Strony

czwartek, 25 czerwca 2026

Fasola z szynką i inscenizacja na Airshow w Lesznie

Dostałem propozycję, aby wystąpić w przedsięwzięciu historyczno-widowiskowym na jednej z największych imprez lotniczych w Europie - Antidotum w Lesznie. Spektakle historyczne tym się różnią od historyczno-widowiskowych, że muszą być atrakcyjne dla większości z kilkudziesięciu tysięcy ludzi zgromadzonych na płycie lotniska. Tym samym takowe potrafią być historycznie naciągane.


Razem z moją ekipą, która grała rosyjskich doradców wojskowych w Wietnamie, wzięły udział również grupy airsoftowe i rekonstrukcyjne. Ci pierwsi wyglądają jak wojsko z epoki, potrafią się strzelać, ale nie przykładają wagi do szczegółów i można znaleźć jakieś niedociągnięcia lub luki w ich oporządzeniu. Ci drudzy z kolei są koszerni na 100%, ale nie do końca potrafią się strzelać.


Scenariusz był taki.
Wietnamski naukowiec z tajemniczą teczką, leci w asyście oficera - doradcy wojskowego z ZSRR i dwóch ochroniarzy ze Specnaz samolotem An-2, który zostaje przechwycony i uszkodzony przez amerykański OV-10 Bronco, w wyniku czego musi awaryjnie lądować. Na miejsce przylatują dwa helikoptery UH-1 wypełnione żołnierzami amerykańskimi, którzy po intensywnej wymianie ognia biorą wszystkich do nie woli.


Celowo użyłem czasu przeszłego, bo na próbie generalnej OV-10 uległ wypadkowi. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale samolot został zniszczony. Całe przedstawienie stanęło pod znakiem zapytania. Na szczęście jednak się odbyło, ale rolę OV-10 przejął uzbrojony w miniguny UH-1 w wersji Gunship.


Oczywiście cała historia nie mogła odbyć się bez ogromnego wkładu zaplecza, gdzie przechodziliśmy szkolenia taktyczne, desantowe (do helikoptera podchodzimy jak do konia :)) i strzelania filmowego - tak, to zupełnie inny rodzaj strzelania, a dostaliśmy do dyspozycji prawdziwą broń.

Oczywiście całość było tylko grą aktorską. Z perspektywy prostego człowieka nie chciałbym mieszkać po żadnej stronie wojny domowej w Wietnamie, a zwłaszcza w ZSRR.

Oprócz tego miałem okazję zobaczyć wiele statków powietrznych, w tym coś, czym się jaram mocno - Viggen i B-25 znany szerszej publiczności z książki "Paragraf 22" lub końcówki "Pearl Harbour".


Postanowiłem przygotować coś z tego konfliktu. Wybór padł na słynne racje C.
Były to zestawy jedzenia i dodatków (np. papierosy), które żołnierze mogli zabrać ze sobą na marsz. Problemem było to, że jaki zestaw się trafiło, było prawdziwą loterią plus obowiązywała hierarchia. Najsmaczniejsze było podobno spaghetti, a najcenniejsza puszka brzoskwiń.
Z uwagi na to, że jedzenie było specyficznie konserwowane i spożywane na zimno, najbardziej popularną przesyłką z domu był sos tabasco, który zmieniał w jakiś sposób smak jedzenia na bardziej przyzwoity. 
Co prawda niektórzy robili sobie prowizoryczne kuchenki opalane np. plastycznymi materiałami wybuchowymi - tak, na ogniu to się zachowuje jak zwykła plastelina. 

Jednym z najbardziej przydatnym elementem było masło orzechowe, które w połączeniu z sucharami stanowiło pełnoprawny i szybki posiłek, a także wzbogacało smak niektórych dań.
Do każdego zestawu był dołączony mały otwieracz do puszek, który później żołnierze nosili razem z nieśmiertelnikami. Oprócz funkcji otwieracza, był on używany do wielu innych czynności, stając się tym samym pierwszym multitoolem :)
Z uwagi na to, że jedzenie było popakowane, należało przed wyruszeniem w drogę "obrać" je ze wszystkich niepotrzebnych opakowań. Aby puszki nie dzwoniły podczas marszu i były dobrze spakowane, wkładano je w skarpetę.

Osobną kategorią były rację dla LRRP, czyli żołnierzy dalekiego zwiadu, którzy stacjonowali w dżungli samodzielnie kilka dni. Tu jedzenie było liofilizowane. Wystarczyło je zalać odpowiednią ilością wody. Paradoksalnie zdobycie odpowiedniej ilości pitnej wody było niesamowicie trudne i żołnierze jedli jedzenie na sucho. Problem w tym, że jedzenie "pobierało" wodę z organizmu powodując choroby. Czasem wodę pobierało się z lejów po bombach, niestety nie zawsze została ona w pełni uzdatniona i żołnierze chorowali na choroby układu pokarmowego. Aby radzić sobie z objawami na patrolu, czasem rozcinali spodnie i załatwiali się niemal w biegu. 

Postanowiłem zrobić jedną z najgorszych rzeczy, jaką można było wylosować. Ham and lima beans, które było tak dobre, że żołnierze nazywali to Ham and MoFos (od Motherfuckers). Generalnie miękka fasola i tłuszcz który wytopił się z szynki tworzyły jedną wielką białą masę. Kiedy słyszycie szynka, pewnie myślicie o różowych chudych plasterkach, ale tu były szarpane kawałki jakiejś konserwy.

Najłatwiej podrobić to kupując tanią puszkę białej fasoli i jakąś konserwę.

Składniki:
- puszka białej fasoli
- jakaś konserwa


Wykonanie:
Fasolę wylewamy do miski i dodajemy kawałki konserwy. Spożywamy na zimno. Ewentualnie z tabasco :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz