poniedziałek, 3 maja 2021

Dwa dania i spływ tratwą po Biebrzy

 Pływał raz marynarz który

Żywił się wyłącznie pieprzem

Sypał pieprz do konfitury

I do zupy mlecznej

"Morskie opowieści" - znana polska szanta

Tegoroczny weekend majowy postanowiliśmy spędzić na tratwach na jedynej rzece na zachód od Białorusi, która na nie ma ani jednego odcinka uregulowanego. O pływaniu tratwą wiedziałem niewiele, gdyż moim głównym źródłem była książka Marka Twaina Przygody Hucka Finna", którą czytałem prawie 30 lat temu. Resztę zobaczyłem na stronie promującej. Te dwa źródła okazały się na tyle ciekawym połączeniem, że taki sposób spędzenia czasu okazał się być równie ciekawy. 
Sama tratwa to taki pływający domek. Znajduje się tam budka, w której mieszczą się trzy osoby. Tej samej wielkości taras z podwieszonym stołem i ławkami, który spokojnie można przerobić na miejsce do spania, gdyż jego boki można zasłonić przesuwanymi ścianami z desek, a przód specjalną plandeką. Dodatkowo jest namiot na dachu. Na upartego taka tratwa pomieści 6 osób, ale my wynajęliśmy dwie na 7. 



Oczekiwania były takie, że popłyniemy dzikim terenem w doborowym towarzystwie, chilloutując się przy piwku, patrząc na piękne dziewicze tereny Biebrzańskiego Parku Narodowego oraz na jakąś zwierzynę od czasu do czasu. Z uwagi na to, że mieliśmy najzimniejszy kwiecień w XXI spodziewaliśmy się, że będzie w miarę zimno, ale cała reszta oczekiwań bez zmian.

Dziki teren. Tak jak pisałem, Biebrza nie jest uregulowana w ogóle, nie ma ani jednego kilometra, który by został temu poddany, natomiast sama trasa bardzo popularna - inne tratwy, kajaki i wędkarze.  

Doborowe towarzystwo. Tu obyło się bez zgrzytów. Poza drobnymi uszczypliwościami, że ktoś nie wiosłuje, wszyscy stanęli na wysokości zadania, kiedy trzeba było szybko dopłynąć do brzegu, bo dwie osoby wypadły z tratwy, co (jak się dowiedzieliśmy po rozmowie z innymi załogami) nie było niczym nadzwyczajnym jak się okazuje, a następnie, pomimo zmiany ciuchów były mocno zziębnięte. 

Chillautując się przy piwku - jak wchodzicie na tratwę, to podczas trwania rejsu zapomnijcie o chilloucie. To nie jest szeroka prosta rzeka, gdzie raz ruszona tratwa płynie sama. To w zasadzie co minutę trzeba było odpychać się od brzegu za pomocą dostarczonych żerdzi lub wioseł. Inaczej, w najlepszym wypadku się zatrzymacie, a w najgorszym przywalicie na zakręcie w brzeg, powodując wstrząs, po którym ktoś z załogi może wpaść do wody. X

Patrząc na piękne widoki Biebrzańskiego Parku Narodowego. 
Może pokażę Wam najpierw najciekawsze widoki.


Ale zasadniczo jest tak


Czyli po jednej stronie trzciny, po drugiej tereny uprawowe, nawiezione obornikiem. Jeśli spodziewacie się zwalonych drzew, zarośniętych gajów to tak średnio. Krajobraz jest baaardzo monotonny. Głownie pola, bo jak się okazuje rolnictwo jest wszędzie i kawałek lasu w oddali. X

Zwierzyna. Jestem pewien, że ornitolodzy mieliby tu raj. Ja widziałem pustułki, bociany, żurawie, brzegówki i masę innych małych ptaków, których nazw nie znam. Pływających ptaków nie ma prawie w ogóle, bo nie miałyby tu życia, a co do ssaków to więcej widzę jadąc samochodem. X

Weźcie to pod uwagę, że na takiej tratwie jest jak na campingu. Nie ma wody w kranie, kibla, prysznica. Wszystko musicie zorganizować sobie sami. Dostajecie butlę z gazem, na której można zrobić bardzo dużo. Ja poszedłem w szybkie dania i na pierwszy ogień poszło risotto grzybowe.

Składniki:

- ryżowe sprasowane morskie racje przetrwania
- pieczarki
- suszona pietruszka


Wykonanie:
Pieczarki należy sobie w domu wysuszyć i zmielić. Wymieszać z pietruszką i wsadzić do worka. Gotujemy wodę, ale naprawdę mało. Wsypujemy pieczarki z pietruszką i chwilę gotujemy.
Kruszymy rację ryżową i mieszamy. Wygląda średnio, smakuje ciut lepiej, ale jesteście na tratwie, a nie w Hiltonie :)

Drugiego dnia zrobiłem sobie challenge. Cały dzień tylko na wojskowej racji MRE z tym, że sam chciałem sobie taką rację skomponować. Z kilku powodów. Raz - będzie taniej. Dwa - to wyzwanie dla kucharza. Trzy - postanowiłem zrobić jeszcze większe wyzwanie. Na forach górskich itp. ludzie pytają o zestawy wegańskie i mają problem z ich dostaniem (w Polsce nie ma), dlatego wzorując się na oryginalnej racji wojskowej 1W(wege) zrobiłem własną.

Składniki:
- pieczywo chrupkie
- masło orzechowe (w kiszonce z folii aluminiowej)
- kakao z mlekiem w proszku
- pieczywo chrupkie innego typu
- pasztet sojowy
- puszka fasolki w sosie pomidorowym
- suchary specjalne
- batonik owocowy
- czekolada gorzka
- batonik musli
- herbata granulowana malinowa
- kawa rozpuszczalna
- cukierki z witaminą C
- gumy do żucia


Taka porcja starcza na dzień, bez dojadania. Zarówno kawę i herbatę można rozpuścić w zimnej wodzie. Nie jestem fanem, ale chciałem zrobić mały eksperyment, a także pomóc społeczności podróżników. 

Wracając do tratw. Najgorsze co Was może spotkać to wiatr w przeciwną stronę. Jak sobie wykonacie skomplikowane obliczenia, gdzie pod uwagę weźmiecie siłę wiatru, powierzchnię tratwy, a także ewentualną moc wiosłowania, to dojdziecie do wniosku, że czasem najlepszym sposobem jest burłaczenie, czyli ciągnięcie tratwy przez osoby na lądzie. Bez tego tratwa albo się cofa, albo nie możecie odbić od brzegu, bo tak Was spycha wiatr. Polecam mieć dwie liny, bo tratwa nie ma steru i ciągnięcie jej po jednym brzegu powoduje że dopływamy znów do brzegu.


Jeśli myślicie, że to luźny relaks, zwłaszcza w taką pogodę, to zapewniam Was, że tak nie będzie. Nie zrozumcie mnie źle, wiele razy ścierałem się z zimnem, wodą, a także jednym i drugim, ale to miała być wyprawa rekreacyjna. Kiedy w terenie zmarzniecie lub zmokniecie, to zasadniczo możecie obrać kierunek w celu znalezienia schronienia. Tu niestety musicie doprowadzić jeszcze tratwę do określonego miejsca, bo tylko stamtąd można ją zabrać. Co w warunkach silnego wiatru nie jest łatwe, więc o rekreacji zapomnijcie :) 

Na szczęście palnik przeznaczony do gotowania można wykorzystać w inny sposób :)



Na co zwrócić uwagę. Wymiar tratwy. Niby są podobne ale czasem jest różnica 20-30 cm, które są niesamowicie ważne do łapania balansu przy uderzeniach, a tych będzie sporo. 
Przygotujcie się na dodatkowe koszty, bo nawet jak nie będziecie gapami i nie zgubicie kratki od grilla, to prawdopodobnie połamiecie jakąś żerdź lub wiosło. Co jakiś czas któraś załoga nas pytała, czy też tak mamy. Nasze straty to akurat tylko jedno wiosło :)

Komu bym to polecił? Miłośnikom kempingów, którzy mają plan taki, że w ciągu dnia się pomęczą, ogarną ruch tratwy, a wieczorem dobiją do odpowiedniego punktu, gdzie już będzie kilka innych tratw, ewentualnie przycumują w jakimś dogodnym miejscu i tam spędzą noc na wodzie. Jak chcecie relaksu, to albo załatwcie sobie załogę do ogarniania tratwy, albo zostawcie tratwę zacumowaną na cały dzień :)


2 komentarze:

  1. Wojskowe, strażackie i inne racje żywnościowe sa przeładowane ŚMIECIAMI, za które się płaci. raz 1 w życiu kupiłem taką całodniową celem testu.
    Oczywiście KRYZYSOWO, lekko przeterminowaną, więc po przecenie :-)
    Wszystko to mogłem sobie kupić (podobne) za mniejszą cenę, normalnie w detalu! Sterta plastikowego jednorazowego śmiecia, tylko mnie zdenerwowała. Mam sprzęt osobisty, lepszy od badziewnych plastikowych łyżek nędznych kubeczków :-(
    Za TE pieniądze, to ja mam więcej jedzenia na 3 dni! Czyli znów ktoś "kroi" podatnika :-(
    "Gotowce" zanim pojawiły się zupki "Chinskie" już woziłem, bo to zmniejszało masę plecaka wyładowanego sprzętem. Jedzenie wożę obliczone na posiłki + "żelazna porcja" oraz "szturmżarcie".
    Wiem co mogę mieć w terenie, więc tego nie zabieram.
    Zatem MRE są dla JELENI ! :-) za GRUBY SZMAL
    Pies

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdzieś w IT jest gość testujący (wraz z recenzją) racje żywnościowe różnych armii świata. Ja aż tak "nawiedzony" nie jestem ALE, dzięki recenzentowi przeanalizowałem sobie strategię kwatermistrzów. Wszędzie jest jakiś tańszy dodatek i matematyczne podejście do zapotrzebowania energetycznego:-) Dbałość o urozmaicenie w 1 pakiecie wręcz pedantyczna, no i czasem gdzieś wciśnięty badziew. :-)
    Chwalone: racja ruska i PRC! (potencjalni przeciwnicy NATO)
    Moim zdaniem wielość torebeczek, pakiecików, saszetek, et.c. jest w wielu przypadkach zbędna i komplikująca użycie. Co jakiś czas recenzent "pieje" z zachwytu, innym razem daje wyrazy obrzydzenia.
    Dziwnym trafem porcje tego "żarcia" nie zawierają jakichś bardzo drogich składników ale są DROGIE w zakupie jako zestaw (winno być odwrotnie!).
    Poczytałem sobie ogłoszenia. Ceny "pod sufit" a w środku banalne produkty. Mam niezmienną od lat opinię, o żerowaniu na armii i dojeniu podatnika pod pretekstem: "bo to wojsko". Oczywiście w pełni mogę ocenić jedynie Arpol, bo żyję w Polsce i mam dostęp do naszego rynku.
    Firma konfekcjonująca cudze produkty "trzepie kasiorę" że hej !
    Skoro ja mogę sobie kupić produkty w zwykłych sklepach o większej kaloryczności i "bogatsze" za 1/3 ceny pakietu całodniowego, to czemu ta szajka zatwierdzająca cenę dla wojska, jeszcze nie siedzi w PIERDLU?

    Nie przyczepię się do niczego z zestawu "kryzysowego" bo to było robione pod autora. Zwrócę jednak uwagę, że pieczywo chrupkie, testowane prze mnie, noszone w "każdych warunkach" ulega lekkiej destrukcji. Najlepsze są "pancerwafle", które wytrzymują najwięcej. Można by chrupkie pakować w jakieś "etui" produkowane masowo lub (prywatnie) przycinać pod wymiar "osłonki". Moje pierwsze suchary pochodziły z MIEJSCOWEJ CUKIERNI (koniec lat 70 XX wieku) i "dawały radę" przez 2 tygodnie marszu od rana do wieczora! Dodam, że pakowane nieudolnie.
    Aż "się prosi" by takie pakiety produkowała państwowa firma, pod ścisłym nadzorem i by pewien nadmiar mógł trafiać do odbiorcy cywilnego. Potani to produkcję (masówka).
    Dla mnie ważna jest nie tylko waga ale i objętość pakietu! Czas ważności powinien być kilkuletni i najważniejsza rzecz: poszczególne pakiety powinny być od razu miksowane. W 1 kartonie zbiorczym powinny być zróżnicowane, nie powtarzające się zestawy produktów. Oczywiście, pieczywo oraz najlepsze (niektóre) produkty, mogą być takie same na każdy dzień, ale odmiana (wiadomo) musi być wyraźna.
    Nie zbawię żadnej armii :-) a tym bardziej Polskiej, ale nie dam się jak frajer "WYDOIĆ" i moje pakiety dalej są tańsze, bogatsze i dobrze przemyślane.
    Inną rzeczą jest, że ja mam bardziej ekonomiczny system i nikt mi nie miesza! Nie mam tylko 1 rzeczy: rękawa pancernej folii + zgrzewarki do niej :-) Ale "przeskoczyłem "to" po swojemu, choć mam pomysł na "przemysłówkę" jakiej (na razie) nie ma żadna armia.

    Całkiem inna filozofia dotyczy pory roku, terenu, typu wyjazdu i warunków pogodowych. Ja jestem bardziej elastyczny, ale mój system hybrydowy działa wielokierunkowo a przez to dużo ekonomiczniej.
    Słowa przypisywane Napoleonowi: "Armia maszeruje na żołądkach", więc oprócz jakości musi być jeszcze dobrze przemyślana strategia, niezależność i ekonomia. Znaczy: najpierw długo myślimy, potem testujemy a na końcu liczymy czy to wyjdzie najkorzystniej czyli: "nie łykamy kija od miotły"! :-)
    Pies

    OdpowiedzUsuń