsze było do czego wracać. Czasami dłużej funkcjonujący rodacy wymyślali sobie sposób na biznes i wyciągali od nich ostatnie pieniądze za "załatwienie pracy". Kończyło się to tym, że ani pracy, ani pieniędzy.

Trzeba przyznać, że Londyn był dla mnie pierwszą tak długą podróżą zagraniczną, gdzie tak samo jak wielu moich rodaków, korzystałem z prawa skoterskiego. Skłoty zapewne kojarzą Wam się z różnymi subkulturami, ale w Londynie był to polski sport narodowy. Jak tylko wyczajono, że można zajmować pustostany to stało się to powszechne wśród nowej fali migracji.

Tak, to był Londyn, w którym mieszkałem i pracowałem. Po tylu latach wygląda zupełnie inaczej. Stał się bezpieczniejszym miejscem, jeśli chodzi o najcięższe przestępstwa, ale więcej w nim kradzieży - to drugie akurat w całej Europie. Nawet moje ulubione autobusy z rurą, które pozwalały mi na wysiadanie w trakcie jazdy i przesiadanie się do innego na czerwonych światłach, są teraz raczej ciekawostką turystyczną.


Po co pojechałem? Bo w Science Museum była specjalna wystawa z okazji 60-lecia uniwersum Star Trek i takiej okazji nie mogłem odpuścić :D


Co się na szczęście nie zmieniło, to że muzea są za darmo. Dzięki temu, za jednym zamachem, mozecie zwiedzić trzy sąsiadujące ze sobą gmachy. Wspomniane Science Museum.


Niesamowite, nawet tylko z powodu samego budynku, w którym się znajduje Natural History Museum.


A także Victoria and Albert Museum, czyli muzeum rzemiosła artystycznego i designu.


Korzystając z okazji postanowiłem zwiedzić też Muzeum Royal Air Force, które nie robi wrażenia dopóty, dopóki nie staniecie blisko samolotów w nim umieszczonych. Zwłaszcza bombowców, które są ogromne. Niestety eksponat, z którym zrobiłem sobie kiedyś zdjęcie wykorzystując jedną z 36 klatek turystycznego aparatu, czyli Messerschmidt Me-262 został przeniesiony do innego muzeum, ale B-17 w wersji G, czyli z wieżyczką na dole, dalej tam stoi :)


Nie mogło się obyć bez Imperial War Museum. Do tego muzeum mam słabość, bo miałem ja koło domu, wiec bywałem tam bardzo często, cały czas odkrywając coś nowego. Dumą tego muzeum, przynajmniej w rozumieniu fanów sprzętu z II Wojny Światowej, był jeden z niewielu egzemplarzy niszczyciela czołgów Jagdpanther. Niestety, o ile konwencja podziału na piętra pozostała (I poziom - I WŚ, II poziom - II WŚ, III poziom - konflikty współczesne), o tyle ekspozycja w hali głównej została uszczuplona i mój ulubiony eksponat wylądował w magazynie. Za to plus za wsadzenie innego eksponatu na dioramę okopu z I Wojny Światowej.


No ale Londyn to nie tylko muzea. Chyba najsłynniejsze turystycznie miejsca to Camden i Soho.
Może trudno w to uwierzyć, ale podczas mojego wielomiesięcznego pobytu w Londynie, na Camden byłem tylko raz i nie spodobała mi się ta komercja podszyta alternatywną otoczką. Odczucia miałem trochę takie jak pisałem kiedyś o Vama Vece :) Ale kolorowo tam jest, to trzeba przyznać :)






Soho akurat nie można pominąć, bo jest w samym sercu Londynu plus jego najbardziej malownicza część, China Town, choć są tam nie tylko chińskie przybytki, ale też z innych części Azji, natomiast dla Europejczyka, wszyscy to Chińczycy :)




No i oczywiście słynne Picadellky Circuss. Znak czasu oznacza, że już nie ma jednej reklamy TDK, tylko zmieniający się obraz.


W centrum znalazły się również ciekawe oznaczenia sygnalizacji świetlne




Uprzedzając zarzuty o dyskryminację. Takie też były :)


Oczywiście musiałem zobaczyć słynną rzeźbę Banksy'ego, czyli człowieka, którego flaga tak go oślepia, że leci ku przepaści.


Może w to też ciężko uwierzyć, ale mimo, że codziennie jechałem koło Big Bena, to pierwszy raz podszedłem pod samą wieżę, czyli to na drugim brzegu, gdzie jest pełno pozujących turystów :)


Ślady wojny są tam w wielu miejscach. Tu pomnik kobiet, które pracowały podczas nieobecności mężczyzn, a także ginęły podczas nalotów.


Gdziekolwiek widzicie wieńce z makami, to zawsze jest symbol ofiar wojny.


Możecie się również wkręcić w grę terenową i szukać kilkunastu rzeźb lwów i lwic.


Oraz misia Paddingtona, który kilka lat temu przeszedł swój renesans.


Anglicy są bardzo poukładani i wiele rzeczy wynika tam z tradycji. Nie wgłębiałem się, ale podejrzewam, że dlatego muzycy w metrze mają wydzielone specjalne przestrzenie.


Mimo, że ta historia autorstwa J. K. Rowling o molestowanym chłopcu, który siedzi zamknięty pod schodami i w wyniku dysocjacji wykreował sobie świat czarodziejów, była już znana, kiedy byłem ostatnio, ale od tego czasu, głownie dzięki ekranizacjom stała się na tyle znana, że na książkowym dworcu powstała instalacja, do której jest kolejka turystów.


Przepis, który zapodam jest z wydanej przez Imperial War Museum książki pt. Victory in the Kitchen Wartime Recipes. 

Składniki:
- ziemniaki
- parówki


Wykonanie:

W ziemniakach robimy dziury. W książce jest mowa o drylownicy do jabłek, ale ja wydrążyłem nożem.
Wkładamy parówkę i pieczemy.
Miałem gdzieś kalarepę, która również miała uznanie podczas wojny, dlatego uznałem za stosowne podać danie z sosem z tej bulwy.

czwartek, 9 lipca 2026

Patatas a lo pobre

Danie z Andaluzji, jsdnego z najbiedniejszych regionów w Hiszpanii, co samo w sobie jest rekomendacją, a jako, że to region słynący z kultury ludów koczowniczych związanych z flamenco, to jest to danie, które można przygotować nad ogniskiem, w głębszym lub płytszym naczyniu. 

Składniki :

- ziemniaki
- papryka
- cebula
- czosnek


Wykonanie :

Ziemniaki, czosnek i cebulę obieramy, kroimy w plasterki. 
Paprykę kroimy wedle uznania.
Podsmażamy caly czas mieszając, dodajemy wody i dusimy. 

czwartek, 25 czerwca 2026

Fasola z szynką i inscenizacja na Airshow w Lesznie

Dostałem propozycję, aby wystąpić w przedsięwzięciu historyczno-widowiskowym na jednej z największych imprez lotniczych w Europie - Antidotum w Lesznie. Spektakle historyczne tym się różnią od historyczno-widowiskowych, że muszą być atrakcyjne dla większości z kilkudziesięciu tysięcy ludzi zgromadzonych na płycie lotniska. Tym samym takowe potrafią być historycznie naciągane.


Razem z moją ekipą, która grała rosyjskich doradców wojskowych w Wietnamie, wzięły udział również grupy airsoftowe i rekonstrukcyjne. Ci pierwsi wyglądają jak wojsko z epoki, potrafią się strzelać, ale nie przykładają wagi do szczegółów i można znaleźć jakieś niedociągnięcia lub luki w ich oporządzeniu. Ci drudzy z kolei są koszerni na 100%, ale nie do końca potrafią się strzelać.


Scenariusz był taki.
Wietnamski naukowiec z tajemniczą teczką, leci w asyście oficera - doradcy wojskowego z ZSRR i dwóch ochroniarzy ze Specnaz samolotem An-2, który zostaje przechwycony i uszkodzony przez amerykański OV-10 Bronco, w wyniku czego musi awaryjnie lądować. Na miejsce przylatują dwa helikoptery UH-1 wypełnione żołnierzami amerykańskimi, którzy po intensywnej wymianie ognia biorą wszystkich do nie woli.


Celowo użyłem czasu przeszłego, bo na próbie generalnej OV-10 uległ wypadkowi. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale samolot został zniszczony. Całe przedstawienie stanęło pod znakiem zapytania. Na szczęście jednak się odbyło, ale rolę OV-10 przejął uzbrojony w miniguny UH-1 w wersji Gunship.


Oczywiście cała historia nie mogła odbyć się bez ogromnego wkładu zaplecza, gdzie przechodziliśmy szkolenia taktyczne, desantowe (do helikoptera podchodzimy jak do konia :)) i strzelania filmowego - tak, to zupełnie inny rodzaj strzelania, a dostaliśmy do dyspozycji prawdziwą broń.

Oczywiście całość było tylko grą aktorską. Z perspektywy prostego człowieka nie chciałbym mieszkać po żadnej stronie wojny domowej w Wietnamie, a zwłaszcza w ZSRR.

Oprócz tego miałem okazję zobaczyć wiele statków powietrznych, w tym coś, czym się jaram mocno - Viggen i B-25 znany szerszej publiczności z książki "Paragraf 22" lub końcówki "Pearl Harbour".


Postanowiłem przygotować coś z tego konfliktu. Wybór padł na słynne racje C.
Były to zestawy jedzenia i dodatków (np. papierosy), które żołnierze mogli zabrać ze sobą na marsz. Problemem było to, że jaki zestaw się trafiło, było prawdziwą loterią plus obowiązywała hierarchia. Najsmaczniejsze było podobno spaghetti, a najcenniejsza puszka brzoskwiń.
Z uwagi na to, że jedzenie było specyficznie konserwowane i spożywane na zimno, najbardziej popularną przesyłką z domu był sos tabasco, który zmieniał w jakiś sposób smak jedzenia na bardziej przyzwoity. 
Co prawda niektórzy robili sobie prowizoryczne kuchenki opalane np. plastycznymi materiałami wybuchowymi - tak, na ogniu to się zachowuje jak zwykła plastelina. 

Jednym z najbardziej przydatnym elementem było masło orzechowe, które w połączeniu z sucharami stanowiło pełnoprawny i szybki posiłek, a także wzbogacało smak niektórych dań.
Do każdego zestawu był dołączony mały otwieracz do puszek, który później żołnierze nosili razem z nieśmiertelnikami. Oprócz funkcji otwieracza, był on używany do wielu innych czynności, stając się tym samym pierwszym multitoolem :)
Z uwagi na to, że jedzenie było popakowane, należało przed wyruszeniem w drogę "obrać" je ze wszystkich niepotrzebnych opakowań. Aby puszki nie dzwoniły podczas marszu i były dobrze spakowane, wkładano je w skarpetę.

Osobną kategorią były rację dla LRRP, czyli żołnierzy dalekiego zwiadu, którzy stacjonowali w dżungli samodzielnie kilka dni. Tu jedzenie było liofilizowane. Wystarczyło je zalać odpowiednią ilością wody. Paradoksalnie zdobycie odpowiedniej ilości pitnej wody było niesamowicie trudne i żołnierze jedli jedzenie na sucho. Problem w tym, że jedzenie "pobierało" wodę z organizmu powodując choroby. Czasem wodę pobierało się z lejów po bombach, niestety nie zawsze została ona w pełni uzdatniona i żołnierze chorowali na choroby układu pokarmowego. Aby radzić sobie z objawami na patrolu, czasem rozcinali spodnie i załatwiali się niemal w biegu. 

Postanowiłem zrobić jedną z najgorszych rzeczy, jaką można było wylosować. Ham and lima beans, które było tak dobre, że żołnierze nazywali to Ham and MoFos (od Motherfuckers). Generalnie miękka fasola i tłuszcz który wytopił się z szynki tworzyły jedną wielką białą masę. Kiedy słyszycie szynka, pewnie myślicie o różowych chudych plasterkach, ale tu były szarpane kawałki jakiejś konserwy.

Najłatwiej podrobić to kupując tanią puszkę białej fasoli i jakąś konserwę.

Składniki:
- puszka białej fasoli
- jakaś konserwa


Wykonanie:
Fasolę wylewamy do miski i dodajemy kawałki konserwy. Spożywamy na zimno. Ewentualnie z tabasco :)

wtorek, 16 czerwca 2026

Smażone gyoza

Ten sposób podawania pierogów gyoza podejrzałem w Kioto. Co prawda niezbyt miło wspominam ten bar, bo naliczono mi więcej do rachunku. Ogólnie w Japonii często dodawali do rachunku 10%, zwłaszcza w miejscach turystycznych, gdzie była podawana cena netto, a brutto było małymi cyferkami, ale tam w ogóle jakiś przekręt zastosowali i nagle zapomnieli języka angielskiego :) Przyznam szczerze, że jak na kraj, którego przedstawiciele sprzątają stadion, to wyjątkowo często byłem tam naciągany.
Najpopularniejszym numerem było podawanie cen netto jako głównych i jako wytłumaczenie było, że turyści nie płacą podatku, jeśli mają w paszporcie wizę. Przy kasie okazywało się, że może i nie płacą, ale sklep stosuje ulgę tylko przy zakupie powyżej 5000 jenów. Jakby tego było mało, niektóre produkty i nie pytajcie mnie o klucz, nie wchodzą w ten limit.
W każdym razie pierożki podawano tam zesmażane ze sobą z dodatkiem ciasta ryżowego, aby lepiej się kleiły. 

Składniki:

- pierożki gyoza
- mąka ryżowa



Wykonanie:

Pierożki układamy na patelni ciasno jeden przy drugim. 
Zalewamy rzadkim ciastem z wody i mąki ryżowej. Czekamy aż ciasto się zetnie i przekładamy na drugą stronę.